Kowalczyk: najlepszy bieg w życiu

:
-
Przed ostatnim podbiegiem trener krzyknął: ?Justysiu! Teraz". No i zaczęłam pedałować - mówi ?Gazecie" Justyna Kowalczyk.
Robert Błoński: Jak Pani oceni bieg?

Justyna Kowalczyk: Świetny! Najlepszy w moim wykonaniu w życiu. Zrobiłam dokładnie to, co trener chciał. Forma na igrzyskach jest dobra i z tego się cieszę.

Jaka była taktyka?

- Ponieważ bieg stylem klasycznym jest moją mocniejszą stroną, chodziło o to, by na pierwszej połowie dystansu nie stracić za dużo sił. By zachować energię oraz rezerwę na bieg "łyżwą". I się udało. Rywalki mi nie uciekły, utrzymałam z nimi kontakt.

Skoro nie straciła Pani wszystkich sił przez 7,5 km stylem klasycznym, to oznacza to, że w czwartek na 10 km będzie lepiej.

- To mój najważniejszy start, do niego się przygotowuję najbardziej. I mam nadzieję, że uda mi się polecieć jeszcze lepiej. Choć rywalki są bardzo mocne.

Nie pojawi się presja?

- Niech panowie dziennikarze ją sobie wytwarzają, pytają i kombinują, a ja i tak myślę swoje. Jestem pierwszy raz na igrzyskach. Mam 23 lata, a to - jak na biegaczkę - bardzo niewiele. I naprawdę nie czuję żadnego ciśnienia. Już osiągnęłam dobre miejsce, a w kolejnych biegach też chcę się pokazać z dobrej strony. Ale nie dlatego, że ktoś ode mnie czegoś wymaga, tylko po prostu lubię biegać i jestem dobrze przygotowana.

Dużo Panią kosztował ten bieg?

- Widać było na mecie, kiedy padłam. Ale sporo trenujemy, by regeneracja przychodziła szybko. Więc podniosłam się raz-dwa.

Doktor Śmigielski mówi, że jest Pani fenomenem pod względem regeneracji...

- Skoro tak mówi, to tak jest (śmiech).

Biegła Pani równo. Cały czas była między ósmym a dwunastym miejscem.

- Miałam się trzymać mniej więcej dziesiątego miejsca. Nie kontrolowałam tego, która jestem. Ale wciąż mi się wydawało że jest tak jak trzeba. Do 11. km traciłam do rywalek trzy sekundy z kawałeczkiem.

Był taki moment, że pomyślała Pani sobie: "Atakuję, idę na całość"?

- Przed ostatnim podbiegiem trener krzyknął: "Justysiu! Teraz". No i zaczęłam pedałować. Odeszłam od dziewczyn, które były ze mną, doszłam do tych, co mnie wyprzedzały. Ale troszkę brakło, by i je wyprzedzić. Zmęczyłam się na tym podbiegu jak diabli. Jak wbiegłam na szczyt, przez głowę przeleciało: "Dziękuję Ci Boże, że już mogę zjeżdżać".

Wygodniej Pani po przeprowadzce z wioski olimpijskiej w Sestriere?

- Jasne. Mam ciszę, no i lepsze warunki do regeneracji.

Ma Pani czas na czytanie?

- Na razie przeglądałam kolorowe gazetki, mam jeszcze Bułhakowa. Ale nie zajrzałam.

W czwartek bieg na 10 km...

- Trasa jest inna. Sporo prostych, za mało, jak dla mnie, podbiegów. Na takiej trasie jeszcze nie biegałam i nie wiem, na co mnie stać. Ale idę na całość.

not. w Pragelato rb



Powiedzieli po biegu

Trener Aleksander Wierietielny

Nie zauważyłem, by Justyna zrobiła jakikolwiek błąd. Najbardziej cieszy mnie to, że niedużo straciła do rywalek. To dobrze rokuje przed czwartkiem. Jak dobrze pójdzie nam smarowanie, to... no nie powiem. Dziś na pierwszych 7,5 km rywalki też się oszczędzały. Wiedziały, że czeka je jeszcze bieg łyżwą, na którym są trzy trudne podbiegi. Justyna jest lepsza w stylu klasycznym i bałem się drugiej połowy dystansu. Ale poszło dobrze. W strefie zmian była skoncentrowana i spokojna. Nie pomyliła ani kijków, ani nart, ani wejścia do boksu (śmiech). Nie było mowy o oszczędzaniu się. Justyna walczyła o każdą sekundę, to są igrzyska, do których przygotowuje się cztery lata. Co dalej? Będziemy trenować jak poprzednio. Nie ma żadnych luzów. Siłownia, treningi objętościowe przed startami.



