Polscy siatkarze pokonali Kubę 3:2

Polska - Kuba 3:2. - Miałem się stresować, bać? A niby dlaczego? - pytał uśmiechnięty Mariusz Wlazły, młodziutki bohater ostatniego seta inauguracji turnieju finałowego Ligi Światowej. W półfinale siatkarze zagrają z Serbią i Czarnogórą (godz. 20 w sobotę).


I Polska, i Kuba przeżywały wzloty i upadki, ale kiedy dobiegała końca piąta partia, na Wlazłego nie było już mocnych. Debiutanta w reprezentacji, który trafił do niej dwa miesiące temu, który półtora roku temu grał w drugoligowej Zduńskiej Woli i zwierzał się, że wszystko dzieje się zbyt szybko, że nie wie, czy poradzi sobie z błyskawicznym awansem do siatkarskiej elity.

Jak radzić sobie z ruchliwym kubańskim blokiem, wiedział doskonale. W tie-breaku dłoń nie zadrżała mu ani razu, atakował, blokował szalejącego bombardiera Poeya, zdobył pięć z ostatnich siedmiu punktów dla Polski. - Przed ostatnią akcją było wiadomo, że piłka pójdzie do mnie, bo wychodziło mi wszystko. Ja się tutaj naprawdę nie denerwuję. Nawet czwarte miejsce byłoby sukcesem, a przecież może być znacznie lepiej. Gram na totalnym luzie i nikogo się nie boję. A zresztą to nie ja blokowałem, tylko mnie trafiali - bagatelizował swoje wyczyny Wlazły, którego trener długo trzymał w rezerwie, więc po jego czole nie spływała choćby kropla potu.

Kubańczycy pewnie mieliby inne zdanie, bo spoglądali na niego z rozdziawionymi ustami, wyglądali jak wieczór wcześniej, w hotelu Intercontinental, kiedy zobaczyli plazmowy telewizor. Długo go oblegali, nie mogąc doszukać się kineskopu, potem wypytywali fotoreporterów o cenę rolki filmu i nie chcieli wierzyć, że cyfrowe aparaty jej nie potrzebują. Kubańczyków wszystko w Belgradzie ciekawi, intryguje, chodzą z oczami otwartymi zbyt szeroko, by sądzić, że zdołają się jeszcze skupić na siatkówce.

Zdołali. W pierwszym secie niby Polacy długo dotrzymywali im kroku, przez chwilę nawet prowadzili, ale imponujący mięśniową rzeźbą rywale błyskawicznie dowiedli, że wieści o ich niesamowitej sprawności nie są przesadzone. Punkty zdobywali z ujmującą swobodą, siatka zdawała się być dla nich zawieszona zbyt nisko - wszyscy sięgają piłki w ataku na wysokości bliskiej 360 cm, co w podstawowej szóstce biało-czerwonych jest pułapem osiągalnym tylko dla Wojciecha Grzyba. I to właśnie on wśród środkowych wypadł najlepiej, a ponieważ w drugim secie dostał wsparcie od Szymańskiego i Świderskiego, sytuację udało się opanować i doprowadzić do remisu. Końcówka powinna być jednak dla siatkarzy przestrogą - prowadzili już 24:20, by pozwolić Kubańczykom zdobyć cztery punkty z rzędu! Takie momenty paraliżu są na tym poziomie absolutnie niedopuszczalne, np. Brazylijczycy wykorzystują je bezlitośnie, chwytają rywala za gardło i już nie puszczają.

