Świeniewicz: Skok nad siatkę

Przez pierwsze dwa lata rzadko chodziłam na treningi. Gdy były rano, spałam albo szłam na wagary. Aż w siódmej klasie trener wziął mnie do grupy starszych. I trzeba było udowodnić, że potrafię
W najbliższy weekend polska siatkarka gra ze swoją Perugią w turnieju Final Four Ligi Mistrzyń.

Wojciech Staszewski: Jak to jest być najlepszą w Europie?

Dorota Świeniewicz: Mam satysfakcję, bo zwykle na starsze zawodniczki patrzy się z przymrużeniem oka. A w poprzednim sezonie złamałam nogę i mówili niektórzy, że już nie wrócę do sportu, a już na pewno nie na tym poziomie. Tytułem najlepszej w Europie udowodniłam im, że potrafię jeszcze wyskoczyć nad siatkę.

Jak było z tą kontuzją?

- To była końcówka sezonu, kiedy wygrałyśmy pierwszy raz mistrzostwo Europy, w wakacje w ogóle nie odpoczęłam, potem powrót do klubu, liga krajowa, Liga Mistrzyń, puchar Włoch. Byłam zmęczona do szpiku kości. W marcu 2003 r. w finale Ligi Mistrzyń walczyłyśmy z Teneryfą. Grałam bardzo dobry mecz. Na początku drugiego seta atakowałam i spadłam na nogę rywalki.

Moja przyjaciółka Simona Gioli wzięła mnie na ręce, zaniosła za ławkę. Byłam pewna, że to tylko skręcenie. Ściągnęli mi but, skarpetkę. Mauro, nasz masażysta, dostał szoku, bo nigdy wcześniej nie widział złamania. Zaczął krzyczeć: "Wstawaj, zrobię ci taping (czyli opaskę z bandaża), zaraz wracasz do gry". Na szczęście obok była lekarka i mówi: "Nie, Mauro, Do (tak na mnie mówią w Perugii: Do) ma złamaną nogę".

Położyli mi na kostkę worek z lodem, ukradkiem go podniosłam. Patrzę, a tam dziura, zmiażdżona kość. Ale jeszcze do mnie nie docierało, co się stało. W drodze do szatni spytałam masażystę: "Mauro, powiedz szczerze, co z tą moją nogą, bo dziś musimy tu wygrać, a za trzy dni zaczynają się play-offy". Tylko na mnie popatrzył i mnie przytulił.

W szatni włączyłam telefon komórkowy, żeby powiedzieć mamie, która oglądała mecz w telewizji, że jestem cała i zdrowa. Ale nie było zasięgu. Chcieli mnie zawieźć do szpitala, ale się uparłam, że najpierw chcę zobaczyć, jak koleżanki wygrywają. Po 15 minutach doskakałam do ławki i teraz myślę, że to był błąd. Bo zespół mi się zupełnie rozkleił. Bliższym koleżankom łezka się w oku zakręciła

A Pani o czym wtedy myślała?

- Byłam z zespołem, krzyczałam. Wtedy człowiek nie myśli o złamanej nodze, tylko że może wygrać Ligę Mistrzyń, stanie na podium, zawiśnie mu na szyi medal. Gdybym nie miała nogi złamanej, tylko skręconą, włożyłabym stabilizator na kostkę, zacisnęła zęby i dalej grała.

Ambicja?!

- To jest w środku. Za wszelką cenę chciałabym zawsze wygrać.

Jak Pani wytrzymała bez grania?

- W środę rano byłam operowana, mam w nodze śruby. A po południu koleżanki grały mecz. Kazałam się zawieźć na halę. Jak weszłam, kibice wstali i zaczęli skandować moje imię. Wzruszyłam się.

W domu nie mogłam sobie z niczym poradzić. Przyjechała mama, pierwszy raz od początku mojego pobytu we Włoszech. Siedziałam cały dzień w salonie na kanapie z pilotem, telefonem. A mama robiła moje ulubione: barszcz z krokietem, kotlety zawijane z żółtym serem. Rzeczy bardzo kaloryczne, do których we Włoszech nie jestem przyzwyczajona, bo jak jestem sama, to nie chce mi się gotować. Samej dla siebie to tak nie smakuje. I szkoda mi czasu, wolę odpocząć więcej między treningami. Kupuję gotowe makarony, mięso, żeby tylko wrzucić do piecyka.

Nie bała się Pani końca kariery?

