Biedni precz z Ligi Mistrzów!

Tajna strategia najbogatszych klubów świata: futbol to biznes, a nie sport; zamiast Ligi Mistrzów - Europejska Superliga wyłącznie dla potentatów; likwidacja wszechwładzy FIFA i UEFA; więcej meczów między klubami; koniec dzielenia się zyskami z biedniejszymi. - To byłby koniec reprezentacji narodowych - ostrzega UEFA.
Dziesięciostronicowy dokument z wizją futbolu jutra według skupiającej krezusów grupy G14 to rodzaj manifestu ideologicznego i plan zadań na najbliższe lata. Fundamentalną ideę przedstawia wprost: "Piłka stała się biznesem, który trzeba rozwijać, opakowywać i promować w sposób adekwatny do potrzeb nowoczesnego konsumenta, ze świadomością nadrzędnej roli klubów".

Przedstawiciele 18 najpotężniejszych futbolowych korporacji podkreślają zarazem, że "należy uniknąć pozostawania symbolem finansjery rządzącej piłką". Zaaprobowany podczas grudniowego walnego zgromadzenia organizacji okólnik jest dokumentem wewnętrznym, który miał nigdy nie ujrzeć światła dziennego, choć potentaci chcą odważniej domagać się rozszerzenia swoich praw. "W 2001 roku wydawało się, że tylko w przypadkach skrajnych G14 powinna walczyć otwarcie, ale być może doszliśmy do momentu, gdy trzeba ponownie przemyśleć taktykę".

Afryka też zapłaci

Wszystkie zmiany, które oznaczałyby rewolucję, jakiej futbol dotąd nie przeżył, mają jeden cel: zwiększenie zysków.

Superliga byłaby czymś na wzór amerykańskich lig typu NBA czy NHL - zamkniętymi, ekskluzywnymi rozgrywkami, do których nie dałoby się awansować ani z nich spaść. Co pozwoliłoby uniknąć przykrych niespodzianek, jak tegoroczna klęska Manchesteru Utd (najbogatszy po Realu Madryt klub świata), który nie awansował do czołowej szesnastki Ligi Mistrzów, ponosząc straty liczone w dziesiątkach milionów euro. Idea pojawiła się już w latach 90., kiedy Franz Beckenbauer - jedna z najpotężniejszych postaci w europejskiej piłce - publicznie skarżył się, że to poniżej honoru Bayernu Monachium musieć wyjeżdżać na mecze do Albanii lub Polski. Jego marzenia nie ziszczą się jednak z dnia na dzień, bo umowy gwarantują, że LM w obecnej formule przetrwa co najmniej do roku 2009.

Dzięki nowemu systemowi rozgrywek potentaci graliby częściej, więc zarabialiby więcej (nikt np. nie odpadałby już jesienią). By tak się stało, G14 musi dążyć do dalszego skrócenia kalendarza spotkań reprezentacji narodowych, który i tak błyskawicznie się kurczy. Do dziś pozostało już tylko pięć terminów rocznie przeznaczonych na sparingi, a przed mundialem selekcjonerzy finalistów mieli tylko jedną okazję, by powołać wszystkich piłkarzy. Paweł Janas testował Polaków w meczu z USA. Następnej szansy nie dostanie.

Kluby chciałyby także negocjować z federacjami narodowymi sprawę powołań do reprezentacji. I uzyskiwać za każdego wysłanego na zgrupowanie piłkarza finansową rekompensatę, a w przypadku kontuzji - odszkodowanie. Płacić musieliby wszyscy, także biedne federacje afrykańskie, którym często brakuje na organizacje obozów przygotowawczych dla kadry. Kameruński związek płaciłby np. Barcelonie za każdy dzień Samuela Eto'o poza klubem.

