Rafał Stec: Szczęśliwy człowiek

By zostać żywą legendą futbolu, trzeba znieść wiele wyrzeczeń: obijać się na treningach, nie wychodzić za wcześnie z knajpy, a jeśli już, to natychmiast wylądować w łóżku i pozwolić się wytarmosić płci pięknej w wersji blond lub brunet, w liczbie pojedynczej lub mnogiej.
Pozostawiam tutaj sprawę otwartą, bo statystyki nie podają, jakie nakrycia głowy i sypialniane konfiguracje preferuje Romario, który w niedzielę skończył 40 lat, a ciut wcześniej został królem strzelców ligi brazylijskiej. Jego snajperskie statystyki w ogóle pozostawiają niedosyt. Nie dają na przykład pewności, czy w całej karierze Romario zdobył 950 bramek, czy tylko 914, bo kontrowersje wywołują trafienia z nieoficjalnych meczów sparingowych, juniorskich czy wręcz gierek treningowych. Podważa się zresztą nawet niektóre z przeszło tysiąca goli jego wysokości Pelego, który z kolei gnębił bramkarzy także jako żołnierz brazylijskiej armii. I pewnie te niuanse pozostałyby sprawą drugorzędną, wystarczyłoby wiedzieć, że obaj grali fantastycznie, gdyby Romario nie postanowił ścigać króla futbolu. Jego klub Vasco da Gama rozpoczął nawet desperackie poszukiwania sparingpartnerów i jął zamieniać zwykłe treningi w oficjalne sparingi (co to właściwie znaczy: "oficjalny sparing"?), byle pomóc weteranowi dobić do tysięcznego gola. Wątpliwością, kiedy ogłosić jubileusz, skoro nie sposób ustalić, ile razy Romario trafił do dziś, nikt sobie głowy nie zaprząta.

My też sobie nie zaprzątajmy, pożyteczniej potraktować jego boiskową nieśmiertelność jako przyczynek do stworzenia poradnika dla młodego piłkarza, który sam chciałby bić brazylijskie rekordy. Jak mianowicie się prowadzić? Ile trenować? Czego sobie odmawiać?

Odpowiedzi są proste - trenować możliwie mało, nie odmawiać sobie niczego. Tak, wiem, to przesłanie o sporej sile demoralizatorskiego rażenia, trochę jak film po 23, w rogu strony powinien migotać czerwony kwadrat, ale nic nie poradzę - u Romario działało. Radę fundamentalną wyartykułował zresztą on sam, rozpowiadając, że "klasowi napastnicy strzelają gole tylko wtedy, gdy mieli dobry seks przed meczem". Brzmi kontrowersyjnie, przecież wciąż nie wypracowano naukowego niezbitego konsensusu co do wpływu gimnastyki łóżkowej na boiskową, ale argument jest mocny, bo empirycznie potwierdzony. Bulwarówki nieraz donosiły, jak Romario zmagał się z dopiero co poznanymi długonogimi boginiami, jak do bladego świtu strzelał gole w sypialni, by następnego dnia nie zatracić skuteczności na stadionie, a pewien ksiądz niepokoił się, czy pochłonięty seksem gwiazdor nie zatruje duszy - tylko grając obok niego! - młodszego kolegi Ronaldo. Paparazzi nieraz nakryli go w nocnych klubach, co dawno, dawno temu Brazylijczyk tłumaczył np. bezsennością, a potem przestał w ogóle tłumaczyć, upierając się jedynie, że rano lepiej odsypiać, niż trenować. Kluby reagowały różnie. Flamengo go zwolniło, a w holenderskim PSV Eindhoven przyjęli do wiadomości, że Romario ćwiczy wtedy, kiedy ma ochotę - 98 goli w 109 meczach to były racje nie do podważenia. Już w Valencii jednak trener Claudio Ranieri okazał się niereformowalny i nie zezwalał na clubbing przed meczem, doprowadzając snajpera do pasji ("Kiedy chcę tańczyć, to tańczę. Nikt mi nie będzie mówił, co robić poza boiskiem!").

Valencia zwieńczyła jego futbolową eskapadę po Europie, ale i w ojczyźnie prowokował awantury, czasem zresztą powodem była zupełna dziecinada - kiedy np. na drzwiach toalety knajpy należącej do Romario pojawiały się rysunki obrażające bądź to selekcjonera reprezentacji Mario Zagallo (podał piłkarza do sądu), bądź to boiskowego partnera Edmundo. Nawiasem mówiąc, ten ostatni był wcześniej świetnym kompanem do zabawy, co chętnie potwierdzą organizacje broniące praw zwierząt, które protestowały, gdy podczas party w ogrodzie Edmundo piwem i whisky raczono szympansa Pedrinho.

O tak, Romario wiedzie szczęśliwe, awanturnicze życie, baluje, dopóki orkiestra gra, a na boisku sprawia wrażenie lenia wręcz patologicznego. Bazuje wyłącznie na instynkcie, nikt nigdy nie widział, jak sam odbiera rywalowi piłkę, człapie przez 89 minut, by raz się zerwać, znaleźć w odpowiednim miejscu i przesądzić o wyniku. Prawdopodobnie nikomu nie wystarczyło przebiec tak mało, by strzelić tyle goli. Niedawno Romario ogłosił, że zrezygnuje nawet z wykonywania rzutów karnych (co znacznie skróciłoby drogę po rekordy), bo nie chce mu się... ćwiczyć jedenastek na treningach. "Straciłem cierpliwość. Zresztą im mniej się męczę, tym lepiej w tym wieku" - wyjaśnił. A tydzień temu, po uzyskanym właśnie hat-tricku, wyznał, że poszedł spać o czwartej rano, bo tak kazało mu jego ciało.

Karierę Anelki zrujnował krnąbrny charakter? Karierę Dziekanowskiego zahamowały knajpiane odyseje (w Glasgow można się o nim nasłuchać legend)? Terleckiemu i setkom innych talentów zaszkodziła organiczna niechęć do uczciwej pracy? Romario popełnił wszystkie ich grzechy razem wzięte, jego biografia to gotowy katalog wybryków w profesjonalnym sporcie bezwarunkowo niedopuszczalnych. A jednak był wybitnym piłkarzem, a jednak pozostaje wybitnym piłkarzem w wieku, w którym jego rówieśnicy, dawni koledzy z boiska, konsekwentnie zaokrąglają się w pasie. Dowiódł, że to on miał rację, że nie musisz być mnichem, by zostać mistrzem świata. Mało wiarygodnie brzmi tylko, kiedy oświadcza, że według jego własnych wyliczeń strzelił dokładnie 950 goli. Taki leń nie mógł ich archiwizować.