Rok na skoczni: szary, ale z przebłyskami

Dwa kapitalne zwycięstwa w Zakopanem; przełamanie stereotypu, że Małysz nie umie latać, i zwycięstwo na mamucie w Kulm, a także porażkę na mistrzostwach świata i miejsce poza podium w klasyfikacji generalnej PŚ - to zapamiętają kibice skoków z 2005 roku.
To był pierwszy rok pracy Heinza Kuttina z kadrą. Rok błędów, wściekłości, rozczarowania. Ale i wzruszeń, efektownych skoków, radości oraz oczarowania. I nadziei, że będzie, jak było wtedy, gdy Adam latał, a reszta skakała.

Kuttin miał i ma wielkie ambicje, ale żadna z jego obietnic się nie sprawdziła. Nie było medali, nie stworzył drużyny, nie dał kibicom drugiego zawodnika zdobywającego regularnie punkty PŚ (zajmującego miejsca w drugiej lub trzeciej dziesiątce). Co prawda miniona zima była wyjątkowa, bo wreszcie doczekaliśmy się, że Adama Małysza pokonał jakiś... polski skoczek, ale, niestety, wyczyn Kamila Stocha z olimpijskiej próby w Pragelato okazał się incydentem.

Sam Małysz na rywalizację z "Latającym Finem" Janne Ahonenem od początku nie miał szans. Jeśli jednak pominąć katastrofalną końcówkę roku 2004, kiedy to po słabych skokach w Kuusamo musiał startować w kwalifikacjach, to nie był to - w Pucharze Świata rzecz jasna - zły rok Adama. Przecież od grudnia - gdzie w Harrachovie był raz pierwszy, raz 11. - aż do połowy marca zawsze zajmował miejsca w dziesiątce.

Drugiej młodości nasz wielki mistrz jednak nie przeżył, choć trochę radości dał i znów potwierdził, że w skokach niczego nie wiadomo na pewno.

Wygrał np. konkurs na mamucie w Kulm, gdzie za niespełna miesiąc odbędą się mistrzostwa świata w lotach, a przecież panowała obiegowa opinia, że Adam - jako jeden z niższych skoczków - nie radzi sobie z najlepszymi lotnikami, wielkimi chłopami przypominającymi na rozpostartych nartach olbrzymie pająki.

A kto nie pamięta mroźnego jak diabli ostatniego weekend stycznia pod Tatrami? Dla ponad 60 tys. kibiców pod Wielką Krokwią dwa zwycięstwa Adama były czymś niesamowitym, radosnym uniesieniem, spełnieniem marzeń. Małysz jeszcze raz pokazał, że jest wielki.

Jego niespełnionym marzeniem pozostaje złoty medal olimpijski. W tym sezonie igrzyskom podporządkował wszystko, a przecież, choć nie osiąga wyników na miarę oczekiwań, to - jeśli zapomnieć o ostatnim starcie w Engelbergu - wciąż utrzymuje się w ścisłej światowej czołówce. Nieprzerwanie od pięciu lat!

W pierwszych skokach tego sezonu Małyszowi brakowało tylko tego, na co wszyscy czekamy od miesięcy. Błysku. Czy błysk wróci? Nie wiadomo. W skokach w ogóle - powtórzmy to jeszcze raz - wiadomo niewiele. Pewne jest tylko jedno: jeśli w połowie lutego nad włoskim Pragelato poniesie się Mazurek Dąbrowskiego, wszystko przestanie mieć znaczenie. I nawet ten przeciętny, bez medalu MŚ i sukcesów w PŚ, 2005 rok jawił się nam będzie jako przedolimpijskie wyczekiwanie. Nikt nie będzie pamiętał, że to Ahonen dominował niemal od początku do końca.

Rok 2006 jest ważniejszy, trudniejszy. Wspominając ostatnie zawody PŚ, piekielnie trudno uwierzyć, że Adam przywiezie z Pragelato złoto. Do czołówki cały czas brakuje mu kilku metrów.

Na szczęście do olimpiady trochę czasu zostało, a Małysz wielokrotnie udowadniał, także w chwilach największego zwątpienia kibiców, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych. Czy jednak teraz, po szarym sezonie, stać go na błysk? Jeszcze raz, już ostatni raz, powtórzmy - w skokach nigdy nic nie wiadomo. Skoro w pojedynczych zawodach roku 2005 (Zakopane, Kulm, Harrachov) błysk wracał, to może - choć na chwilę - wróci i w 2006? Na przykład na olimpijskiej skoczni w Pragelato...