Rutkowski, Wujec: Najlepsi z najlepszych

Końcówka sezonu zasadniczego NBA przebiegła pod hasłem "wszystko po staremu". Wrócił do gry Alonzo Mourning, a Michael Jordan powtórzył po raz n-ty, że na 99,99 proc. już nie wróci.
Shaquille O'Neal pogodził się z Kobe Bryantem, choć media twierdzą, że jednak może się nie pogodził. Rasheed Wallace z Portland pobił swój własny rekord przewinień technicznych. Właściciel Dallas Mavericks Mark Cuban dostał kolejną karę od ligi - w sumie w tym roku zapłacił pół miliona dolarów. Po pladze kontuzji niektórych zawodników Golden State i New Jersey nie potrafili rozpoznać nawet ich trenerzy. Duet z Utah - Karl Malone i John Stockton - udowodnił po raz kolejny, że i czterdziestolatki mogą sobie doskonale radzić (o ile tylko nazywają się Stockton i Malone).

Co z tego wynika? Nic. Pora więc na nagrody.

Najbardziej wartościowy zawodnik (MVP) - Allen Iverson z Philadelphii.

W ubiegłym roku prawie jednogłośnym zwycięzcą głosowania dziennikarzy był Shaq. Jedynym, który na niego nie głosował, był niejaki Fred Hickman z CNN. Potem tłumaczył, że prawdziwym MVP jest Iverson, bo bez niego Sixers nie istnieją. Tegoroczny sezon potwierdził taką argumentację - kiedy Iverson był kontuzjowany, Philadelphia przegrywała mecz za meczem. Jeśli wygra plebiscyt - zostanie najniższym MVP w historii (183 cm). Grał kapitalnie. I to pomimo poobijanego ramienia, skręconego nadgarstka i stłuczonej kości ogonowej.

Najmniej wartościowy zawodnik - Derrick Coleman z Charlotte.

Statystycy zauważyli, że kiedy otyłego Colemana nie ma na boisku, Hornets wygrywają. Na szczęście przez prawie pół sezonu udało się go przetrzymać na liście kontuzjowanych, dzięki czemu Charlotte awansowało do play off.

Najlepszy trener - Larry Brown z Philadelphii.

Stworzył z 76ers najlepszą drużynę na Wschodzie NBA. Potrafił (wreszcie) okiełznać Iversona. Wygrał w wielkim stylu Mecz Gwiazd.

Najgorszy trener - Mike Dunleavy z Portland.

Po poprzednim sezonie eksperci ostrzyli sobie zęby na wielką rywalizację dwóch potęg - Lakers i Blazers. Nic z tego. Gwiazdy Blazers powłaziły trenerowi na głowę. A w trakcie sezonu do drużyny dołączyli jeszcze nowi malkontenci Detlef Schrempf i Rod Strickland. Jeżeli (co bardzo prawdopodobne) Blazers odpadną w pierwszej rundzie playoffs - Dunleavy pewnie straci pracę.

Największy postęp - Tracy McGrady z Orlando.

Liga ma w zwyczaju przyznawać tę nagrodę zawodnikom, którzy dotychczas byli miernotami, a teraz stali się, powiedzmy, nieźli. Z McGradym jest inaczej - on przebłyski geniuszu miał już pod koniec ubiegłego roku, w Toronto. Ale w Orlando, kiedy kontuzja wyłączyła z gry Granta Hilla, musiał wziąć na siebie cały ciężar gry. Udało się.

Największy regres - Shawn Kemp z Portland.

Jeszcze w zeszłym roku - najlepszy zawodnik Cleveland Cavaliers (mimo straszliwej nadwagi). W Portland miał sobie przypomnieć, że kiedyś był postrachem ligi. Nic z tego. Był najlepszy w lidze tylko pod względem częstotliwości popełniania fauli i gubienia piłki. A na koniec sezonu okazało się jeszcze, że Kemp jest uzależniony od kokainy.

Najlepszy menedżer - trudny wybór.