Wyzwanie FIFA rzucił już - przy mocnym wsparciu G14 - belgijski pierwszoligowiec Royal Charleroi. Zażądał on rekompensaty po tym, jak jego marokański piłkarz Abdelmajid Oulmers wrócił kontuzjowany z meczu reprezentacji przeciw Burkina Faso. Kiedy jej nie dostał, złożył przeciw FIFA pozew w sądzie powszechnym. Proces rusza w poniedziałek. Wyrok przychylny Charleroi stanowiłby precedens zdolny zainspirować rewolucję, jaką kiedyś na rynku transferowym wywołała słynna sprawa Bosmana.

Z identycznych przyczyn (kontuzja Erica Abidala) miliona euro od FIFA domaga się prezes Olympique Lyon Jean-Michel Aulas. Podczas procesu będzie mu pomagać - prawnie i finansowo - G14.

Trzeba od biednych uciec

"Wizja G14" (oficjalny tytuł dokumentu) to odpowiedź na uchwaloną na kongresie UEFA "Wizję Europy", której postulaty są skrajnie odmienne. Władze kontynentu ogłosiły, że ich strategicznymi celami są: utrzymanie LM w obecnym składzie, odbudowanie prestiżu meczów międzypaństwowych, solidarność ze słabszymi, opieka nad szkółkami dla młodych.

By zatem wymusić zmiany, G14 zamierza zburzyć strukturę opartą na FiFA, podlegających jej konfederacjach kontynentalnych (jak UEFA) i federacjach krajowych (jak PZPN). Równorzędną im pozycję zajęłaby organizacja klubów - z wiodącą rolą najbogatszych - która stałaby się trzecią siłą w procesie decyzyjnym. G14 marzą się bowiem również radykalne zmiany w przepisach, przede wszystkim dopuszczenie zaawansowanej technologii, by podnieść jakość pracy sędziów. Włosi już dziś pracują nad połączonym z programem komputerowym systemem kamer, który pozwoliłby bez wątpliwości orzekać, czy piłkarz znajduje się na pozycji spalonej, czy nie. Kluby chcą go wykorzystać, czemu FIFA - ustami szefa Seppa Blattera - stanowczo się sprzeciwia. G14 nie podoba się, że o zmianach w piłce decyduje - jej zdaniem w sposób zupełnie niedemokratyczny - ośmioosobowy International Board, którego połowę członków stanowią konserwatywni szefowie federacji brytyjskich (angielskiej, szkockiej, walijskiej, północnoirlandzkiej).

Główny zarzut wobec FIFA i UEFA? Autorytarnie tworzą regulaminy, a zarazem ściągają i rozdzielają pieniądze, pozostając poza kontrolą generujących dochody. Dziś jest tak, że pieniądze zarobione na reklamach i transmisjach Ligi Mistrzów kluby oddają do wspólnej kasy, którą dzieli potem UEFA. Najwięcej wraca do najbogatszych, ale sporo dostają też biedniejsi (także polskie kluby). G14 chce ograniczenia "współwłaścicielstwa" praw telewizyjnych do niezbędnego minimum, wprost pisząc o "odłączeniu się od futbolu stojącego na niższym poziomie". Na niższym poziomie - krajowym - już to się gdzieniegdzie udało. Juventus, Milan i Inter podpisują osobne umowy na transmisje swoich meczów Serie A i potrafią wytargować ćwierć miliarda euro za sezon. Ich rywale (zarabiający dziesięć razy mniej) protestują, ale na razie bez skutku.

Piłkarski apartheid?

Krezusi nie są jednak jednomyślni. Za najgorętszych zwolenników radykalnych zmian oraz twardego kursu wobec FIFA i UEFA uchodzą Barcelona i Bayern Monachium, podczas gdy szefami Arsenalu mają targać wątpliwości, czy kierunek absolutnej komercjalizacji jest właściwy. A zagrożone są nie tylko kluby z krajów słabiej rozwiniętych piłkarsko, jak np. Polska, lecz również średniacy z Anglii (Tottenham) czy Włoch (Roma), które nie kryją mocarstwowych aspiracji. Do G14 nie należy też Chelsea, czyli jedyny na świecie klub z praktycznie nieograniczonym budżetem.

