Śląsk po pucharowym meczu z Hapoelem

KOSZYKÓWKA. Żeby awansować do drugiej fazy rozgrywek o Puchar FIBA Europe, Śląsk musi wygrać pozostałe trzy mecze. - Z taką grą nie mamy żadnych szans - uczciwie przyznaje trener Tomasz Jankowski
Przed rokiem w o wiele silniejszym Pucharze ULEB koszykarze Śląska wywalczyli awans z grupy, choć na sześć drużyn wychodziły tylko dwie. Teraz w o wiele słabszych Pucharze FIBA, w którym z czterozespołowej grupy dalej grają dwa, już w połowie rozgrywek wrocławianie są jedną nogą za burtą. A po tym, co zaprezentowali we wtorek, chyba nikt nie wierzy, że są jeszcze w stanie powalczyć. Nawet trener Tomasz Jankowski.

- Z taką grą nie mamy żadnych szans. Hapoel jest w lepszej sytuacji - podkreśla.

Pomijając ten tragiczny występ, trzeba pamiętać, że szanse jeszcze są i nie wyłącznie matematyczne czy iluzoryczne. Nie zależą nawet od wyników innych, lecz pozostają w rękach wrocławian. Trzeba jednak wygrać pozostałe trzy spotkania, z których tylko jedno - ale za to z najsilniejszym rywalem Maroussi Ateny, zostanie rozegrane we Wrocławiu. W najbliższej kolejce zagrają w Holandii z Capitals Groningen, a na koniec pojadą do Izraela.

Teoretycznie karty są już rozdane: Maroussi powinno wygrać grupę, a mający punkt więcej od Śląska Hapoel jest na dobrej drodze do drugiej lokaty. Wicemistrz Izraela gra jednak jeszcze w Grecji i zakładając, że tam przegra, to nawet przy zwycięstwie z Capitals u siebie nie musi być pewny swego przed ostatnią kolejką. Warunek: Śląsk musi wygrać i w Holandii, i z Maroussi. Wówczas przed meczem w Izraelu zrówna się punktami z Hapoelem i zwycięzca tego meczu awansuje. Jeżeli wrocławianie w dwóch najbliższych kolejkach wygrają tylko raz, raczej z pucharem się pożegnają, bo będą musieli w Tel Awiwie wygrać różnicą ponad 15 punktów. I chociażby dlatego wtorkowa porażka tak boli. Minimalna przegrana stawiałaby wrocławian w zupełnie innej sytuacji. A tak Hapoel jest w nieporównywalnie lepszej.

- Wystarczy, że będziemy wygrywać we własnej hali, a w rozgrywkach o europejskie puchary to najważniejsze - przyznaje trener Hapoelu Efi Birenboim.

Trzy zwycięstwa w trzech meczach to nie jest jednak plan nie do wykonania, szczególnie dlatego, że rywale naprawdę nie są poza zasięgiem. Hapoel to w najlepszym wypadku zespół co najwyżej przeciętny, Maroussi o wiele słabsze niż przed rokiem, o Capitals nie ma nawet co wspominać. Niestety, największy problem to postawa zespołu Śląska, który udowadnia, jak nisko upadła w bardzo krótkim czasie polska koszykówka. Wtorkowy występ zapisał się w historii jako jeden z najgorszych meczów wrocławskiej drużyny we własnej hali w europejskich pucharach.

- Nie wiem, czy smutek to dobre słowo, czy określenie tego meczu wstydem nie byłoby lepsze - twierdzi Waldemar Łuczak, dyrektor do spraw sportowych wrocławskiego klubu. - Na pewno to nie był dobry mecz, ale nie można się teraz załamywać, lecz trzeba grać dalej. Muszą być zmiany, może w treningach, może w nastawieniu zawodników. Szukamy sposobów na poprawę, trenerzy też. Zmian kadrowych na pewno nie będzie. Być może czasami trzeba spaść na dno, żeby się od niego odbić. Chyba nadszedł czas, aby to zrobić.

Odpowiedź na to, w jakim kierunku zmierza Śląsk, powinniśmy poznać w sobotę. Wrocławianie zmierzą się na wyjeździe z Polonią Warszawa, a ponowny "debiut" w zespole Śląska powinien zaliczyć Ryand Randle. Nie wiadomo natomiast, co z pozostałymi wysokimi Markiem Miszczukiem oraz Srdjanem Laliciem, którzy we wtorek nie zagrali.

- Miszczuk miał rezonans i czekamy na wyniki - mówi Łuczak. - Lalić ma stłuczony mięsień czworogłowy, ma krwiaka, ale liczymy, że w meczu w Warszawie będzie mógł zagrać.