Polska liga nie dla Polaków

Już co piąty piłkarz na boiskach polskiej ligi to obcokrajowiec. A będzie ich jeszcze więcej, bo do mocnego zaciągu z zagranicy przymierza się mistrz kraju Wisła, wicemistrz Legia, Pogoń Szczecin etc. Czy futbol podzieli los koszykówki i Legia Cudzoziemska zgubi reprezentację Polski?
Rok 2010, nasi piłkarze biją się o mundial, który odbędzie się w Republice Południowej Afryki, ale w eliminacjach ponoszą klęskę za klęską - po uratowanym w cudownych okolicznościach remisie w Luksemburgu przegrywają z niewiele mocniejszą Mołdawią. Najlepsi ignorują powołania do reprezentacji, inni na zgrupowania przyjeżdżają niechętnie, nieliczni grający w przyzwoitych klubach zachodnich wręcz wstydzą się kadry, bo o sukcesie nie ma co marzyć, łatwo natomiast nadwątlić reputację.

Trener mistrza kraju, Kolportera Kielce, tylko w bramce wystawia Polaka, dostępu do niej strzegą defensorzy z Bałkanów, gole strzelają Brazylijczycy, których talentem wzgardziły bogatsze ligi. Kibice lamentują, kończący kadencję prezydent Kaczyński gorączkowo rozdaje paszporty co zdolniejszym zatrudnionym u nas obcokrajowcom, by ocalili reprezentację Polski. W 2012 r. organizujemy z Ukrainą mistrzostwa Europy, które miały być świętem, a grożą kompromitacją.

Ani jednego polskiego meczu

Proroctwo tak czarne, że poza koszmarnym snem nierealne? Może i tak, może to scenariusz zbyt skrajnie ponury, by uznać go za absolutnie pewny, ale polskiej koszykówce taki właśnie się przytrafił. Kluby zaczęły sprowadzać obcokrajowców, władze stopniowo liberalizowały przepisy, aż ograniczenia niemal zniknęły. Dziś w lidze Polacy statystują, w czołowych drużynach pozostały dla nich role zapchajdziur, a reprezentacja sięgnęła dna. Sięgnęła dna, choć za cztery lata nasz kraj będzie gospodarzem ME.

Futbol też nie przeżył hałaśliwej rewolucji, zmiany dokonują się niepostrzeżenie. W połowie poprzedniej dekady Nigeryjczyk Kenneth Zeigbo w Legii był sensacją, kibice dopiero poznawali specyficzne obyczaje graczy z Afryki, którzy co rusz powoływali do życia nowego członka rodziny, by następnie go "uśmiercić", polecieć na pogrzeb i wyrwać się do ojczyzny. Dziś są kluby - jak Groclin Grodzisk, Wisła Płock czy Pogoń Szczecin - które z obcokrajowców mogłyby niemal skompletować jedenastkę. Właściciel tej ostatniej ogłosił właśnie, że Polaków zupełnie się pozbędzie, i postawi wyłącznie na Brazylijczyków, zaciąg obcokrajowców kupuje lub planuje kupić Wisła (rumuńskiego bramkarza, pomocnika i napastnika) i Legia (pozyskała już Słowaka Gottwalda, zastanawia się nad Brazylijczykiem Edsonem Luizo da Silvą i Claudio Pittbullem).

Jesienią w każdy weekend trenerzy wystawiali grubo ponad 30 graczy z zagranicy, a kilkunastu następnych sadzali na ławce rezerwowych. W trzeciej kolejce na polskie boiska wybiegło 38 stranierich - jak nazywają ich Włosi, którzy dwie dekady temu rozpropagowali modę na masowy import futbolowych gwiazd - a czterech następnych dołączyło do nich w trakcie gry. W połowie października padł rekord. Pierwszoligowcy postawili na 44 obcokrajowców, choć akurat wówczas zabrakło kilkudziesięciu sekund, by rozegrano jedyny w tym sezonie całkiem "polski" mecz. Zanim jednak wybrzmiał ostatni gwizdek spotkania Cracovia - Odra Wodzisław, na murawie pojawił się Brazylijczyk Joao Paulo.

To kluby unikaty, bo trend szukania za granicą się nasila. Przyjeżdżają też trenerzy obcokrajowcy, ale ich obecność nie martwi; jeśli mają skutecznie szkolić naszą młodzież, to oby im się wiodło. Co innego piłkarze, po których najchętniej sięgają kluby najsilniejsze i najbogatsze. Ponurego przełomu możemy doświadczyć już w styczniu, jeśli prezes Ptak dotrzyma słowa i zamieni Pogoń w brazylijską kolonię, a tendencję dla całej ligi wyznaczą jej potentaci z Krakowa i Warszawy.

Pozostanie pytanie, gdzie - jeśli nie w najmocniejszych klubach - selekcjoner będzie szukał reprezentantów Polski. Na mundialu wystawimy przecież prawdopodobnie jedenastkę weteranów z szansami na najbardziej sędziwą drużynę turnieju.

