Koszykarze Astorii pokonali Turów 96:87

Siedem zwycięstw, sześć porażek - taki jest bilans koszykarzy bydgoskiej Astorii po pierwszej rundzie ekstraklasy. Wystarczyło to do siódmego miejsca, ale trzecia w tabeli, Polpharma, jest lepsza tylko o dwie wygrane




W szóstej minucie spotkania Astorii z Turowem Zgorzelec, ostatniego w tej rundzie, wszystko wydawało się już jasne. Goście prowadzili 21:10. Oba zespoły wyszły na parkiet, jakby rezultat był z góry przesądzony. Faworyt ze Zgorzelca z łatwością zdobywał punkty i powiększał prowadzenie, a w grze bydgoszczan denerwowały błędy i niedokładność. Paweł Wiekiera całkowicie nie radził sobie z Radosławem Hyżym, który w pojedynkę wygrywał z Astorią (14 pkt w pierwszej kwarcie). Kiedy Wiekierę zmienił Keith Bean, zmieniło się niewiele. Amerykanin wyszedł tylko po to, by potwierdzić, że nie nadaje się do gry w ekstraklasie. Kiedy Bean popełnił po raz drugi z rzędu błąd kroków, potem został zablokowany i w końcu sfaulował, trener Jerzy Chudeusz stracił cierpliwość i ściągnął go z boiska. Więcej go już nie zobaczymy, wyjeżdża do USA.

Obraz gry odmienił Tomasz Zabłocki. Były zawodnik Turowa wniósł na parkiet Łuczniczki ogień i zapał. W 18 minucie trafił za trzy punkty i zmniejszył stratę Asty do jednego zaledwie punktu (39:40). To jednak nie jedyna zasługa Zabłockiego. Był zawodnikiem, który powstrzymał Hyżego (tylko 4 pkt w drugiej kwarcie). To po ostrym starciu Zabłockiego z Kevinem Pinkneyem zakończonym walką na łokcie, inny duch wstąpił w zespół bydgoski. Udzielił się także Grzegorzowi Kukiełce. Kolejny rezerwowy Astorii dał gospodarzom pierwsze w meczu prowadzenie (41:40 w 19 min), a prawdziwy entuzjazm wywołało celne trafienie Wiekiery za trzy w ostatniej sekundzie pierwszej połowy spotkania. Rzuty z dystansu były zresztą w całym meczu silną bronią bydgoszczan. Trafili w całym spotkaniu aż 51 procent trójek (15/29).

Ambitna gra wystarczyła, by odmienił się też nastrój na pustych niemal trybunach Łuczniczki. Po słabej pierwszej kwarcie koszykarzy Astorii poczęstowano gwizdami, a kiedy wychodzili z szatni po przerwie witały ich już oklaski.

- Chyba za łatwo Turów zdobył to wysokie, 17-punktowe prowadzenie. Zawsze trzeba walczyć, nawet kiedy przegrywa się 20 punktami - mówi Jerzy Chudeusz, trener Astorii

Druga połowa była niezwykle emocjonująca, ale toczyła się pod dyktando gospodarzy. Świetną partię rozegrał Greg Davis (19 punktów po przerwie). Brał ciężar zdobywania punktów na swoje barki w najważniejszych momentach. Ręka zawodziła natomiast rozgrywającego Turowa, Yanna Mollinari. Francuz trafił ledwie 1 z 13 rzutów z gry. Decydujący cios zadał Arvydas Cepulis. Litwin rzucił celnie za trzy na 67 sekund przed końcem spotkania i Asta wygrywała już 91:83.



Dla Gazety

Wojciech Kamiński

szkoleniowiec Turowa

Zrobiliśmy tak wiele dziwnych błędów, że nie mogę aż tego zrozumieć. Od początku drugiej kwarty Astoria zagrała znakomicie, stąd zasłużone zwycięstwo. W naszym zespole nie mógł grac z powodu urazu Wojciech Szawarski, ale to porażki nie tłumaczy.



Jerzy Chudeusz

trener Astorii

Dziwnie ułożył się ten mecz. My zagraliśmy od początku drugiej kwarty. To zasługa Tomka Zabłockiego i Grzegorza Kukiełki. Zagraliśmy znowu zespołowo i stąd zwycięstwo. Jest ono bardzo ważne, bo dało nam dodatni bilans w pierwszej rundzie, a tego bardzo pragnęliśmy. Chłopcy pokazali charakter.

not. bor





Mówi Paweł Wiekiera

Myślały sobie cwaniaczki

Waldemar Wojtkowiak: Jakie to uczucie pokonać takiego rywala jak Turów?

Paweł Wiekiera: Bardzo przyjemne. Sprawiliśmy i sobie i kibicom miły prezent noworoczny. Najważniejsze, że zagraliśmy zespołowo. Każdy najlepiej jak potrafił robił to co do niego należy.

Ale na początku daliście się zaskoczyć. Przecież Turów prowadził już różnicą siedemnastu punktów.

- Dlatego można powiedzieć, że wróciliśmy z dalekiej podróży. Im na początku wszystko wpadało i stąd tak szybko osiągnęli przewagę.

Co się stało, że tak szybko też ją stracili?

- Bo cwaniaczki myślały, że łatwo im pójdzie. Ale nic z tego. Zresztą przyczyn było kilka. Jedną z nich był zryw Tomka Zabłockiego, który bardzo chciał się dzisiaj pokazać, bo przecież grał przeciwko swojemu byłemu klubowi. Ponadto obniżyliśmy skład. Strefa też zrobiła swoje. W pewnym momencie oni nie bardzo wiedzieli, jak przeciwko nam grać. Zaczęli na siłę rzucać z dystansu, tyle że nie byli już tak skuteczni. Nam natomiast "trójki" zaczęły wpadać.

Dobrze też zaczęliście grać na tablicach.

- Myślę, że w ogóle znaleźliśmy na nich sposób. Andrzej Pluta po przerwie był kompletnie nie widoczny. Co prawda nie udało się upilnować Mollinariego, ale przecież nie można zrobić wszystkiego. Gdyby tak było, to teraz pewnie bylibyśmy w czubie tabeli.

Miał pan kilka spięć z Radosławem Hyżym.

- Na początku dwa razy zdobył na mnie punkty. Wkurzyłem się, bo znamy się już trochę i jak jego ego rośnie, to moje spada. Na szczęście sytuacja szybko się odwróciła. Ostatecznie to ja byłem górą.

Ten mecz w ogóle był nerwowy

- Bo tak jest sytuacja obu klubów. Wiadomo, że i u nas i u nich pewnie dojdzie do zmian. Każdy chce się pokazać z jak najlepszej strony, żeby pokazać, że akurat nie on nadaje się do wyrzucenia.

Jak będziecie świętować ten sukces?

- Na pewno nie całym zespołem, bo część chłopaków rozjeżdża się na sylwestra. Chociaż wspólnej lampki szampana nie powinno zabraknąć.

Rozmawiał Waldemar Wojtkowiak





ASTORIA 96

TURÓW 87

Kwarty: 17:31, 29:13, 26:23, 24:20

Astoria: Davis 23 (4), Cepulis 13 (3), Wiekiera 12 (2), Ercegović 10, Kiausas 9 (1) oraz Zabłocki 13 (3), Kukiełka 8 (1), Chyliński 6 (1), Bean 2

Turów: Hyży 22, Machowski 15 (3), Mollinari 12 (1), Pinkney 11, Pluta 10 (1) oraz Żak 8 (2), Grudziński 6, Czerwonka 3