Czy Lozano naprawdę chce pracować w Polsce?

Czy trener Lozano naprawdę chce osiągać sukcesy z Polakami? - Zabiegają o mnie różne kluby Serie A - powiedział włoskim dziennikarzom po tym, jak siatkarze skończyli mistrzostwa Europy na piątym miejscu. Pytanie, czy mają szansę na medale, skoro Lozano sam nie wie, czy ich chce
Artykuł „Po mundialu mógłbym wrócić do Włoch” na popularnej siatkarskiej stronie internetowej volleyball.it brzmi szokująco: - MŚ w przyszłym roku będą kolejnym etapem na drodze do igrzysk w Pekinie. Ale jeszcze nie wiem, czy w roku 2008 będę na tej ławce [rezerwowych]. Ocenię sytuację po mundialu, zabiegają o mnie różne włoskie kluby - miał powiedzieć Argentyńczyk. Na pytanie, jakie kluby, odparł: - Na razie nie mogę powiedzieć.

- Rzeczywiście podpisałem z PZPS kontrakt "2+2". Po dwóch latach oceni sytuację związek, ocenię i ja - powiedział "Gazecie" Lozano.

Czyżby zatem selekcjoner opowiadał o dalekosiężnych celach, strategii, a zarazem nie miał pewności, czy chce u nas pozostać? Kontrakt kontraktem, nie ze wszystkimi w Polsce współpraca układa mu się dobrze, jednak aluzje o włoskich klubach - rzucane obcokrajowcom! - brzmią niemal jak szantaż.

Gdyby nie te wstrząsające słowa, to kategorycznych wniosków z pierwszego etapu eksperymentu z Argentyńczykiem jako selekcjonerem wyciągnąć nie sposób. Liga Światowa przyniosła najlepszy wynik w historii, udało się awansować na mundial, a przecież poprzednie eliminacje przegraliśmy w stylu wołającym o pomstę do Huberta Wagnera. ME to porażka. Choć fachowcy nie wróżyli zdziesiątkowanej kadrze podium, to szef polskiej siatkówki Mirosław Przedpełski publicznie stawiał zadanie awansu do czołowej czwórki. Jeśli awansu nie było, to nazywajmy rzeczy po imieniu, a nie brnijmy - jak usiłował Lozano - w niemożliwe do zweryfikowania perory o rzekomym postępie.

Nawet ludzie niechętni kolekcjonowaniu występów "nieprzynoszących wstydu" muszą jednak Argentyńczykowi oddać, że nie przywiózł do Rzymu drużyny, którą do ME przygotowywał. Trochę przez głupotę i pogardę dla reguł profesjonalnego sportu Ignaczaka, Kadziewicza oraz Stelmacha (zdyskwalifikowani za alkohol), a trochę przez pecha Zagumnego (kontuzja). Dlatego choć wynik jest porażką, to byłoby nieuczciwe obwołać go porażką Lozano.

Niszczące cele

Rozumiem Argentyńczyka, kiedy unika mówienia o osłabieniach. Nie chce obniżać morale, odbierać wiary w siebie debiutantom. Uparte wmawianie, że wszystko układa się świetnie, trochę jednak razi, a już wyliczanie na każdym kroku, ile to lat (22) czekamy na medal, razi mocno. Historię znamy. Uznanego fachowca zatrudniliśmy po to, by wyrwał nas z siatkarskich wieków ciemnych.

O ile bowiem osiągnięcia Świderskiego we włoskiej Serie A zasługują na głęboki szacunek, to wynik reprezentacji na ME nie jest wcale znacznie cenniejszy niż - tu narażę się pewnie tysiącom siatkarskich fanów - ewentualny drugi z rzędu awans piłkarzy na mundial. Piłkę kopie cały świat, piłkę odbija rękami (na poważnie) może dwadzieścia kilka krajów. Wystarczy spytać, ile nazwisk siatkarzy z Afryki wymieni przeciętny kibic. Prawdopodobnie żadnego, a po trawiastych boiskach biegają tabuny gwiazd z tego kontynentu, podobnie jak wszystkich innych. Pod siatką widać tylko część Europy (bez północy), cztery kraje Ameryki Łacińskiej, trzy azjatyckie, Stany Zjednoczone i to już niemal wszystko.

