Marczułajtis ostatnią nadzieją białych

Dziś w slalomie gigancie równoległym startuje Jagna Marczułajtis. W Salt Lake City była czwarta, podczas treningów w Turynie nie wypada poza czwórkę najszybszych. Zdarzyło jej się nawet wygrywać. - Przyjechała tu walczyć o medal - zapowiada trener Piotr Paluch
Slalom to piekielnie szybka konkurencja. Stajesz na górze, mkniesz przez jakieś 45 sekund, balansując ciałem, by omijać bramki. Z lewej strony rywalka. Potem obie wracają na górę i znowu w dół, tyle że zamieniają się miejscami. Suma czasów wskazuje zwycięzcę. Im wyżej w kwalifikacjach, tym później trafia się na najgroźniejsze konkurentki.

Jagna startuje jako jedna z ostatnich Polek, która może na tych igrzyskach coś zdziałać. - Śmiejemy się, że Jagna to ostatnia nadzieja białych - mówi trener Paluch.

Z dalekiej podróży

Start w ostatnich dniach igrzysk to dla Jagny zbawienie. W ostatni weekend stycznia przeziębiła się na Pucharze Europy w Czechach. Nie można było znaleźć antybiotyku. Miała nieść polską flagę na ceremonii otwarcia igrzysk, ale miała 37,5 stopnia gorączki. Nie chciała ryzykować, choć w Polsce kilkuletnia córeczka chciała zobaczyć mamę w telewizji.

Kiedy rywalki jeździły po stoku, Jagna leżała w łóżku. Kilka dni intensywnej kuracji zrobiło swoje. Od paru dni regularnie jeździ, a jedyny ślad, jaki zostawiła choroba, to to, że nie wytrzymuje fizycznie 10-11 przejazdów. Sześć-siedem jest na wysokim poziomie. Dziś w najlepszym przypadku pojedzie dziesięć razy (dwa razy w eliminacjach, dwa razy w 1/8 finału, dwa razy w ćwierćfinale, dwa razy w półfinale i dwa razy w...). Wytrzyma, bo brakującej energii dostarczy adrenalina, która pojawia się na starcie, a której brak w zawodach.

Smarowanie bez znaczenia

We wtorek Marczułajtis leniuchowała w wiosce olimpijskiej. W środę, dzień przed startem, pojechała z trenerem "sprawdzić" śnieg. Żeby w czwartek odpowiednio posmarować. Ale w gigancie to nie ma żadnego znaczenia. I to nie tylko dlatego, że - w przeciwieństwie do biegów narciarskich - deska nie musi "trzymać na podbiegach", ale dlatego, że w gigancie jedzie się na krawędzi deski. I przy smarowaniu ciężko się pomylić.

Najważniejsza więc będzie dyspozycja Jagny, bo deska jest szybka albo wolna. Bardziej skrętna albo mniej. Jagna ma optymalną. Na oficjalnych treningach Polka nie spadała poza pierwszą czwórkę. Rywalizacja będzie na całego, a taktyki żadnej - gdyby Jagna zaczęła kombinować, mogłaby się pakować już po dwóch zjazdach. Ale Jagna się nie boi. Jej zaletą ma być to, że olimpijski start jeszcze ją zmobilizuje, a nie zdeprymuje. Tym bardziej że w styczniu w szwajcarskim Nendaz wygrała PŚ w slalomie równoległym. Pokonała tam wszystkie najlepsze rywalki. W drodze po zwycięstwo walczyła z nimi bezpośrednio, nie było tak, że eliminowały się między sobą. Nie było mowy o przypadku, nikt się nie wywrócił.

Różnica slalomu od giganta jest taka sama jak w narciarstwie alpejskim. W gigancie tyczki ustawione są luźniej, Jagna woli, gdy odległości między nimi są mniejsze.

Ale jakiś czas temu - w kwalifikacjach do giganta w Kanadzie - miała drugi i trzeci czas. Udowodniła, że choć zajęła tam 10. i 11. miejsce, stać ją na nawiązanie walki z czołówką. Tym bardziej że stok w Bardonecchii jest bliźniaczo podobny do tego w Kanadzie. I decydować będzie nie tylko szybkość, ale i technika.

66 kg jest OK

Stok jest łatwy i płaski. Z praw fizyki wynika, że łatwiej będą miały zawodniczki zbudowane potężnie. Jagna zbudowana jest proporcjonalnie - te 66 kg, które waży, jest optymalne. Faworytkami będą Szwajcarki, z Danielą Mueli na czele. Wiele do powiedzenia mogą mieć Włoszki, choć ostatnio w ekipie gospodarzy było zamieszanie - cztery dni temu zmieniono skład. Ale to są dodatki do całości. Najważniejsza będzie forma, a nie deska, smar, guma na krawędzi czy kask. Trzeba po prostu jechać. Polka nie jeździ siłowo, tylko precyzyjnie. Nie widać w jej przejazdach męki, walki o każdy metr. Jej jazdę cechuje płynność, nie ma szarpaniny...

Jagna jest lepsza i bardziej doświadczona niż cztery lata temu. Od tamtej pory wygrała dwa Puchary Świata, obecnie zajmuje szóste miejsce w PŚ. Punkt wyjściowy jest zdecydowanie lepszy niż w SLC. Z USA przywiozła czwarte miejsce i męża, byłego łyżwiarza figurowego, Sebastiana Kolasińskiego (nie są już razem). Teraz niech przywiezie medal.

Dla "Gazety"

Piotr Paluch

trener polskich snowboardzistek

Nie ma sensu owijać w bawełnę: może zrobimy dobry wynik, a może nie. Gdyby Jagna nie była w medalowej formie, nie mówiłbym nic.

Czwartego miejsca w Salt Lake City nie wspominamy. Tam było więcej szczęścia niż pecha. Sprawiliśmy wręcz sensację. Gdyby nie błąd rywalki, która wywróciła się na przedostatniej bramce, Jagna odpadłaby w 1/8 finału. Wtedy nie była faworytką. Teraz jest jedną z ośmiu-dziesięciu kandydatek do medalu. Uważam, że czołowa 16 zamknie się w sekundzie, straty będą minimalne. Trzeba więc jechać bezbłędnie. Liczyć się będzie precyzja od wyjścia ze startu, do ostatniej bramki przed metą. Popełnionego, jak czasem na innych stokach, błędu nadrobić się nie da. Trzeba pojechać perfekcyjnie.

not. rb