Doktor Robert Śmigielski

Mamy optymalne warunki do regeneracji. Może nie takie jak Japończycy, którzy przywieźli ze sobą kapsuły tlenowe. Zamykają zawodnika, całego, w takiej kapsule - jak w trumnie - i wtłaczają sprężony tlen, żeby się szybciej regenerował. My mamy dobrych specjalistów. Z zawodnikiem najlepiej pracuje się rękami. I dlatego to masażyści są najważniejsi. Dopiero potem lekarze i maszyny. One są potrzebne w wypadku kontuzji. Przeprowadzka jej pomogła. Wioska jest świetnie zorganizowana, ale mieszka się tam w zbiorowym miejscu. Nie ma spokoju. A to ktoś wychodzi w nocy do łazienki, a to poleruje płozy, przygotowuje sanki. Non stop panuje harmider. W Pragelato Justyna porządnie się wysypia i wypoczywa.

Podczas niedawnego spotkania szefów misji medycznych zapytałem, czy jest medyczne uzasadnienie pobierania komuś krwi trzy razy w ciągu tygodnia. Justyna była badana 2, 4 i 8 lutego. To pytanie wyszło trochę skandalizująco, bo tuż przed nim koordynator badań antydopingowych opowiadał, jak wszystko jest fantastycznie zorganizowane. I że nie ma pomyłek. Oczywiście, zgodnie z przepisami zawodnik może być - podczas igrzysk - badany raz dziennie. Ale logicznie to nie ma sensu. Te naloty na Justynę to zwykły brak koordynacji. Szef komisji FIS zaklinał się, że to nie jego wina. Ale od tego mojego pytania kontroli już nie było.

Norma hemoglobiny wynosi dla kobiet 16. Jeśli jest wyższa - istnieje podejrzenie, że stosowano doping zwiększający wydolność. Tak jest w biegach narciarskich i łyżwiarstwie szybkim. To, co się ostatnio wydarzyło, to nie była kontrola antydopingowa [przed igrzyskami zdyskwalifikowano 12 zawodniczek i zawodników za podwyższony poziom hemoglobiny - rb]. To była kontrola poziomu hemoglobiny. Ten, kto miał za wysoki, dostał pięć dni karencji. I potem znowu będzie badany. Jeśli będzie OK, to zawodnik znowu może startować. Jeśli nie - dyskwalifikacja.



Kristina Smigun (złota medalistka)

Moje dziecięce marzenia się spełniły. Ten medal to nagroda za każdy dzień morderczego treningu. Taktyka była prosta: cały czas być z przodu. Nie dać uciec żadnej rywalce. Jak się jest na szóstym czy siódmym miejscu, mnóstwo energii trzeba stracić na wywalczenie sobie dobrych torów. No i w każdej chwili można się przewrócić. Jak prowadzisz, możesz robić, co chcesz. Mój trener, Norweg Inge Braten, bardzo mi pomaga, jest świetnym psychologiem. Jak mam doła albo nie wiem, co robić, dzwonię do niego. W tym sezonie startowałam tylko w siedmiu biegach PŚ. Zmieniłam przygotowania. Zwykle mocna byłam na początku, potem przychodziło zmęczenie. Szaleńcze treningi zaczęłam dopiero w grudniu, by trafić z formą na igrzyska. Ostatni raz wystartowałam w PŚ 8 stycznia, w estońskim Otepaeae. Potem trenowałam dwa tygodnie w Santa Catarina i pojechałam na wakacje do Egiptu. Wróciłam w znakomitej formie. Owszem, ryzykowałam. Ale, gdybym nie ryzykowała, teraz nie piłabym szampana.