U nas Świderski, Gruszka czy Murek są gwiazdami, młodzież marzy, by im dorównać, liga o klasę przewyższa piłkarską i koszykarską, dyscyplinę wspiera potężny sponsor. Czy tę idyllę wypada w ogóle porównywać do zbieraniny Ukraińców, którym - jak głośno przyznaje ich trener - nie chce się grać w reprezentacji, a mimo to urwali Polakom seta?

Nie wypada, dlatego od siatkarzy wymagamy więcej. To też świadczy o ich klasie. Dobrze, że wreszcie wytyczyliśmy cel, igrzyska w Pekinie, najwyższy czas myśleć długofalowo, ale też samobójstwem byłoby każdą wpadkę usprawiedliwiać przyszłością. Nie trzeba być znawcą psychologii sportu, by wiedzieć, że zawodnikowi cele, owszem, wyznaczać trzeba, ale nigdy zbyt odległe. Te demotywują. Nie da się wygrać igrzysk, nie wygrywając niczego wcześniej, zwłaszcza że i w tej dyscyplinie konkurencja rośnie. Nie zdobędzie się medalu najważniejszej imprezy, jeśli nie potrafi się go zdobyć na żadnej innej. Przyzwyczajenie do porażek niszczy sportowca nieodwracalnie. To budujące, że Świderski wreszcie nazwał piąte miejsce osobistą porażką.

Syndrom oblężenia

Lozano ma nad czym główkować. Polacy nie potrafią odbierać serwisu i żadne statystyki tej tezy nie obalą. II trener Alojzy Świderek zwracał po meczu z Włochami uwagę, że to rywale popełnili więcej kardynalnych błędów w przyjęciu zakończonych utratą punktu. Szkoda, że nie miał rubryki z liczbą odbiorów, po których rozgrywający Łukasz Żygadło musiał urządzać sobie sprinty po całym boisku, by dopaść piłki.

Żygadło wypadł podczas ME nieźle i wygląda na to, że Zagumny doczekał się solidnego zmiennika. Co najmniej. Oby siatkarz ligi tureckiej przeobraził się wkrótce w poważnego konkurenta. Selekcjoner musi jednak też uważnie obserwować naszą ligę, bo wątpliwości powinien mieć sporo. Kadrę budował wokół kapitana Piotra Gruszki, który wcześniej grał bardzo dobrze, lecz w Rzymie pojawiał się na boisku incydentalnie. I wreszcie, co począć z wyrzuconymi z kadry? Libero Piotr Gacek wypadł kiepsko, Ignaczak grywał już znakomicie, poza tym przyjął setki najmocniejszych serwisów świata. Czy Lozano da mu jeszcze szansę? Czy sam zawodnik pokaja się i udowodni, że jest zawodowcem?

Istotną rolę odgrywają trenerzy klubowi. Ireneusz Mazur Ignaczaka nie zrugał, sprawiał nawet wrażenie zdziwionego karą. A przecież to on wychowywał go od juniora... Jego i Lozano dzieli otwarta wrogość, choć Mazur jako członek Wydziału Szkolenia sam na Argentyńczyka postawił. Ten konflikt kadrze raczej nie pomoże, zresztą Lozano dotknął już chyba syndrom oblężonej twierdzy, bo czasem nawet niewygodne pytania dziennikarzy postrzega jako osobisty atak. Chyba zresztą popełnia błąd, stając wobec tak przychylnej mu prasy okoniem, oszczędnie wydzielając informacje, zamykając kadrę przed światem, urządzając supertajne sparingi i nie mówiąc całej prawdy o kontuzjach. Zwłaszcza że osobowość jego pokroju - nieskora do kompromisów - potrzebuje sprzymierzeńców i wsparcia. A po wypowiedziach dla volleyball.it nieufnych na pewno przybędzie.

Tu ogromna rola także PZPS, bo jeśli Lozano zapowiada, że nie chce w żaden sposób ingerować w pracę klubów, to należało by go przekonać, że jednak jakaś koordynacja pracy szkoleniowej jest niezbędna. Trzeba schować urazy i pracować dla wspólnego dobra. Pozostaje wątpliwość, czy Lozano w ogóle traktuje polskie wyzwanie poważnie.

Czy polscy siatkarze zdobędą za rok medal MŚ?