Sport.pl

Groclin - Lech 3:1

Lepsza druga linia i bardziej uniwersalni pomocnicy - to był klucz do zdobycia trzech punktów w derbach Wielkopolski w Grodzisku Wlkp. Zdobył je Groclin, który pod tym względem górował nad Lechem
Na papierze Lech był faworytem: wyżej w tabeli, w dołku - ale płytszym, niż Groclin. Dyskobolia zmieniła ostatnio trenera. - Wtedy zawsze taki zespół gra lepiej, bo znika alibi i argumenty usprawiedliwiające słaba grę - mawiał trener "Kolejorza" Czesław Michniewicz.

Nowy szkoleniowiec Grodziska, Czech Werner Liczka, nie tyle zlikwidował alibi piłkarzy, co wykrzesał z nich drzemiące w nich możliwości. A przecież nikt nie ma wątpliwości, że Dyskobolia - choć gnębiona kontuzjami - potencjał ma ogromny. Liczka miał jednak ograniczone pole manewru i zwężony skład. W obronie wystawił nawet ligowego debiutanta Adriana Bartkowiaka. To wychowanek Dyskobolii - pierwszy od czasów Dariusza Brzostowskiego.

Liczka wyszedł na mecz w elegancko skrojonym płaszczu. Wyglądał jak Jose Mourinho, który z Chelsea Londyn szybko zrobił maszynkę do wygrywania meczów. Ale zatrudniony niedawno w Grodzisku Czech dostał inne zadanie. Przede wszystkim miał pozbierać do kupy drużynę, która w lidze dawno już nie wygrała meczu. W przeciwieństwie do Mourinho Liczka nie ma do dyspozycji piłkarskiego gwiazdozbioru. Przy pladze kontuzji liczyło się jego nowe spojrzenie na drużynę. I okazało się ono zbawienne. Ustawiona przez nowego trenera Dyskobolia niemal zupełnie zdominowała środek pola. Miała tam trzech zawodników - każdego o innych predyspozycjach. Od wybitnie defensywnego Radima Sablika po Tibora Sabo, który miał tylko zadania ofensywne. Gdzieś między nimi biegał Michał Goliński, najbardziej uniwersalny z całej trójki.

Co mógł im przeciwstawić Lech? Niewiele. Czesław Michniewicz, który wcześniej dwa razy prowadził "Kolejorza" do wygranych nad drużynami Liczki, tym razem miał mniej argumentów. Spodziewał się przewagi Groclinu w drugiej linii, dlatego posłał do boju pięciu pomocników i tylko jednego napastnika. Ale ilość nie przełożyła się na jakość. Wszyscy trzej środkowi poznańscy pomocnicy to przede wszystkim spece od rozbijania ataków, ale sami nie potrafią pokierować grą drużyny. Cofnięcie Zbigniewa Zakrzewskiego też nie przyniosło skutku, bo nie potrafił on celnie dośrodkować.

W efekcie przed przerwą Lech miał kłopot z konstrukcją akcji i nie był zbyt pomysłowy. Ot, wybijanie piłek, do których może ktoś tam dojdzie... I w pewnym momencie doszedł, bo po właśnie takiej akcji oraz kiksie grodziskiego bramkarza Piotr Świerczewski znalazł się w niezłej sytuacji, ale precyzyjnym strzałem trafił piłką w słupek opuszczonej przez Sebastiana Przyrowskiego bramki.

Sęk w tym, że wtedy Groclin prowadził już 1:0, a po chwili podwyższył. Oba gole padły po dobrych podaniach Tibora Sabo. W drugim przypadku Adrian Sikora ładnie przerzucił piłkę nad Krzysztofem Kotorowskim. - Tak właśnie mierzyłem - zapewniał ruchliwy napastnik, który napsuł sporo krwi poznańskiej obronie. Tak jak on grał Groclin w pierwszej połowie. Wyraźnie przeważał, kontrolował mecz. Grodziszczanie byli szybsi, sprawniejsi. Wyglądało na to, że wygrają mecz bez kłopotu.

Jednakże druga połowa, a zwłaszcza jej pierwsze 25 minut były zupełnie inne niż pierwsza część gry. "Kolejorz" ruszył do ataku i udało mu się stworzyć nawet przewagę. Dzięki temu mecz zyskał na jakości i można go określić bez problemu jako bardzo dobry. Lech zatem nacierał, ale brakowało mu precyzji. Bez akcji środkiem pola, jedynie skrzydłami - była ona nieodzowna, by zdobyć gola. Pozostawały jeszcze stałe fragmenty gry - odpadały co prawda rzuty rożne, gdyż te Lech bił beznadziejnie i doprowadzał raczej do kontr Dyskobolii niż zagrożenia. Rzuty wolne jednak takie zagrożenie stwarzały. Tak padł gol.

Do końca meczu brakowało minuty, gdy w końcu Piotr Reiss został sfaulowany tak blisko pola karnego, że można było wykonać rzut wolny precyzyjnie. Mariusz Mowlik wbił piłkę do siatki, licznym kibicom "Kolejorza" zaświtała nadzieja. Groclin odpowiedział jednak natychmiast. Marcin Zając wszedł na boisko w lidze po raz pierwszy po wielomiesięcznej kontuzji i niemal natychmiast strzelił na 3:1. - Cieszę się, bo ten gol uspokoił grę i faktycznie zakończył mecz - stwierdził szczęśliwy Zając. - Gospodarze byli zdecydowanie lepsi i wygrali zasłużenie. Mnie pozostał honorowy gol - dodał strzelec gola dla Lecha, Mariusz Mowlik. Zupełnie nie zgadzał się z tym Zbigniew Zakrzewski. - Myśmy przeważali, ale bramki strzelali gospodarze - stwierdził.

Tajna bronią Michniewicza miał być młody Gambijczyk Ibo Savaneh, który - tak jak Bartkowiak - też zadebiutował w lidze. Ambitny Afrykanin pokazał jednak spore jeszcze braki taktyczne, zwłaszcza w dobrym ustawianiu się na boisku. - To dobrze, że wygraliśmy z takim rywalem jak Lech przy tak licznej widowni - skomentował Adrian Sikora.