- Bardzo. Nie zapomnę, jak przyjechałam wreszcie na halę, koleżanki trenowały. Masażysta wziął kule i mówi: "Wstań na nogi!". Wiedziałam, że zrobię wszystko, żeby wrócić do sportu. Zaczynałam od biegania w basenie, cztery razy w tygodniu po półtorej godziny. Chociaż nie potrafię pływać, boję się wody. W sierpniu przyjechałam do Polski, chodziłam dwa razy dziennie na siłownię, jeździłam dużo na rowerze górskim, z moją przyjaciółką Beatą robiłyśmy po 50 kilometrów dookoła Bielska-Białej.

Na początku września przyjechałam do klubu. Fizycznie byłam przygotowana do ciężkiej pracy. Ale na początku bałam się poruszania po boisku typowymi siatkarskimi krokami: cwałem bocznym, przeplatanką. Dziewczyny się ze mnie śmiały: drewniana noga. Bo się bałam zgiąć nogę w kolanie. Odbijałam piłkę przy ścianie.

Początek sezonu miałam nie za bardzo udany. Jeden mecz na wysokim poziomie, a tydzień później nic mi nie szło.

Co się w Pani dzieje, jak nie idzie?

- Staram się tego nie pokazać. Mówię sobie, że gorzej już być nie może, będzie tylko lepiej. Kiedy gra się o mistrzostwo Europy, człowiek musi sam do siebie podchodzić łagodniej, bo inaczej się zniszczy, zestresuje. A przy meczach o pietruszkę odwrotnie: trzeba sobie trochę dołożyć.

W grudniu 2004 r. wszystkie mecze zaczęły mi iść. Ale że w dostanę tytuł najlepszej siatkarki w Europie, to nie pomyślałabym.

Gdyby w 1997 r. nie wyjechała Pani z Polski, nie zdobyłaby Pani chyba tego tytułu.

- Wyjazd pozwolił mi udoskonalić to, czego się nauczyłam w Polsce. Trenowałam potem z najlepszymi na świecie. Wyjazd zmienił też moje podejście do życia. Mniej ważne są teraz pieniądze. W Polsce za nimi się goniło, wydawało mi się, że im więcej będę miała pieniędzy, tym będę bardziej szczęśliwa. A to nieprawda. Człowiek gra, wygrywa, trenuje dla własnej satysfakcji.

Tak można mówić dopiero, kiedy się już te pieniądze ma.

- Nie. Mnie trzeba tyle, żebym miała na chleb. A później jakoś sobie poradzę. Umiem na siebie zapracować.

Gdyby została Pani wtedy w Polsce, to...

- Zadowoliłabym się tym, co by mnie spotkało. Któregoś dnia z Bielska pojechałabym do Kalisza, bo wtedy Kalisz wygrywał mistrzostwo i Puchar Polski. Po dwóch latach przejechałabym np. do Dick Black Andrychów. Tak to działało: przychodził sponsor, kupował gwiazdy, pieniądze się kończyły i przejeżdżało się do innego miasta.

Bardzo chciałam wyjechać. Liga włoska już wtedy była najlepsza w Europie. A naszej reprezentacji nie bardzo szło, byłyśmy między ósmym a 12. miejscem w Europie. Wyjazd to było wyzwanie, żeby udowodnić w silnej lidze, że chociaż jestem Polką, to dużo potrafię. I udało mi się, bo w pierwszym roku zostałam najlepszą zawodniczą sezonu.

Jak doszło do Pani wyjazdu?

- W 1997 r. na mistrzostwach Europy wypatrzył mnie trener Perugii. Spotkaliśmy się w hotelu. Prezes mówi: "Dogadałem się z twoim klubem. Daję ci 15 minut".

Był ze mną mój eksmąż. Powiedział mi: "Wyjazd do Włoch to twoje marzenie. Jak ci powiem, że masz nie jechać, to mi to przy pierwszej kłótni wypomnisz". Brat męża: "Jeśli to twoje marzenie, podejmij wyzwanie".

Po kwadransie podpisałam kontrakt. Ale całą drogę w samochodzie płakałam. Zdałam sobie sprawę, że podpisałam trzyletni kontrakt, jadę do obcego miasta, gdzie nie znam nikogo. Kierowca Włoch cały czas do mnie mówił. Czasem wychwyciłam jakieś słowo, sprawdzałam w rozmówkach polsko-włoskich, ale nie wiedziałam kompletnie, o co mu chodzi. 17 godzin w samochodzie, on patrzył, ja płakałam. Byłam przerażona.

Jak było na miejscu?

- Lepiej. Przez trzy dni miałam tłumaczkę. Trener uczył włoskich słów - ręka to brace, noga to gamba i pokazywał palcem. Najgorsze były powroty do pustego mieszkania. Zostawiałam przed wyjściem zapalone światło, żeby dom chociaż nie straszył ciemnością.

