Najlepsi na świecie, czyli kto zatrzymałby Ronaldinho

Po roku kompromitacji wszelkich plebiscytów nie ma sensu tworzyć kolejnej superjedenastki 2006. Wiadomo, że najlepsi są Brazylijczycy, z Ronaldinho na czele, więc spróbujmy wymyślić drużynę, która zatrzymałaby ich na mundialu.
Najpierw o kompromitacji plebiscytów, które konsekwentnie zamieniają się w konkursy piękności mające promować gwiazdy skupionych w grupie G-14 najbogatszych klubów, a nie odzwierciedlać przebieg boiskowych zmagań. Trend wyznacza FIFA, przyznająca najcenniejszą indywidualną nagrodę - statuetkę dla Piłkarza Roku na Świecie (World Player of the Year). Kiedyś trenerzy drużyn narodowych mogli głosować, na kogo chcieli. Dziś dostają listę nominowanych. Nie najlepszych, ale najpopularniejszych. I tak co piątym nominowanym była upadła gwiazdka Realu Madryt, ale Iker Casillas, być może najrówniejszy zawodnik "Królewskich", już się do elity nie załapał. Podobnie zresztą jak Jerzy Dudek, bohater najwspanialszego spektaklu roku.

Na samo dno upadł jednak - tu już nie chodzi o interesy G-14 - dopiero plebiscyt na najlepszego piłkarza w Azji. Spośród dziesięciu nominowanych wykluczono wszystkich faworytów, grających w Europie: Park Ji-Sunga (MU), Lee-Young-Pyo (Tottenham), Ali Karimiego (Bayern), Shunsuke Nakamurę (Celtic) i Hidetoshiego Nakatę (Bolton), bo... 30 listopada grali w klubach mecze i nie mogli przyjechać na galę do Kuala Lumpur. Jeśli zatem kogoś jeszcze obchodzi, kto z trójki Mahad al Montashari, Maksim Szacki, Sami al Jaber, to serdecznie przepraszam, ale proszę dowiadywać się na własną rękę.

Co do FIFA, to jej jurorzy (trenerzy i kapitanowie reprezentacji) w jednym się nie pomylili - schyłek roku ostatecznie potwierdził, że Ronaldinho jednak był minimalnie lepszy niż Frank Lampard. Gdybym zatem próbował zestawić "drużynę marzeń", musiałby do niej trafić, podobnie jak cały tłum jego rodaków. Zresztą niedawno wyliczałem na tych łamach, że tylko Brazylijczyków grających w Lidze Mistrzów wystarczyłoby na sześć calutkich jedenastek, a żadna z nich nie byłaby bez szans na przyszłorocznych mistrzostwach świata.

Postanowiłem zatem nie proponować superjedenastki - tych jest wszędzie pełno - lecz zabawić się w budowę zespołu, który moim zdaniem byłby w stanie "Canarinhos" stawić czoło.

Cech


Chimbonda --- Terry --- R. Carvalho --- Zambrotta


Makelele


Gerrard --- Lampard


Henry ------------------------------------- Messi


Ibrahimović


REZERWA: Buffon, Nesta, Puyol, Essien, Ballack, Szewczenko, Rooney

Pomysł na drużynę jest prosty - tacy ludzie

MUSIELIBY GRAĆ JAK CHELSEA,

bo, po pierwsze, system Jose Mourinho wydaje się najbardziej efektywny, a po drugie - nieograniczony potencjał brazylijskiego talentu i wyobraźni uniemożliwia pójście na wymianę ciosów. Tu potrzeba metody łączącej nieludzką konsekwencję w defensywie z uciekaniem od schematu w ofensywie.

Kręgosłup mojej wymarzonej przechwyciłbym więc ze Stamford Bridge (bramkarz, stoperzy i dwaj pomocnicy), a obudowałbym go całą finezją dostępną poza Brazylią. Między słupkami stanąłby

PETR CECH

który w Chelsea przyzwyczaił się, że ma okazję bronić strzał góra raz na kilkadziesiąt minut, a mimo to zachowuje całkowitą koncentrację i unika najdrobniejszych nawet wpadek. A w każdym razie myli się rzadziej niż wszyscy inni golkiperzy, którzy nie mają tego komfortu, że ich koledzy zezwalają rywalom na nieustanną kanonadę, pomagając im utrzymać czujność. Czech to blisko dwumetrowy chłop jak dąb, i to też trop, jakim się kierowałem, dobierając wszystkie formacje - w dzisiejszym futbolu nie ma miejsca dla mikrusów, nawet jeśli wciąż można znaleźć wyjątki od tej reguły.

