Lech Poznań: nasza ocena 4

Gdyby rundę jesienną porównać do meczu, zawodnicy Lecha Poznań mogą po niej powtórzyć zwrot, który klepią piłkarze po pechowym remisie z faworytem: - Taki wynik wcześniej wzięlibyśmy w ciemno, teraz czujemy niedosyt.
Wszystko wskazuje jednak na to, że najciekawiej w Lechu będzie dopiero w dogrywce, gdy rozstrzygnie się sprawa powstania w Poznaniu spółki, w której większość udziałów miałaby Amica Wronki. "Kolejorz" stoi nad przepaścią. Gdy spojrzy w dół, widać dno, które sięga czwartej ligi. Tam może się znaleźć zadłużony po uszy klub, jeśli w najbliższych miesiącach nie znajdzie inwestora. Obiecuje on zwrot w przeciwną stronę, bajeczny budżet, pomoc w spłaceniu długów i budowę zespołu na miarę Ligi Mistrzów. Pewne jest więc, że zima będzie w Poznaniu wyjątkowo ciekawa. Kto wie, czy koniec roku 2005 nie będzie za kilka lat wspominany jako czas, w którym miały miejsce wydarzenia kluczowe dla współczesnego Lecha.

Kibice nie mają prawa narzekać na atrakcyjną jesień, którą zafundowali im piłkarze. Emocje zaczęły się jeszcze w trakcie rozgrzewki, gdy latem poznański klub starał się o licencję na grę w ekstraklasie. Dostał ją w ostatniej chwili, ale na załatwienie kilku spraw było już za późno. Zamieszanie spowodowane akcją "licencja dla Lecha" sprawiło, że trener Czesław Michniewicz nie dostał do drużyny wszystkich piłkarzy, na których mu zależało. Ba, sam nie był do końca pewien, czy nadal będzie prowadził "Kolejorza". A że już tradycyjnie co rundę Lech oddaje wartościowych piłkarzy (teraz najbardziej ucierpiała obrona), zanosiło się na ciężkie 90 minut. Tym bardziej że lechici przystępowali do rundy po wyjątkowo krótkich urlopach, co miało związek ze startem w Pucharze Intertoto. A ten, jak wiadomo, częściej szkodzi, niż pomaga.

No i Lech zaliczył falstart. Porażka z późniejszym outsiderem Polonią i zaledwie remis z beniaminkiem z Gdyni w pierwszych minutach zdały się potwierdzać teorię, że w chaosie, który ogarnął klub z ul. Bułgarskiej, nie da się zbudować nic wartościowego. Ale Lech rozpędzał się powoli, jak jego doświadczeni piłkarze. Grał beztrosko, tracił i strzelał wiele bramek. Było coś szczególnego w grze lechitów tej jesieni. Klub, który stał się przystanią dla trzydziestokilkuletnich byłych reprezentantów Polski najpierw miał pożytek z Piotra Reissa. Kapitan Lecha przeżywał swą którąś tam już młodość. U jego boku regularnie strzelał bramki Krzysztof Gajtkowski, a Reiss został najlepszym "asystentem" ligi. Gdyby nie katastrofalna w jego wykonaniu druga część jesieni, znów byłby bohaterem Lecha. Przed zejściem do szatni (po siódmej kolejce) prowadzony przez swojego kapitana "Kolejorz" był wiceliderem! Na początku drugiej części porwani sukcesami zawodnicy obiecywali pozycję lidera, ale gdy tylko wyciągnęli po nią rękę, zostali brutalnie sprowadzeni na ziemię. Wisła Kraków rozbiła Lecha w bezpośrednim starciu aż 5:1, a poznaniakom zakołatały w głowach słowa bramkarza Górnika Zabrze Piotra Lecha, który w złości po porażce w Poznaniu rzucił: - Wróciliśmy do szeregu, wkrótce i oni wrócą.

Ale powrót drużyny Michniewicza do szeregu trwał długo. Przy kiepskiej postawie Reissa degrengoladzie drużyny starał się zapobiec Tomasz Iwan, który niejako wszedł do gry dopiero na ostatnie minuty. To dzięki jego bramce Lech zwyciężył Legię, co poznaniakom w lidze nie udało się od lat. Kiepsko spisywał się za to Piotr Świerczewski, który na dodatek pokłócił się z trenerem Michniewiczem. Wszystko wskazuje na to, że wiosną w Poznaniu już nie zagra.