Ale koleżanki we Włoszech też okazały się serdeczne. Sara, chyba z pięć lat młodsza ode mnie, w każdy dzień wolny zabierała mnie od rana do wieczora do domu rodziców. Siedziałyśmy, jadłyśmy, piłyśmy, oglądałyśmy. Na początku w ogóle się nie rozumiałyśmy, ale to nam nie przeszkadzało. Dopiero po pięciu miesiącach odważyłam się odezwać po włosku. Bo jestem perfekcjonistką, jak nie umiem, nie mówię.

Nie pociągnęła Pani męża za sobą.

- Może byliśmy za młodzi. Może nie spotkały się te dwie właściwe połówki. Prędzej czy później to by się rozpadło. Wyjazd to tylko przyspieszył.

Kiedy Pani wrosła we Włochy?

- Nie można powiedzieć, że wrosłam. Czuję się Polką, z roku na rok coraz bardziej tęsknię za krajem, bardzo bym chciała wrócić. Tylko wcześniej wygrać Ligę Mistrzów, żeby do mojego ołtarzyka z medalami i pucharami dostawić jeszcze to trofeum.

Jak wygląda ten ołtarzyk?

- Regalik szerokości metra, wysoki na 210 cm. Stoi w sypialni, zerkam na niego co rano. Ale nie żebym się zadowalała tym, co wygrałam. Dziennikarze się dziwili, jak po zdobyciu mistrzostwa Europy powiedziałam, że to już jest historia. Ale tak uważam: 10 minut po meczu należało już myśleć, co nas czeka w przyszłości. Inaczej niczego więcej nie osiągniemy.

Co chciałaby Pani osiągnąć jeszcze z reprezentacją?

- Zdobywając dwa razy mistrzostwo Europy, potwierdziłyśmy, że jesteśmy najlepsze. Teraz bardzo bym chciała stanąć na podium tegorocznych mistrzostw świata.

Czyli znów udowodnić, że Polka potrafi.

- Tak. A w przyszłości chciałabym, żeby reprezentacja pojechała na igrzyska. Tylko nie wiem, czy to będzie moja przyszłość, od czasu kontuzji nie robię długofalowych planów.

Co będzie po siatkówce?

- Święta Bożego Narodzenia miałam w Warszawie - bardzo udane, o jakich latami marzyłam. I takich bym zawsze chciała. Kiedy wróciłam do Włoch, dowiedziałam się, że moja przyjaciółka Simona jest w ciąży. Od czterech lat razem w pokoju, razem chodzimy na obiad, do dyskoteki, papużki nierozłączki. Zaczęłam płakać. Ze szczęścia, jej szczęścia. A trzy dni później pierwszy wyjazd na Ligę Mistrzów: sama w pokoju, daleko od domu. Płakałam trzy godziny. Pomyślałam: "Boże, na co mi ta siatkówka, mam już dosyć".

Wystarczy wyjść na halę i znów chce się grać, ale to naprawdę męczy. Okrągły rok bez rodziny, bez przyjaciół, bez chłopaka, w pokoju hotelowym, w autobusie, rzucana z jednej sali na drugą. A po tygodniu człowiek wraca do pustego domu i myśli: "Boże...".

Więc co będzie po siatkówce?

- Chciałabym mieć przedszkole. Kocham dzieci, jak przyjeżdżam do rodziców, to z moją sześcioletnią chrześnicą spędzamy całe dnie. Gdybym nie została siatkarką, byłabym nauczycielką.

To dlaczego wybrała Pani siatkówkę?

- Nie wybrałam. W IV klasie podstawówki robili selekcję do klasy siatkarskiej. Nie wyróżniałam się wzrostem, ale trener uznał, że coś mam w sobie. Przez pierwsze dwa lata bardzo rzadko chodziłam na zajęcia. Jak były rano, to spałam albo szłam na wagary. Czasem mnie mama doprowadzała. W ogóle mi się nie chciało.

Kiedy się Pani przełamała?

W VII klasie trener wziął mnie do grupy starszych ode mnie. I trzeba im było udowodnić, że potrafię. Bardzo lubię wyzwania...

Dorota Świeniewicz ma 34 lata, urodziła się w Głuszycy, nieopodal Wałbrzycha. Ma 180 cm wzrostu, waży 63 kg. W ataku potrafi wyskoczyć do 316 cm. Od 1997 r. gra w Desparze Perugia, wcześniej w BKS Bielsko-Biała i Polonii Świdnica. Najlepsza zawodniczka ubiegłorocznych mistrzostw Europy, na których Polki obroniły złoty medal. Europejska Federacja Siatkówki (CEV) wybrała ją na najlepszą siatkarkę roku.