Wczoraj szefowie G14 próbowali chłodzić nastroje, tłumacząc, że "likwidacja Ligi Mistrzów nie miałaby sensu" i "chcą mieć tylko więcej do powiedzenia". UEFA się jednak wściekła. - To byłby koniec, nastałyby czasu apartheidu - mówi jeden z jej dyrektorów William Gailard. - Oni chcą modelu amerykańskiego. Równie dobrze mogliby przerobić futbol na ligę wrestlingu, w której wszystko przewidywalne i z góry zaplanowane. No i byłby to koniec reprezentacji narodowych.

Co to jest G14

Piłkarski odpowiednik grupy G7 skupiającej osiem najbogatszych krajów świata. Założona przez 14 klubów (Ajax, Barcelona, Bayern, Borussia, Inter, Juventus, Liverpool, Manchester Utd, Marseille, Milan, Paris St-Germain, Porto, PSV Eindhoven, Real Madryt) w 2000 roku. Dwa lata później dołączyły do niej Arsenal, Bayer Leverkusen, Olympique Lyon oraz Valencia, ale nazwy już nie zmieniła. Z siedzibą w Brukseli. Powstała, by lobbować w UEFA i FIFA w obronie interesów swoich członków.

Kadencja prezesa trwa cztery lata. Pierwszym był szef Realu Florentino Perez. W 2004 roku zastąpił go Roberto Bettega z Juventusu. Za mózg rewolucyjnych przedsięwzięć uchodzi jednak generalny menedżer Thomas Kurth, którego bogacze pozyskali pięć lat temu, gdy ten miał już za sobą dekadę w roli organizatora wielu rozgrywek. Szwajcar był koordynatorem mistrzostw Europy w 1992 o 1996 roku, a także rozgrywek Ligi Mistrzów.

Grupa nie skupia faktycznie 18 najbogatszych klubów. Wśród członków jest finansowo ledwie zipiąca Borussia Dortmund, która w ubiegłej dekadzie przeinwestowała (wyłożyła np. 50 mln marek za Brazylijczyka Amoroso) i niedawno była nawet bliska bankructwa. Do elity dopchać nie może się natomiast Chelsea należąca do miliardera Romana Abramowicza, a źródła z G14 informują, że o pozyskaniu nowych członków w najbliższej przyszłości organizacja nie myśli.

Przychody najbogatszych klubów Europy.

1. Real Madryt (Hiszpania) 275,7 mln euro

2. Manchester United (Anglia) 246,4

3. AC Milan (Włochy) 234,0

4. Juventus Turyn (Włochy) 229,4

5. Chelsea Londyn (Anglia) 220,8 (klub nieobecny w G14)

6. FC Barcelona (Hiszpania) 207,9

7. Bayern Monachium (Niemcy) 189,5

8. Liverpool (Anglia) 181,2

9. Inter Mediolan (Włochy) 177,2

10. Arsenal Londyn (Anglia) 171,3

11. Roma (Włochy) 131,8 (klub nieobecny w G14)

12. Newcastle (Anglia) 128,9 (klub nieobecny w G14)

13. Tottenham (Anglia) 104,5 (klub nieobecny w G14)

14. Schalke 04 (Niemcy) 97,4 (klub nieobecny w G14)

15. Lyon (Francja) 92,9

16. Celtic Glasgow (Szkocja) 92,7 (klub nieobecny w G14)

17. Manchester City (Anglia) 90,1 (klub nieobecny w G14)

18. Everton (Anglia) 88,8 (klub nieobecny w G14)

19. Valencia (Hiszpania) 84,6

20. Lazio (Włochy) 83,1 (klub nieobecny w G14)

W 50 edycjach Ligi Mistrzów (wcześniej Pucharu Europy Mistrzów Krajowych) 40 razy triumfowali członkowie grupy G14.

Polskie kluby:

Wisła ok. 7 mln euro (2004 r.)

Legia ok. 4 mln euro (2005 r.)