Potopu już nie zatamujemy

Niewybaczalny błąd popełnił Polski Związek Piłki Nożnej, który latem zlikwidował wszelkie limity na obcokrajowców, choć inne kraje, także obfitujące w futbolowe talenty (Włochy, Niemcy), raczej je zaostrzają. Obarczać go pełną odpowiedzialnością za wynaradawianie ligi byłoby nadużyciem, bo zatrudnienia graczy Unii Europejskiej ograniczać nie wolno, a import piłkarzy to zjawisko ogólnoeuropejskie. Londyńska Chelsea zagrała bez jednego choćby Anglika na długo przed tym, jak spłynęły na nią miliardy Abramowicza, Energie Cottbus nie wystawiło kiedyś w Bundeslidze ani jednego Niemca, Szachtar Donieck pokazał się w Lidze Mistrzów bez Ukraińca, a Inter Mediolan mógłby dziś posłać do boju jedenastkę nie tyle bez Włochów (co mu się zdarza), co bez Europejczyków.

I tam jednak ogranicza się import spoza Unii (Barcelona nie mogła wystawiać fantastycznego Argentyńczyka Messiego, dopóki nie uzyskał hiszpańskiego paszportu), a u nas z pochopnej decyzji PZPN trudno się nawet wycofać - bo z jakiej racji karać Pogoń, która nie miałaby co zrobić z tłumem Latynosów? Tymczasem limit na nie-Europejczyków mógłby skutecznie potop obcokrajowców tamować, bo w Unii o tanią siłę roboczą jednak trudniej.

Tradycyjne piłkarskie potęgi też się martwią o przyszłość, ale ich przewaga polega na tym, że ściągają gwiazdy oraz megagwiazdy, z którymi młodzi Włosi czy Hiszpanie konkurują w najgorszym razie na treningach. Do nas trafia - poza absolutnymi wyjątkami w typie Olisadebe, Uche czy Cantoro - co najwyżej wyrób piłkarzopodobny, na którego ani na Zachodzie, ani na Wschodzie (Rosja, Ukraina) nawet nie spojrzą. Po części wskutek mizernych klubowych finansów, po części - kiepskiej opinii o naszej lidze, a po części - amatorszczyźnie szukających za granicą (słabe rozeznanie, brak sieci współpracowników etc). Dlatego żaden obcokrajowiec z naszej ligi nie pojedzie na MŚ w Niemczech. Dla porównania przykład z górnej półki - kluby brytyjskie, wśród nich nawet trzecioligowcy, wyślą tam 137 graczy!

Z transferowych ruchów klubowych prezesów można wyczytać, gdzie nasz futbol niedomaga, co zresztą widać także w reprezentacji. Trener Janas kłopocze się z defensywą i będzie się kłopotał, jeśli ligowcy będą bronili bramki głównie siłami z zagranicy. Trener Groclinu w obronie umieszcza często wyłącznie obcokrajowców, podobnie zresztą jak Wisła Płock, Legia stawia na duet afrykańskich stoperów Dickson Choto - Ouattara etc. Wystarczy zresztą policzyć, ilu defensorów zasiliło kadrę narodową od poprzednich MŚ w 2002 r. Prócz wychowanego w Wiśle Baszczyńskiego jeden Mariusz Jop, może jeszcze Mariusz Lewandowski (Głowackiego dotknął wtórny analfabetyzm), ale dwaj ostatni rozwinęli się dopiero poza krajem.

Nie dla Brazylii Europa

Niestety, następców może zabraknąć, bo jeśli polski piłkarz nie będzie grał w Polsce, to maleją również jego szanse na wyjazd. To zamknięte koło, układ naczyń połączonych, który przybiera kształt patologiczny, a ta patologia grozi zatruciem całego systemu.

PZPN własnych grzechów chwilowo nie odkupi, bo nagłe wycofanie się z pomysłów wyznaczających strategię klubów byłoby jeszcze większym skandalem niż ich urzeczywistnianie. Pozostaje liczyć na odpowiedzialność prezesów. Choć chcą piłkarzy raczej lepszych niż gorszych, to - jeśli myślą o futbolu serio i długofalowo - powinni jednak czasem zajrzeć w paszport. Zwłaszcza że także zaniepokojone europejskie władze UEFA zaostrzają przepisy - czy prezes Ptak w ogóle zdaje sobie sprawę z tego, że jego wymarzony klub 20 Brazylijczyków nie mógłby wystąpić w następnej edycji Ligi Mistrzów, bo będzie trzeba zgłaszać do nich coraz więcej wychowanków lub wyszkolonych w ojczyźnie (docelowo ośmiu w kadrze każdej drużyny)?

Oby sobie sprawę zdał, bo futbolowi nie grozi los koszykówki, lecz coś jeszcze gorszego. Klęski koszykarskiej reprezentacji w pewnym stopniu rekompensuje bowiem Prokom Sopot, który utrzymuje się w czołowej 24 klubów europejskich. W zdominowanym przez miliarderów - jak Abramowicz czy Berlusconi - futbolu nie ma na to szans.