Rok w boksie. Adamek, a za nim pustka

W nadchodzącym roku nie będzie niespodzianek ani niezdrowych emocji: Tomasz Adamek nie podda się w środku walki, nie zostanie znokautowany w 15 s ani nie zostanie zdyskwalifikowany za ciosy poniżej pasa. Jak zwykle będzie walczył do końca. Tyle że nie wiadomo z kim.
W sobotę 17 grudnia w Niemczech John Ruiz, sławetny mruk ringu, przegrał na punkty z Rosjaninem Nikołajem Wałujewem w walce, która mówi dziś wszystko o wadze ciężkiej. Przegrał niejednogłośnie, ale nie o to chodzi.

Chodzi o to, że obaj rywale są przeciwieństwem tego, co w boksie jest ważne.

Jeden - Ruiz - unika walki, przez znakomitą większość czasu przepycha swoją spoconą, lekko zwiotczałą cielistość w kierunku przeciwnika, krępując go, unieruchamiając, wyczerpując. Przeciwnik głupieje, bo przecież nie tego uczył się przez lata całe - nie jak wyzwolić się z tego żywego kaftanu bezpieczeństwa.

Drugi - Wałujew - też nie lepszy. Fizjonomia, owszem, intrygująca. Ruiz powiedział, że sama głowa rywala przypomina volkswagena. Nie tylko wielkością. Volkswagen albo moskwicz, tyle że po ciężkim wypadku. A język Wałujewa może ważyć z pięć kilo, bo on sam waży 150 kg.

Jedyny celny i efektowny cios zadał w tej walce menedżer Ruiza, nieokiełznany kurdupel Norman Stone. Po prostu po werdykcie podszedł do Wałujewa, uderzył go, zabrał mu pas, na co ten zareagował zaiste jak volkswagen, czyli przyjął cios bez słowa. Gdy ochroniarze Wałujewa rzucili się za Stonem, by odebrać mu pas, natknęli się na żywą ścianę, czyli wielkiego drągala Jameela McCline'a, który przypadkiem znajdował się w ekipie Ruiza.

Przytaczam walkę w berlińskiej Max Schmeling Halle, bo i nasz człowiek tańczy od lat na tę charakterystyczną dla wagi ciężkiej nutę. 37-letni Andrzej Gołota (38 zwycięstw, 31 nokautów, 6 porażek, 1 remis) przegrał w tym roku z 32-letnim Lamonem Brewsterem w walce, która swoją dziwacznością co najmniej dorównała wcześniejszym rozstrzygnięciom jego pojedynków. Ta walka wyczerpała też wachlarz porażek Polaka. Po prostu Gołota zatoczył wielkie koło od 1997 roku - przegrał szybciej niż z Lennoksem Lewisem.

Dwa razy kończył walkę dyskwalifikacją za ciosy poniżej pasa (z Riddickiem Bowe), dwa razy poddawał się przed końcem (z Michaelem Grantem i Mikem Tysonem), dwukrotnie przegrywał po błyskawicznych, ale jakże przewidywalnych akcjach w pierwszej rundzie.

Gdyby się zadumać nad karierą Gołoty - chyba kibicując mu, spodziewaliśmy się cudu. Przecież ani nie jesteśmy potęgą w boksie, ani nie byliśmy nią wtedy, gdy Gołota roznosił w proch i pył bramkarzy w stołecznym klubie Park w 1988 roku. Zasadniczo trenerzy boksu też nie grzeszą inteligencją - vide przypadek Andrzeja Rżanego na igrzyskach i ich dylemat, czy kręcić wideo, czy podawać walczącemu Rżanemu wynik w trakcie pojedynku. Skąd miał się tu narodzić geniusz boksu?

Słuchy chodzą, że jeśli Gołota wróci jeszcze na ring - jego przyjaciele i nie tylko modlą się, oby nie - to będzie go ćwiczył Andrzej Gmitruk, trener 29-letniego Tomasza Adamka (30 zwycięstw, 21 nokautów), wielkiego polskiego pięściarza.

Słowo daję, Adamek jest wielki. Oczywiście jest ryzyko przeszacowania jak u Gołoty. Czy Adamek ma za sobą wielką karierę amatorską, stos złotych medali olimpijskich i mistrzostw świata? Nie, przeszedł na zawodowstwo sporo przed igrzyskami w Sydney.

A może pokonał kogoś znaczącego? Też nie. 30-letni Australijczyk Paul Briggs (24 zwycięstwa, 18 nokautów, 2 porażki), nad którym zwycięstwo dało Polakowi tytuł mistrza świata wagi półciężkiej wersji WBC, miał potężny cios, ale technikę reprezentował remizyjno-kartoflaną. 30-letni Thomas Ullrich (28 zwycięstw, 19 nokautów, 2 porażki) po prostu był słaby jako całość.

Adamek jest wielki, ale to nie znaczy, że będzie najlepszy. Zalecana jest ostrożność: Adamek ma serce do walki, które każe mu wstać po trzecim nokdaunie w dziewiątej rundzie - tak jak innym klasowym pięściarzom. Ma prostotę i twardość charakteru, które pozwolą mu ze spokojem i łagodnym uśmiechem spojrzeć w oczy najgorszym zakapiorom ringu, którzy wcale nie okupują wagi ciężkiej - tak jak inni mistrzowie. Ma wytrzymałość Żeleźnika z Wielkiej Pardubickiej - dla tych, co nie wiedzą, Żeleźnik wygrał gonitwę cztery razy. To też cecha najlepszych w kategorii Adamka.

Co wyróżnia Adamka na plus spośród nich, coś takiego, co pozwoliłoby myśleć, że pokonałby na przykład Antonio Tarvera albo Glena Johnsona?

Hmmm. Nic, co zresztą czyni taki pojedynek tym ciekawszy.

Adamek czeka na wielki pojedynek, wielkie pieniądze. Czas na kogoś z amerykańskiej grupy. Wspominano o świetnym Bernardzie Hopkinsie, choć jest aż sześć kilo lżejszy od Adamka. Gmitruk zabiera swojego pięściarza do USA zaraz na początku stycznia. W Pensylwanii będą się przygotowywać do walki, tylko jeszcze nie wiadomo z kim. Zresztą wszystko jedno z kim. Kciuki za Adamka trzeba trzymać. Choć - nie napisałem dotąd - ma Adamek i feler, który powoduje, że pewnie nie zawładnie wyobraźnią Polaków, tak jak swojego czasu udało się to Gołocie. Nie waży ponad 100 kg.

Ale przynajmniej po zakończeniu walki nie pomyślisz, że znów dałeś się zrobić w konia, co grozi w trakcie oglądania tańca najcięższych chochołów.