Poznaniacy skończyli rundę na szóstym miejscu, co i tak jest wynikiem powyżej możliwości. Są też na dobrej drodze, by powtórzyć sukces sprzed dwóch lat, gdy uwikłany w walkę o utrzymanie się w ekstraklasie Lech sięgnął po Puchar Polski. Teraz lechici jako pierwsi znaleźli się w półfinale. A liga? Zespół z Poznania może żałować, że końcowy gwizdek tej rundy nie wybrzmiał wcześniej. Niejako w doliczonym czasie gry Lech stracił kilka ważnych punktów, które znacznie oddaliły go od podium. Jeśli uprawomocni się decyzja wydziału dyscypliny PZPN, to za nierozliczenie się z Pawłem Wojtalą lechici stracą trzy punkty i będą w tabeli jeszcze niżej. Ale to już nie z winy zawodników. To tylko potwierdza tezę, że w bałaganie, który panował jesienią na Bułgarskiej, wyniki piłkarzy były totalnym zaskoczeniem. Choć z drugiej strony, gdyby nie zadyszka, mogło być lepiej. Stwierdzenie "Taki wynik wcześniej wzięlibyśmy w ciemno, ale teraz czujemy niedosyt" pasuje więc jak ulał.

Bohater

Krzysztof Gajtkowski

Gdyby nie pięć goli strzelonych Pogoni Szczecin Krzysztof Gajtkowski miałby przed tym sezonem w Lechu dorobek bramkowy niczym obrońca, który lubi wybrać się pod bramkę rywala. Po udanej jesieni napastnika, po której żegna się on z Poznaniem, wydaje się, że w Wielkopolsce długo będą tęsknić za byłym snajperem GKS Katowice.

To w barwach "Gieksy" Gajtkowski zasłynął po raz pierwszy. Szybki, silny, waleczny, a przy tym niezły technicznie był bohaterem jednego z bardziej spektakularnych transferów zimy 2003 r. Licytację o piłkarza wygrał wtedy Lech, ale szybko okazało się, że ponad milion wydany na "Gajtka" to pieniądze wyrzucone w błoto. A prezesi poznańskiego klubu jeszcze długo drapali się po głowach, zastanawiając się, jak pozbyć się transferowego niewypału, a przy tym odzyskać choć część pieniędzy. Co w przypadku zadłużonego Lecha było sprawą istotną. Szybko jednak stwierdzono, że sprzedanie za godziwe pieniądze napastnika, który strzela po dwa-trzy gole w rundzie, byłoby menedżerskim mistrzostwem świata.

Gajtkowski był w Lechu zagubiony, szeptał pod nosem, że nie może zaaklimatyzować się w Wielkopolsce. Po Poznaniu krążyły anegdoty opisujące niezdarność śląskiego napastnika, włącznie z tą, że Gajtkowski przyszedł kiedyś na wtorkowy trening o godzinę za wcześnie. Było to akurat po weekendzie, w którym, w związku ze zmianą czasu, cofano zegarki...

Na boisku jego zagubienie było aż nadto widoczne. Gdyby nie pięć bramek strzelonych w jednym meczu ówczesnemu outsiderowi ligi Pogoni Szczecin, dorobek "Gajtka" w Lechu byłby mizerniutki - drugie pięć trafień przez ponad półtorej rundy. Gajtkowski został nawet wypożyczony z powrotem do GKS. - Może jak pooddycha śląskim powietrzem, to znów zacznie strzelać - mówiono na trybunach. Zresztą kibice do dziś wywieszają flagę z narysowanym szybem kopalnianym i czternastką - numerem piłkarza. Wszystko po to, by "Gajtek" mógł poczuć się jak na Śląsku.

Skuteczność, z której był znany w GKS, Gajtkowski odzyskał dopiero w tym sezonie. Strzelił osiem goli w lidze, po dwa w Pucharze Polski i Intertoto. W mig odzyskał też humor, stał się też jedną z wiodących postaci w drużynie, także poza boiskiem. Lech wreszcie dopiął też swego, bo prezes Korony Kielce Krzysztof Klicki zdecydował się zapłacić za Gajtkowskiego ponad milion zł i od stycznia będzie on zawodnikiem beniaminka ligi. Problem w tym, że w Lechu nie widać jego następcy i niemal pewne jest, że "Kolejorz" zatęskni jeszcze za napastnikiem z Bytomia.

