Smolarek: W imię ojca

Pomarańczowy produkt w biało-czerwonym opakowaniu, czyli Euzebiusz Smolarek, piłkarz wyróżniony niedawno przez prestiżowe pisma ?Kicker" i ?World Soccer". Piłkarsko ukształtowała go Holandia, gdzie wyjechał jako sześciolatek, ale kiedy przyszło wybierać drużynę narodową, zwyciężyły sentymenty.
Holendrzy mówili, że postępuje głupio, stawiając na Polskę tkwiącą w futbolowym Trzecim Świecie, ale młody Smolarek zrobił to ze względu na ojca, 60-krotnego reprezentanta kraju. A może raczej ze względu na babcię, którą nazywa swoim skarbem. Urodzony w Łodzi Ebi dostał imię po legendarnym Portugalczyku Eusebio, ale jego idolami byli piłkarze lewonożni - Diego Armando Maradona i Włodzimierz Wojciech Smolarek. Sam dobrze posługuje się obiema nogami jak każdy dzisiejszy piłkarz szkolony w cywilizowanym świecie.

Na świecie jest takich trzech?

Gdyby nie kontuzja, wyjazd do Niemiec byłby już jego drugim mundialem. Cyfra dwa ma dla Euzebiusza szczególne znaczenie. Gdy toczy z ojcem piłkarskie Polaków rozmowy, bywa, że zniecierpliwiony Włodzimierz przerywa je stwierdzeniem: - Kiedy jak ja zagrasz dwa razy w MŚ, to będziesz miał prawo zabierać głos.

Syn nie jest piłkarskim klonem ojca. Ojciec był twardy jak skała - fizycznie i psychicznie - syn jest delikatniejszy, ale lepiej wyszkolony. Zasługa w tym Włodzimierza, pierwszego trenera Ebiego, który jednak nie jest wobec wychowanka bezkrytyczny. Gdy w 2003 r. w meczu reprezentacji olimpijskiej z Węgrami Ebi strzelił wspaniałego gola, ojciec skomentował to następująco: - No i co z tego, po prostu przyjął i strzelił. A tak poza tym, zdaniem ojca, syn już wtedy powinien grać w reprezentacji seniorów. Ebi myślał zresztą to samo. Bo mentalnie też różni się od rówieśników w Polsce. Wie, że w wieku 24 lat jego talent musi się znajdować w fazie rozkwitu, podczas gdy zaledwie o dziesięć miesięcy młodszy Sebastian Mila wciąż traktuje siebie jak talent w powijakach. Być może to kwestia genów, bo każdemu, kto pamięta, jakie serce do walki miał Włodzimierz, Ebi wyda się spokojnym chłopcem. Ale nie nadmiernie spokojnym. Rudi Voeller, mistrz świata z 1990 r. i trener wicemistrza świata 2002, nazwał go "walczakiem". Jeśli mówi to Niemiec, to jest to komplement na serio. Tylko co by powiedział o ojcu?

Ebi jest już piłkarzem dojrzałym, a jeszcze, jak twierdzi, kontuzja z 2002 r., która odebrała mu mundial w Korei, zatrzymała go w rozwoju na dwa lata. Ebi miał też drugi zakręt życiowy, podczas kontroli dopingowej wykryto w jego organizmie marihuanę, ale oczyścił się z zarzutów.

Już jako 19-latek był piłkarzem Feyenoordu, w którym grał kiedyś ojciec. Zdobył z nim Puchar UEFA, grał w Champions League. Gdy jednak przed rokiem po ciężkim urazie wrócił do gry, zastał w klubie trenera Ruuda Gullita, a ten nie widział dla niego miejsca w składzie. Ebi odszedł do Borussii Dortmund, która najpierw go wypożyczyła, potem wykupiła za 750 tys. euro, a magazyn "Kicker" uznał, że transfer Smolarka był najlepszym w Bundeslidze w poprzednim sezonie. Jesienią było jeszcze lepiej, przesunięty do ataku strzelał gola za golem i niedawno "World Soccer" uznał go za jednego z trzech największych talentów objawionych w 2005 r. w światowej piłce (obok Argentyńczyka Gago, którego chce Real Madryt, i Zokory z Wybrzeża Kości Słoniowej). Nic dziwnego, że tygodnik "Piłka Nożna" wybrał Smolarka na gracza roku w Polsce.

Dziewięć lat po tacie

W roli napastnika dał mu szansę też Paweł Janas w sparingu z Ekwadorem w Barcelonie, a Ebi odpłacił mu bramką zdobytą piętą (prosimy o powtórkę 9 czerwca w Gelsenkirchen). Długo rozmawialiśmy przed tamtym meczem. Opowiadał, że marzy o spóźnionym o cztery lata debiucie w mistrzostwach i o meczu z Niemcami w "jego" Dortmundzie. Fortuna zrewanżowała mu się za 2002 r., bo podczas losowania w Lipsku okazało się, że drugie marzenie spełni się 14 czerwca. Pierwsze też się raczej spełni. Powstrzymać Smolarka mogłoby tylko nieszczęście (odpukać), bo Janas tego nie zrobi. To ostatnio jedyny Polak, który w czołowych ligach zagranicznych odgrywa poważną rolę.

Relacje Smolarka z selekcjonerem nie od razu były dobre. Janas wysyłał powołania, Ebi nie przyjeżdżał, tłumacząc się kontuzjami, w które trener nie bardzo wierzył. Jak było naprawdę, nie wiadomo, to już jednak przeszłość. Sam Smolarek mówi, że dopiero teraz czuje się w reprezentacji dobrze, że partnerzy, widząc go na boisku, nie odwracają głowy, ale podają, ufają, pozwalają kiwać i strzelać. Drużyna nauczyła się czerpać korzyści z tego, że na boisku Smolarek myśli po holendersku (lubi np. dryblować). Ebi uważa, że przełom w relacjach z kolegami nastąpił, gdy odważył się mówić po polsku na zgrupowaniach. Ale choć niedaleko mu do poligloty (zna niderlandzki, niemiecki i angielski), najlepiej przemawia z piłką u nogi.

Za gracza podstawowego składu uważają Ebiego także kibice, bo gdy Janas nie znajduje dla niego miejsca, natychmiast się o niego upominają. To oprócz Frankowskiego jeden z ich ulubieńców. Przez pamięć o ojcu? Może przez sentyment do niego samego, bo wybrał grę dla Polski, choć Holandia kusiła nieporównywalnymi szansami na sukcesy. Ludzie to pamiętają.

Był taki niezwykły mecz jesienią 1992 r., kiedy kadra Andrzeja Strejlaua w eliminacjach MŚ grała na stadionie Feyenoordu z Holandią. Dla Polaków był to występ w jaskini lwa, przeciw Van Bastenowi i Rijkaardowi. Tuż przed nim jeden z piłkarzy wypadł Strejlauowi ze składu, a ten wziął będącego pod ręką Włodzimierza Smolarka. 35-latek nie tylko zagrał, ale spisał się świetnie (Polacy zremisowali 2:2, prowadząc nawet 2:0). Czy ktoś mógł przypuszczać, że po ledwie dziewięciu latach koszulkę reprezentacji założy jego syn? Ebi zadebiutował z Irlandią Płn. na Cyprze. Zimą 2002 przygotowująca się do mistrzostw w Korei kadra Engela wygrała 4:1, a Smolarek junior asystował przy jednej z bramek. I tak droga ojca stała się jego własną drogą.

Euzebiusz Smolarek, pomocnik, 10 gier w reprezentacji, 3 gole