Rutkowski, Wujec: Władca pierścieni

Rok temu, po zdobyciu przez Lakers pierwszego tytułu, napisaliśmy artykuł, w którym zastanawialiśmy się, na ile sukcesy Phila Jacksona są efektem jego geniuszu, a na ile wszystko to polega na umiejętności znalezienia się w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu. Sugerowaliśmy, że mając w składzie takie superduety jak Jordan - Pippen albo Shaq - Kobe tytuły mistrzów NBA zdobywałby nawet Antoni Piechniczek. Dziś rozumiemy, jak bardzo się myliliśmy. Nadeszła pora, aby to wszystko odszczekać.
Osiem mistrzowskich pierścieni nie jest dziełem przypadku. Szperając głęboko po Internecie, natrafiliśmy na dowody prawdziwego trenerskiego geniuszu Jaxa. Okazuje się, że indiańskie rytuały, że rozdawanie zawodnikom książek i montowanie motywujących klipów filmowych - to tylko wierzchołek góry lodowej. Wreszcie zrozumieliśmy, jak to się stało, że ta w gruncie rzeczy przeciętna drużyna, jaką są Lakersi, zdobyła w wielkim stylu tytuł mistrzowski. I wiemy, że żaden inny trener by tego nie dokonał.

Oto, jak w pięciu punktach wygląda recepta Phila Jacksona na wielką koszykówkę. Mamy nadzieję, że zapoznają się z nią również nasi rodzimi trenerzy i zastosują ją w przyszłorocznym sezonie w PLK.

Po pierwsze luz.

Zdaniem Jacksona, niezmiernie istotne jest, aby zawodnicy pozbyli się zbędnego napięcia. Najprostszą metodą dla osiągnięcia tego celu jest zastosowanie właściwej techniki oddechowej. Dlatego Phil odradza swoim zawodnikom żucie gumy podczas kluczowych momentów meczu: - Kiedy zawodnik żuje gumę i zbyt mocno zaciska szczęki, może to doprowadzić do powstania niepotrzebnego dodatkowego napięcia. Dlatego nalegam, żeby wypluwał gumę albo przestał ją na chwilę żuć, aby napięcie, które już i tak istnieje, nie narastało. Co ciekawe, problem gumy do żucia jest niewątpliwie nowym odkryciem tego wybitnego trenera, gdyż, jak pamiętamy, jeden z czołowych zawodników prowadzonej przez Jacksona drużyny Chicago Bulls żuł gumę, aż mu się uszy trzęsły. Aż strach pomyśleć, jak fantastycznym koszykarzem byłby Michael Jordan, gdyby w kluczowych momentach pozbywał się zbędnego napięcia w postaci gumy marki Bubblicious, którą bez przerwy bezmyślnie żuł.

Po drugie lekkość.

Kolejnym orężem w trenerskim arsenale Phila Jacksona jest obcinanie włosów przed meczem. Przed każdym spotkaniem w Los Angeles z sąsiedniego Ojai przyjeżdżał do Jaxa profesjonalny stylista Billy Yamaguchi - i układał mu włosy zgodnie z regułami feng shui. Dziwactwo? Ależ skąd. Fryzjerskie obowiązki sprawiły, że Yamaguchi nie mógł się pojawić przed pierwszym meczem finałów i Lakers ponieśli jedyną w playoffs porażkę. Przed meczem nr 2 Yamaguchi rzucił wszystko w diabły, przyjechał i poświęcił fryzurze Jaxa więcej czasu niż zwykle. Dokładnie przyciął jego siwe włosy, zgolił bródkę, pozostawiając jedynie malutkie pasemko pod dolną wargą. Nazwał to uczesanie "na gladiatora zen". I Lakers odnieśli zwycięstwo. - Wam się wydaje, że to bez różnicy, ale ja czuję się dużo lżejszy - oznajmił Jackson. Chociaż moda na feng shui pojawiła się stosunkowo niedawno, to Jax już jako trener Bulls przywiązywał sporą wagę do uskrzydlających, lekkich fryzur swoich graczy. Prawdopodobnie stąd wzięła się moda na najlżejsze w NBA czupryny, zapoczątkowana przez Micheala Jordana, a teraz dzielnie kultywowana choćby przez Shaqa - oraz inspirujące fryzury Dennisa Rodmana. Niestety, nie wszyscy podopieczni Jacksona potrafią się podporządkować rygorom trenera - czupryny Ricka Foxa i Kobe Bryanta dowodzą, że w tym elemencie strategii gry jest jeszcze miejsce na postęp.