Antybohater

Piotr Świerczewski

Jeszcze cztery lata temu był gwiazdą reprezentacji. Po nieudanych mistrzostwach świata wypadł z kadry, zaczęły się też kłopoty z grą w klubie - stracił miejsce w Olympique Marsylia, trafił do angielskiego Birmingham City. Kiedy i ta przygoda nie wypaliła (zagrał w jednym meczu), wrócił do Polski. W 2003 r. zaliczył całkiem niezły sezon w Lechu. Odszedł jednak z Poznania, bo nie doszedł do porozumienia z klubem w sprawie nowego kontraktu. Pracę znalazł w Cracovii, w której jednak jesienią ostatniego roku... nie zagrał ani razu. Wiosną znów był piłkarzem Lecha. I znów imponował zaangażowaniem, wolą walki, nieustępliwością.

Ten sezon ma na razie fatalny. Latem ciągnęła się za nim sprawa rzekomego pobicia dziennikarza, potem - m.in. dzięki wstawiennictwu "Świra" i mimo braku entuzjazmu trenera Czesława Michniewicza - do Lecha trafił kolega z kadry Tomasz Iwan. Jeszcze w lipcu Świerczewski był bohaterem kolejnego skandalu. Podczas sparingu z Amicą Wronki najpierw uderzył Arkadiusza Bąka, a potem przejechał ręką po głowie trenera bramkarzy Amiki Andrzeja Czyżniewskiego. Sam Czyżniewski oskarżał potem Świerczewskiego o nadsyłanie mu SMS-ów z groźbami.

Forma "Świra" jesienią była marna. - Chcę Piotrka w składzie, ale tego z wiosny, walczącego przez cały mecz - mówi o nim Michniewicz.

W listopadzie pomocnik Lecha popadł w konflikt ze szkoleniowcem. Kiedy razem z Piotrem Reissem i Pape Samba Ba spóźnili się na trening, Michniewicz zamknął im przed nosem drzwi szatni. Reiss i Senegalczyk przeprosili za swe zachowanie, Świerczewski zaś wyznał, że "olewa trenera". Później co prawda tłumaczył, że olewa sytuację, ale Michniewicz nie do końca uwierzył w te wyjaśnienia. - Nie stawiam ultimatum: albo "Świr", albo ja. Ale pewne sprawy muszą zostać znormalizowane. Muszę być konsekwentny w przestrzeganiu regulaminu. Wszyscy muszą się wysypiać, by byli wypoczęci, i ciepło się ubierać, by nie złapali przeziębienia. Niedopuszczalne są też spóźnienia. I Piotr ten regulamin złamał - mówi Michniewicz.

Piotr Świerczewski miał być w Poznaniu wzorem dla młodych zawodników. Uczyć ich twardej walki na boisku i sportowej postawy poza nim. Tej jesieni zabrakło i jednego, i drugiego.

wesoł

Liczba Lecha

86 000 - tyle widzów obserwowało osiem jesiennych spotkań ligowych w Poznaniu. Lech odebrał dwuletni ligowy prymat pod względem frekwencji Pogoni Szczecin, której spotkania oglądało 74 tys. widzów. Wyprzedziła ją jeszcze Wisła Kraków (80 tys.), a tuż za nią uplasowała się Arka Gdynia (63 tys.).

Wyniki i strzelcy goli

Polonia (d) - 1:2 (Zakrzewski)

Arka (d) - 1:1 (Gajtkowski)

Wisła P. (d) - 3:2 (Gajtkowski, Zakrzewski, Reiss)

Zagłębie (w) - 5:4 (Reiss 3, Zakrzewski, Gajtkowski)

Korona (d) - 0:0

Amica (w) - 4:1 (Gajtkowski 2, Telichowski, Nawrocik)

Górnik Z. (d) - 3:2 (Reiss 2, Świerczewski)

Wisła K. (w) - 1:5 (Gajtkowski)

Legia (d) - 1:0 (Iwan)

Górnik Ł. (w) - 0:0

GKS BOT (d) - 1:1 (Gajtkowski)

Groclin (w) - 1:3 (Mowlik)

Cracovia (d) - 1:0 (Gajtkowski)

Odra (w) - 1:2 (Iwan)

Pogoń (d) - 1:1 (Iwan)

Polonia (w) - 1:2 (Świerczewski)

Arka (w) - 2:0 (Nawrocik, Reiss)