Po pierwsze Elgin Baylor z Los Angeles Clippers, któremu nareszcie udało mu się stworzyć drużynę z przyszłością. Po drugie Don Nelson z Dallas (z niewielką pomocą właściciela klubu Marka Cubana), który udowadnia, że w szaleństwie jest metoda. Po trzecie - Geoff Petrie, ściągnął do Sacramento świetnego obrońcę Douga Christie i solidnego rezerwowego rozgrywającego Bobby Jacksona, co uczyniło Kings jedną z najlepszych drużyn w lidze. Ale nasze wyróżnienie przypadnie zgodnie ze starym sentymentem - Michaelowi Jordanowi. Pozbył się wszystkich starych przepłacanych gwiazd (Ike Austin, Rod Strickland, Juwan Howard, wkrótce także Mitch Richmond). Powoli kształtuje rdzeń nowej drużyny (Richard Hamilton, Courtney Alexander). A za rok zapoluje na Vince'a Cartera...

Najgorszy menedżer - Bob Whitsitt z Portland.

Handlował, handlował, ściągał gwiazdy dzisiejsze i wczorajsze, ale w końcu się zagalopował. Udało mu się zgromadzić zadziwiającą ekipę wysoko opłacanych, podstarzałych dziwaków: malkontenci (Pippen, Strickland), "inwalidzi" (Sabonis, Smith), spiskowiec (Stoudamire), awanturnik (Wallace). A do tego kompletnie zagubiony Dale Davis, "emeryt" Detlef Schrempf i ociężały Shawn Kemp.

Najlepszy obrońca - Kevin Garnett z Minnesoty.

Umie grać właściwie na każdej pozycji i z reguły bierze na siebie krycie najgroźniejszego zawodnika drużyny przeciwnej. Nie umieli sobie z nim poradzić ani Tim Duncan, ani Chris Webber, ani Antonio McDyess. Wyróżnienie - najlepszy "blokers" NBA Theo Ratliff (Atlanta), który Tytuł najlepszego obrońcy miałby prawie w kieszeni, gdyby nie kontuzja, która wyeliminowała go z gry już w lutym.

Najlepszy rezerwowy - Aaron McKie z Philadelphii.

Nie było w tym roku klasycznych "szóstych graczy", którzy właściwie mogliby grać w podstawowym składzie, ale na ławie siedzą po to, żeby siać spustoszenie, kiedy parkiet opuszczą zawodnicy pierwszej piątki drużyny przeciwnej. Zupełnie zawiodły w tej roli takie gwiazdy jak Vin Baker z Seattle, Austin Croshere z Indiany, Isiah Rider z Lakers, Glen Rice z New York Knicks. McKie udowodnił swoją wartość dwukrotnie - raz, gdy kontuzji doznał rozgrywający Eric Snow i drugi raz, kiedy kilka meczów musiał przesiedzieć Iverson. Jako zastępca obu radził sobie znakomicie.

Pierwsza piątka NBA:

Jason Kidd, Allen Iverson, Chris Webber, Tim Duncan, Shaquille O'Neal.

Druga piątka NBA:

Kobe Bryant, Vince Carter, Tracy McGrady, Kevin Garnett, Dikembe Mutombo.

Kronika towarzyska

Kariera Isiaha Ridera w Los Angeles Lakers chyba dobiegła końca. Znowu spóźnił się na trening, trener znowu posadził go na ławie, a Rider znowu się obraził. W końcu Phil Jackson postanowił Ridera wyrzucić z klubu. Ale Isiah nie chciał kończyć sezonu tak jak w ubiegłym roku (wtedy wyleciał z Atlanty), ubłagał więc trenera, żeby umieszczono go na liście kontuzjowanych. Jackson powiedział: "Jego naprawdę da się lubić, ja to go nawet lubię. Tylko, że jest taki... nieprzewidywalny".

Bohater tygodnia

Czwarty rozgrywający New Jersey Nets, Eddie Gill. Zatrudniony przez drużynę na 10 dni. Na parkiecie pojawił się tylko dlatego, że ponad połowa drużyny jest kontuzjowana. W przyszłym roku pewnie znowu zostanie bezrobotnym. Ale miejsce w annałach NBA ma zapewnione - przeciwko Cleveland zdobył ośmiomilionowy punkt w historii ligi.

Niezłe numery

Shaquille O'Neal - zdobywał ponad 30 punktów w ostatnich 11 meczach sezonu, a w finałowej potyczce z Denver trafił wszystkie 13 osobistych, co nie zdarzyło mu się nigdy w karierze!!! "Mówiłem, że zacznę je trafiać. Po prostu ciężko nad tym pracowałem" - powiedział Shaq.