Pomocna Liga Koszykówki

Absurd, czy akcja charytatywna? Dwa najbogatsze kluby PLK dziś wystąpią z wnioskiem, aby liga utrzymywała graczy zbankrutowanej Noteci Inowrocław. Anwil już sfinansował jej przyjazd na mecz do Włocławka, a jego zawodnicy zrzucili się na kolację dla swoich rywali.
Noteć - zespół przegrał każde z 22 spotkań sezonu - to klub pasjonatów. W drużynie grają już tylko ci, którzy chcą się pokazać innym klubom, muzyk hiphopowy oraz juniorzy jeszcze niedawno bezlitośnie ogrywani przez swoich rówieśników. W sobotę grupa zapaleńców przegrała we Włocławku z wicemistrzami Polski różnicą 62 punktów. To rekord ligi. Noteć mogła przegrać mniej - 0:20, gdyby oddała mecz walkowerem. Była blisko, bo nie miała pieniędzy nawet na zorganizowanie przyjazdu na mecz z Anwilem. Za wszystko zapłacili więc włocławianie. Jak w popularnej reklamie telewizyjnej. Odżywki, lekarz, masażysta, benzyna dla rywala - to wszystko kosztuje. Pokonać go 110:48 ? Bezcenne.

Noteć powinna zostać wycofana z ligi - nie jest w stanie zapłacić nawet za wynajem mieszkań dla swoich graczy, wiec ci rozjechali się po Polsce, a wracają tylko na mecze. Ale dotrwa do końca sezonu, bo Anwil wspólnie z najbogatszym klubem w kraju, Prokomem-Treflem chcą, aby Polska Liga Koszykówki finansowała stypendia dla koszykarzy z Inowrocławia. Sopocki klub podobnie jak Anwil chce wziąć na siebie koszty przejazdu zawodników, zapewnić im opiekę medyczną. Wszystko po to, aby drużyna, która otrzymała dziką kartę nie wycofała się z rozgrywek.

Kolację fundują rywale

Z inicjatywą wyszedł prezes włocławskiego klubu Zbigniew Polatowski. - Zadzwoniłem do prezesa Prokomu, pana Wierzbickiego. Zapytałem, czy poparłby mój wniosek o przyznanie przez PLK zawodnikom Noteci stypendiów do końca sezonu. Powiedział, że zgadza się na takie rozwiązanie, więc myślę, że wszystko uda się zrealizować.

Czyli krótko mówiąc, liga będzie teraz finansować Noteć? - pytam. Polatowski: - Powiedziałbym, że stypendia dla jej zawodników. Prezes Prokomu powiedział, że też będzie robił, co może, aby pomóc Noteci - sfinansuje jej przyjazd nad morze, zapewni opiekę medyczną, obiady, tejpy (ochraniacze niezbędne do gry koszykarzym - przyp. red.). Chcemy pomagać temu klubowi, może pozwoli to dotrwać Noteci do końca sezonu.

Anwil zabezpieczył graczom Noteci wszystko co potrzebne - inowrocławianie nie musieli martwić się o wyżywienie, wodę, odżywki, opiekę medyczną i nadzór masażysty. Ten usiadł na ławce rezerwowych Noteci w klubowej koszulce klubu z Włocławka. Polatowski: - Mamy ponad dwa tysiące sprzedanych karnetów. To nas do czegoś zobowiązuje. Gdy dowiedzieliśmy się, że Noteć może w ogóle nie przyjechać, nie chcieliśmy sprawić zawodu ludziom, którzy zapłacili wcześniej również za obejrzenie właśnie tego spotkania.

Pierwszy krok w pomocy bankrutowi zrobił klub. Kilka godzin później zareragowali też zawodnicy Anwilu. W piątkowy wieczór do Polatowskiego przyszedł kapitan włocławian Robert Witka i podstawowy skrzydłowy Gatis Jahovocs. Zaproponowali, że koszykarze Anwilu - należą do najbogatszych w Polsce - zaproszą swoich rywali na pomeczową kolację. Za wszystko płacą gospodarze. W sobotni wieczór już po zakończonym spotkaniu wszyscy wspólnie wyjechali do jednej w włocławskich restauracji.

- Czy drużyna zjadłaby kolację po sobotnim meczu, gdyby nie propozycja włocławian? - pytam kapitana Noteci Macieja Raczyńskiego. - Oczywiście! Nie jest aż tak źle... Nie odżywiamy się przecież samymi jabłkami, bo później nikt nie byłby w stanie biegać - mówi.

Kto dogoni psa?

Ale w sobotnim meczu z Anwilem, gracze Noteci wyglądali właśnie na takich koszykarzy, którzy są niedożywieni. Siły stracili już po kilku minutach gry - później mnożyły się straty piłki, błędy. "Łapy, łapy, cztery łapy... A na łapach pies kudłaty... Kto dogodni psa, kto dogodni psa?" śpiewała w Hali Mistrzów dziecięcą piosenkę grupa fanów Noteci. Treść idealnie pasowała do meczu - maskotka koszykarzy z Włocławka to rottweiler, a zawodnicy Anwilu biegali szybciej, skakali wyżej i mieli znacznie więcej sił niż rywale. Marcin Sroka jest szczery. Drużyna Noteci nie pasuje do profesjonalnej ligi koszykarskiej - bliżej jej do rozgrywek amatorów, w której spotykają się pasjonaci. - Nie ukrywajmy: dziś różnica między każdym zespołem ligi a Notecią jest ogromna. Co wcale nie oznacza, że dla faworyta mecze są łatwe. Moim zdaniem ciężko gra się z drużyną, która praktycznie nie ma zawodników. Jest kwestia motywacji.