Kubańczycy przywieźli do Belgradu młodziutką reprezentację, z 20-letnim rozgrywającym (żółtodziób na tej pozycji to absolutny ewenement) i tylko trzema siatkarzami urodzonymi przed rokiem 1980. W tej edycji LŚ zyskali reputację tyleż utalentowanych, co niezdolnych do długotrwałej walki o każdy punkt, jeśli natrafią na twardy opór i taktyczną konsekwencję. I w piątek Polacy uczyli się, jak z nimi grać, wydawało się, że z każdym setem będzie łatwiej. To zdarza się w siatkówce rzadko - grać przeciw bardzo mocnej drużynie, którą zna się z jednej płyty DVD. Elita jest stabilna, wąska, większość gwiazd trafia do włoskiej Serie A, każdy bije się z każdym nawet kilka razy do roku. Tylko Kubańczyków miłościwie panujący Fidel Castro puszczać w świat nie chce, więc niektórzy uciekają. W Belgradzie co rusz słychać na wpół żartobliwe pytania, ilu tym razem zostanie w Europie.

Jeśli reżim ich nie ograbi, za nagrody w finale będą mogli kupić sobie niejeden plazmowy telewizor, a wkrótce być może zawojują siatkarski świat. - Skaczą pięknie, ale trener Lozano uspokajał nas, byśmy nie przejmowali się urodą ich ataków w trzeci metr, bo to nie koszykówka, tu nie ma zbić za trzy punkty. I to się sprawdziło - opowiadał Sebastian Świderski.

- Pokazaliśmy dzisiaj, że rzeczywiście mamy bardzo wyrównaną drużynę bez wyraźnie wybijających się indywidualności - mówił Piotr Gruszka, który na konferencji mówił włosku, po czym następowała gimnastyka z tłumaczeniem na hiszpański (dla Kubańczyków), serbski (dla gospodarzy) i angielski (dla reszty). - Zanim ja zacząłem szaleć, świetnie grał Szymański, tylko nie wytrzymał fizycznie - wtórował kapitanowi kadry Wlazły. Trener Lozano chwalił blok, ale na styl gry trochę narzekał, bez przekonania tłumacząc siatkarzy specyfiką hali, w której pozwolono im trenować ledwie raz. W "Beogradskiej Arenie" było rzeczywiście dziwnie: działającą na wysokich obrotach klimatyzacja sprawiła, że na boisku zwyczajnie wiało, a na trybunach panowałaby głucha cisza, gdyby nie kilkudziesięciu hałaśliwych kibiców ze Śląska.

Fanów przybyło, kiedy na parkiet weszli absolutni faworyci Brazylijczycy i Serbowie. Trener Lozano trzymał kciuki za mistrzami olimpijskimi, bo w sobotnim półfinale wolał wpaść na gospodarzy.

Życzeniu Lozano stało się zadość. Po stojącym na niezwykle wysokim poziomie meczu Brazylijczycy pokonali Serbię i Czarnogórę 3:1.

Rywale Polaków będą osłabieni. W składzie gospodarzy zabraknie bowiem jednej z największych gwiazd mistrzów olimpijskich z Sydney - Gorana Vujevicia.

Wyniki:

POLSKA - KUBA 3:2 (23:25, 26:24, 25:16, 22:25, 15:13). POLSKA: Zagumny, Szymański, Grzyb, Kadziewicz, Gruszka, Murek, Ignaczak (libero) oraz Wlazły, Winiarski, Świderski. KUBA: Diaz, Portuondo, Poey, Pimienta, Dominico, Juantorena, Mendez (libero) oraz Aldazabal, Camejo, Bell

BRAZYLIA - SERBIA I CZARNOGÓRA 3:1 (25:21, 23:25, 26:24, 25:21). BRAZYLIA: Gilberto Godoy Filho, Andre Nascimento, Gustavo Endres, Rodrigo Santana, Ricardo Garcia, Dante Amaral, Sergio Santos (libero) oraz Marcelo Elgarnet i Anderson Rodrigues. SERBIA I CZARNOGÓRA: Nikolaj Grbić, Aleksandar Mitrović, Andrija Geric, Goran Vujević, Ivan Miljković, Milan Marković, Marko Samardzić (libero) oraz Branko Roljić, Bojan Janić, Dejan Bojowić i Ivan Ilić. Trener: Lubomir Travica.



Program półfinałów:

Brazylia - Kuba (17.00), Serbia i Czarnogóra - Polska (20.)