Po trzecie energia.

Jackson denerwuje się, gdy widzi, że któryś z zawodników Lakers je w szatni słodycze. Uważa, że źle to wpływa na zbilansowanie energii. - Trener dostaje szału. Mówi, że wprowadza mnie to na wyższy poziom energii wewnętrznej, a potem podczas meczu ten poziom szybko się obniża i sprawia, że gorzej gram - śmieje się Horace Grant, który jednak nie zamierza się tym przejmować i nadal po kryjomu zajada się kit-katami i snickersami. Rzeczywiście zauważyliśmy podczas finałów, że w niektórych momentach Grant robił się nieco ospały. Czego na pewno nie można powiedzieć o Dereku Fisherze, który - jak udało nam się dowiedzieć - nawet herbatę przestał słodzić.

Po czwarte dobry duch.

Oczywiste jest, że w każdym zespole potrzebny jest dobry duch. U Jacksona zawsze był ktoś taki. Czy to Jud Buechler albo Bill Wennington z Bulls, czy Ron Harper lub Brian Shaw z Lakers. Ale równie ważne jak obecność dobrego ducha, a może nawet ważniejsze jest pozbycie się duchów złych, o czym Jackson też pamięta. Dlatego Phil przed meczami pojawia się często w szatni, potrząsając kadzidełkiem i mamrocząc pod nosem tajemne zaklęcia. Dym spowija przerażonych zawodników, ale to nie tylko terapia zapachowa. Jax tłumaczy im: - Chodzi o to, by unicestwić wszystkie złe duchy, które się tu znajdują. Zawodnicy szanują metody trenera. Mówi Horace Grant: - Byłem pewien, że się czymś naszprycował.

Po piąte wizualizacja.

To niezmiernie istotne. Dlatego Jackson często każe swoim podopiecznym wykonywać wejścia pod kosz.... bez piłki, przepychać się z nieistniejącym obrońcą, cieszyć ze zdobycia wyimaginowanych punktów. Prawdopodobnie Jax zaczerpnął tę technikę z filmu "Powiększenie" Antonioniego, gdzie nieistniejącą piłką rozgrywany jest mecz tenisowy. Swoją drogą to też nowe odkrycie naszego bohatera. Chętnie zobaczylibyśmy Rodmana prowokującego nieistniejącego Karla Malone'a... Zawodnicy doskonale rozumieją wagę właściwej wizualizacji akcji. Znowu mówi Horace Grant: - Chodzi o to, aby zwizualizować ten, no ... oj, to jedna z tych dziwacznych bzdur Phila.

Phil Jackson - wielki trener, wybitny strateg, wspaniały motywator. Skromny, wyważony, spokojny i cierpliwy. A przede wszystkim skuteczny. Nieprzychylni Jacksonowi komentatorzy mówią: - Ciekawe, jak wyglądałby cały ten zen w Vancouver. My nie mamy już wątpliwości - takimi metodami Jackson z Grizzlies też uczyniłby mistrzów.

Tako rzecze Shaq po zdobyciu tytułu

- Ktoś powiedział mi, że tworzymy historię. Mamy najlepszy bilans w playoffs (15 zwycięstw i 1 porażka) wśród drużyn, które zdobyły tytuł mistrza NBA. A zatem mam kolejny przydomek, którym mogę się przedstawiać swoim synom - Wielki Historyk.