Kontrkandydatem Cecha był oczywiście Gianluigi Buffon , od lat uchodzący za numer jeden na świecie, ale ostatniej wiosny popełniający błędy, a jesienią długo leczący kontuzję. Czy i kiedy odzyska formę, nie wiadomo. Ławka rezerwowych.

Przed sobą czeski bramkarz jak zwykle miałby bezapelacyjnie najlepszy duet stoperów na świecie

JOHN TERRY

czyli kwintesencja starej angielskiej szkoły, dobierający obrońców wśród mocno zbudowanych twardzieli, mało efektownych, czasem zawstydzająco surowych technicznie, ale świetnie przewidujących rozwój boiskowych wydarzeń, fizycznie zdominowujących przeciwnika, no i niezastąpionych w powietrznej walce. W przypadku Anglika na tym jednak nie koniec. Terry to charyzmatyczny przywódca, zaskakująco pożyteczny w akcjach zaczepnych - jeśli się na nie zdecyduje - a w polu karnym rywala, kiedy piłkę z rzutu wolnego lub rożnego uderza Frank Lampard, staje się najskuteczniejszym obrońcą świata.

Pod własną bramką wspierałby go oczywiście

RICARDO CARVALHO

który ma jeden atut, jakiego Terry mieć nie może, bo byłby ideałem, a te w przyrodzie nie występują - potrafi precyzyjnie kopnąć piłkę do partnera ustawionego nawet w odległości kilkudziesięciu metrów od niego. On nie strzela tyle goli, co Anglik, więc na prawej flance zaryzykowałbym i postawił na

PASCALA CHIMBONDĘ

czyli rewelacyjnego obrońcę Wigan Athletic. Dziś ta nominacja może wydawać się nieco - może nawet bardzo - na wyrost, ale jednego czarnego konia trzeba w drużynie mieć, a Francuz długo w beniaminku Premier League nie pogra. Piekielnie szybki, a przy tym niezniszczalny, biegający od pola karnego do pola karnego, no i skuteczny, a jeśli gra się z Brazylią, to każdy musi zdobywać bramki. Chimbonda to facet, który na skrzydle nawet ostro lecącą piłkę nie zawsze przyjmuje, lecz uderza z woleja, z całej siły, bez zastanowienia - i dośrodkowuje celnie!

Jak z prawej strony biega żółtodziób, to z lewej musi być stary wyga.

GIANLUKA ZAMBROTTA

to od kilku lat najlepszy boczny obrońca w Europie, bez względu na flankę, bo świetnie czuje się na obu, zresztą wszechstronnością dorównuje mu niewielu, bo rewelacyjnie spisuje się też jako klasyczny skrzydłowy. To jedyny Włoch w defensywie, bo ojczyzna catenaccio w ustawianiu zasieków na własnym polu karnym ostatnio niedomaga. Wystarczy przypomnieć sobie, co wyprawiają obrońcy Milanu, których reklamowano jako najlepszych na świecie, albo spróbować znaleźć reprezentanta Italii przed bramką Interu. Alessandro Nesty jeszcze nie ma można jednak przekreślać, więc wędruje, wspólnie z Carlesem Puyolem , na ławkę.

Ostatnim zabezpieczeniem przed linią obrony bezdyskusyjnie musi być

CLAUDE MAKELELE

czyli symbol samobójczej wizji "galaktycznego" Realu Madryt, który pożałował podwyżki piłkarzowi wygrywającemu każdą walkę o piłkę, zawsze stojącemu tam, gdzie trzeba, nigdy niepodejmującemu zbędnego ryzyka, a na dodatek unikającego żółtych i czerwonych kartek, co u defensywnego pomocnika niezwykłe i bezcenne. "On nigdy nie podaje piłki dalej niż na trzy metry" - kpił prezes Florentino Perez. I takie podania wyrugował - dziś, bez Makelele, w środku pola Real straszy gigantyczną luką, otchłanią o rozmiarach czarnej dziury, więc przegrywa z Barceloną 0:3.

