Niemoc Piasta Gliwice ciągle trwa

Gra gliwiczan przypomina na razie bezskuteczne przekręcanie kluczyka w stacyjce, podczas gdy silnik jest zatarty. Polska liga ma wprawdzie to do siebie, że czasem da się w niej ruszyć nawet z zatartym silnikiem, Piast jednak na razie niestety nie ruszył. Przynajmniej jednak nie przegrał
Obie drużyny po pierwszej ćwiartce sezonu są w podbramkowej sytuacji, nie tak miał wyglądać ligowy początek zarówno w Gliwicach jak i we Wrocławiu. Nie tak miał też zapewne wyglądać początek tego meczu: zrobiło mi się przyjemnie, ciepło i ziewająco więc ocknąłem się znienacka dopiero w 21. minucie kiedy po rzucie wolnym szansę miał Aleksandar Sedlar. Ocknąłem się niepotrzebnie, bo Sedlar był zbyt mało zdecydowany i szansa przepadła. We śnie trochę przeszkadzali również gliwiccy szalikowcy, którzy trenowali nowy zaśpiew, a gniazdowy Pavarottim jednak nie jest, a do tego dysponował, do cholery, megafonem...

Senna atmosfera przeszła całkowicie pięć minut później kiedy otrzeźwił wszystkich koszmarny błąd Heberta pod własną bramką, który wyłożył piłkę... Japończykowi Ryocie Morioce ze Śląska. Na szczęście w ostatnim momencie wpadkę Brazylijczyka naprawił Sedlar. Zaraz potem Jakub Szmatuła mógł przyprawić o palpitacje, gdy po ostrym strzale wypuścił piłkę z rąk, ale sekundę później ją nakrył. Na szczęście, bo wrocławianie byli tuż-tuż. Stadion najpierw odetchnął z ulgą, ale wkrótce trybuny zaczęły złorzeczyć domagając się składnej gry do przodu. Nic z tego: jęk zawodu rozległ się w 34. minucie, kiedy Piast miał rzut wolny tuż sprzed linii pola karnego, jednak Martin Bukata zawinął nie w tę stronę co trzeba.

Sytuację próbował ratować wykazujący wyraźną ochotę do gry Gerard Badia, ale nic z tego nie wynikało. Pięć minut przed końcem połowy najbardziej zagorzali fani w mocnych słowach wnosili o lepszą grę, a kiedy koledzy z obrony podali piłkę do Szmatuły rozległy się pierwsze gwizdy.

Żyjemy jednak w czasach na tyle trudnych dla śląskiej piłki, że znów trzeba powtórzyć z rezygnacją: styl nie jest ważny. Dlatego trzeba podkreślić zaangażowanie gliwiczan na początku drugiej połowy. Jęki zawodu rozlegały się częściej co trzeba docenić, bo to oznacza, że przynajmniej były podbramkowe sytuacje.

W 69. minucie Śląsk powinien wyjść na prowadzenie, ale skórę gospodarzom uratował Szmatuła - strzelający Morioka złapał się z bezsilności za głowę. Zaraz potem trener Mariusz Rumak ściągnął go z boiska.

Potem długo nie działo się już nic. Nie działo się na tyle, że nawet doping umilkł. Dopiero w 89. minucie szybki wypad gości, faul i rzut karny. Kamil Biliński strzela bezlitośnie i goście wychodzą na prowadzenie. Ostatnio gliwiczanie kiedy tracili gole w końcówce już się nie podnosili. Tym razem było inaczej: Hebert dla którego nie był to wybitny występ celną główką zapewnia remis!



Piast Gliwice - Śląsk Wrocław 1:1 (0:0)

Bramka: Biliński (90., z karnego), 1:1 Hebert (90.+2)

Piast: Szmatuła - Girdvainis, Sedlar, Hebert Ż, Mraz - Pietrowski, Murawski, Bukata Ż (75. Żivec), Masłowski (46. Barisić), Badia (80. Moskwik Ż) - Jankowski

Śląsk: Pawełek - Pawelec, Kokoszka Ż, Celeban Ż, Dwali - Augusto, Dankowski, Morioka (71. Ortega), Stjepanowić (59. Goncalves), Alvarinho - Biliński

Sędziował: Frankowski (Toruń)

Widzów: 4252