David Dedek, drugi trener Anwilu, w sobotę zastępował w roli pierwszego Andreja Urlepa. Słoweniec wiedząc, jakim rywalem jest Noteć, pojechał do domu na kilkudniowy urlop, a przy okazji nakazał, aby kilku podstawowych zawodników włocławian również odpoczęło. Dedek podobnie jak Sroka mówi o problemie motywacji w meczach z Notecią. - Szanujemy przeciwnika kimkolwiek jest. Nawet jeśli okazuje się tak słabym zespołem.

Trener Noteci Siergiej Żełudok nie sprawia wrażenia załamanego. Raczej już trochę rozbawionego groteskową sytuacją. Sobotni mecz obserwował siedząc z założoną jedną nogą na drugą i tylko drapał się po głowie, gdy jego koszykarze nie byli w stanie wyprowadzić piłki przy agresywnej obronie Anwilu. - A co ja właściwie mogę zrobić? - później pytał retorycznie z rozbrajającym uśmiechem, w którym widać było i zażenowanie i bezradność.

Na konferencji prasowej już wiedział, co właściwie mógłby zrobić. Dziękował. - Za wszystko. Za to, że mogliśmy przyjechać do Włocławka, za odżywki, za opiekę medyczną.

Nie ma pan dość? - pytam. Żełudok - postawny, 210 centymetrowy mężczyzna nagle prostuje się. Instynktownie, jakby pod wpływem zagrożenia. - A co? Od razu mamy mieć w mieście trzecią ligę? - odpowiada. - Trzeba walczyć, może coś się jeszcze uda uratować.

Na kierownictwo klubu z Inowrocławia nie mówi żadnego złego słowa. - Wkrótce mamy zaplanowane spotkanie, może ono coś wyjaśni - mówi patrząc ponuro w podłogę.

A wierzy pan w to, że coś może się jeszcze zmienić?

- Muszę.

Treningi? Jakie treningi...

Inowrocławianie dziś to grupa miłośników koszykówki, która nijak nie pasuje do realiów ekstraklasy. Kapitan Noteci, Maciej Raczyński: - Nasze treningi? O czym mówimy... Trenują tylko ci, którzy są w Inowrocławiu. Czyli juniorzy. Ja ćwiczę we Włocławku. Krzysztof Mielczarek w Sopocie, a Bartosz Sarzało w Starogardzie Gdańskim. A później spotykamy się na meczu i próbujemy coś z tego wszystkiego stworzyć.

Z włocławskiej Hali Mistrzów po pogromie wyszli pewni siebie - skierowali się do malutkiego busu. Bliżej mu do pojazdów PKS niż klimatyzowanych i wyposażonych we wszystkie udogodnienia autokarów, jakimi porusza się większość zespołów ekstraklasy. Większość zawodników szybko chowa się za zaparowanymi szybami. Na zewnątrz najdłużej zostaje Damian Laskowski. To 'Massey', gwiazdka polskiej sceny hiphopowej - żyje z muzyki, koncertów. Grę w Noteci traktuje jako dodatek - jeszcze zanim zaczął robić karierę rapera, grywał w drużynie. W tym sezonie zgłosił się do klubu, bo widział, jak brakuje w nim koszykarzy starszych niż juniorzy. Nie wygląda na człowieka, który miałby jakiekolwiek problemy finansowe - gracze Noteci nie dostają za swoją grę ani grosza. 'Massey' ma na sobie drogą kurtkę, a przez telefon o meczu opowiada kilkanaście minut. Widać, że nie liczy się z rachunkiem telefonicznym.

Kabaret w rytmie hip-hop

Nie czuje się Pan jak uczestnik kabaretu? - pytam. Laskowski: Tak. Do niedawna wszystko jeszcze jakoś wyglądało. Ja przyszedłem do zespołu, gdy byli w nim jeszcze Amerykanie, Ivan Kuburović. Później zaczęło się to sypać. Ostatnio żyliśmy nadziejami. Ale cała organizacja klubu, to jak na wszystkich stronach internetowych się z nas śmieją... To już kabaret.

Cieszy się ze stypendiów, jakie chce ufundować PLK. To pomoże. Ale nie rozwiąże problemu. - Dla mnie jako zawodnika, to nawet troche upokarzające. Czuję się jak jakiś żebrak, a to przecież ekstraklasa. Takie rzeczy nie mogą się dziać na tym szczeblu.

Zawodnicy już nie skarżą się żadnemu z działaczy, bo nie mają komu. - Jest kontakt z Cezarym Rydlichowskim (obecny wiceprezes, wcześniej szef klubu - przyp. red.)? Laskowski: Z tego, co czytam w gazetach, nikt go nie ma. Ja nawet do niego nie dzwoniłem.

Po takim meczu się zniechęciłem. Dziękuję bardzo, wracam do streetballa.

Kapitan Noteci też jest bezradny. - Wiem, że zarząd się zmienił. Ale nowego prezesa (Janusz Podogrodzki - przyp. red.) jeszcze nie widziałem. Nie było go na żadnym treningu, nikt nie przyszedł, nie przedstawił się i powiedział "Witajcie, teraz ja jestem prezesem". Ale widziałem go w gazecie na zdjęciu - mówi Raczyński.

We Włocławku nie było żadnego z szefów Noteci. Na oficjalnej stronie internetowej klubu wydano natomiast specjalne oświadczenie. Klub wyraził w nim podziękowanie dla Anwilu za zainteresowanie sytuacją w klubie. Jednocześnie poinformował, że nie było żadnego zagrożenia, aby mecz się nie odbył, choć i zawodnicy i szkoleniowiec twierdzą inaczej. "Kadra zespołu liczy 15 koszykarzy i na pewno stawiliby się oni na mecz we Włocławku" - napisano.