Przed Francuzem, na środku, gracze zorientowani ofensywnie, ale o mentalności stachanowców -

FRANK LAMPARD

wyśrubował już rekord kolejnych meczów w lidze angielskiej do 164 meczów i ani myśli się zatrzymać, a nawet jeśli brakuje mu błysku Ronaldinho, to co najmniej dorównuje mu skutecznością.

STEVEN GERRARD

Jerzy Dudek nie przeszedłby do historii, gdyby Anglik nie miał udziału przy wszystkich golach dla Liverpoolu w finale Ligi Mistrzów i nie przyćmił Brazylijczyka Kaki, a przecież to Kaka sprzątnąłby nagrodę dla piłkarza roku Ronaldinho, gdyby utrzymał wówczas fenomenalną formę z pierwszej połowy. Gerrard jest fantastycznym graczem, ale przede wszystkim niesamowicie wpływa na zespół, podrywa go do walki w sytuacjach beznadziejnych, zaraża entuzjazmem, a ten w starciu z "Canarinhos" jest niezbędny.

Wszyscy dotąd wymienieni to gracze bardzo odpowiedzialni, konsekwentni, rozumiejący konieczność gry zespołowej i nieszukający wymówek, kiedy trzeba harować w defensywie. Zmiennikami dla Gerrarda i Lamparda uczyniłbym Michaela Essiena (ktoś potrafi rozstrzygnąć, czy to pomocnik defensywny, czy ofensywny?) oraz Michaela Ballacka .

A jeśli dysponuje się tak solidną tarczą, to dla dalszych zachowawczych ruchów alibi już nie ma. Z przodu stawiam na tercet artystów, jakich wzięłaby nawet Brazylia.

LIONEL MESSI

Absolutny żółtodziób, ale nie ryzykuję wiele, bo jeśli następcy Maradony - narodziny kolejnego sam jego wysokość Diego obwieszcza co najmniej raz do roku - ostatnio zawodzili, to zuchwały 18-latek z Rosario wtargnął do europejskiej piłki z pompą, na jaką stać było chyba tylko piłkarza wszech czasów. Być może dlatego, że w szkółce Barcelony przebywa od 13. roku życia, nie podzielił losu Aimara, Riquelme czy ostatnio Robinho, dla których europejski ligowy chleb okazał się za twardy. "Najlepszy na świecie? Nie jestem najlepszy nawet w Barcy" - niech ten cytat z Ronaldinho wystarczy za rekomendację.

A przecież już po tym sezonie ten kataloński duet wesprze być może

THIERRY HENRY

który wciąż porusza się jak pantera, ale jego gwiazda nieco przyblakła, bo Arsenal i reprezentacja Francji to drużyny dla niego po prostu za słabe. Henry woli oczywiście biegać po lewym skrzydle, ale ta drużyna będzie grała nowocześnie, więc dostanie pełną swobodę wymieniania się pozycjami z Messim. Wszystko po to, by dostarczać amunicji

ZLATANOWI IBRAHIMOVICIOWI

najbardziej brazylijskiemu napastnikowi świata wśród nie-Brazylijczyków. Brakuje mu regularności Andrija Szewczenki (ławka rezerwowych), ale w Serie A na podbój Serie A ruszył z takim hukiem, jak kiedyś Ukrainiec, a gdyby chcieć namalować sposób jego gry, trzeba wywołać ducha Salvadora Dalego - Szwed pochodzący z Bałkanów (może takiej mieszanki trzeba?) niczego nie robi na boisku zwyczajnie, w słowie "niekonwencjonalny" jego inność się nie mieści, a gol eliminujący Włochów z Euro 2004 (choć potem zagrali jeszcze jeden mecz) na pewno nie będzie ostatnim strzelonym przez niego piętą. Może tym razem wyeliminuje z mundialu Brazylię?