Ruch Chorzów, jak dom na pustyni w Tunezji. Druty wciąż sterczą

Ruch Chorzów jawi nam się, jako drużyna w ciągłej budowie. Trener Waldemar Fornalik co rusz traci najmocniejsze cegły, a jego praca nigdy nie ma końca.
Powiecie, że budowanie jest wpisane w zarządzanie klubem piłkarskim. Racja. Naszym zdaniem są jednak granice ciągłego układania cegieł. Trener Waldemar Fornalik chętnie sięga po budowlane porównania. Podkreśla, że zespół jest jak dom, a jego defensywa to fundament. O ile jednak w klubach, które konsekwentnie zmierzają do założonego celu zmiany kadrowe są wyważone, to już na Cichej zbyt często trwa masowa wycinka tego co najlepsze.

Trudno pastwić się nad Ruchem po meczu z Legią Warszawa (0:2), która jakością przebija wszystkie ekstraklasowe kluby, ale też trudno nam pozbyć się wrażenia, że tak bezbarwnie niebiescy nie grali już dawno.

Szczerze mówiąc bardziej podobał nam się chorzowski zespół w meczu sprzed roku, gdy po 12. minutach gry Legia prowadziła na Cichej 3:0, niż ten z niedzieli.

Przed rokiem Ruch mylił się w defensywie na potęgę, ale miał w sobie tę wiarę podlaną odrobiną szaleństwa, że może jeszcze skoczy rywalowi do gardła.

Ruch z niedzieli przypominał zespół z czasów trenera Duszana Radolsky'ego. Słowak miał świetny warsztat i wyciskał z drużyny maksimum, ale miał też jedną wadę. Naszym zdaniem kalkulował. W starciach z takimi drużynami, jak Legia, czy ówczesna Wisła Kraków, zakładał, że porażka jest wpisana w scenariusz i zwyczajnie nie oczekiwał od swojej drużyny zbyt wiele.

Czy od obecnego Ruchu można było oczekiwać więcej? Irytujące jest to, że zespół rozgrywa mecz rundy, a jego najlepszy piłkarz siedzi poirytowany na trybunach. Mariusz Stępiński mógł zrobić różnicę na boisku. Mógł sprawić, że cały zespół wrzuciłby wyższy bieg. A tak Stępiński siedział na niebieskim krzesełku, a myślami był w Nantes, które kupuje go już od wielu dni.

Ruch budując ciągle swój zespół przypomina nam tunezyjskie, wiecznie niedokończone domy. Nad Saharą wygląda to tak, że gdy Tunezyjczyk kończy budowę domu, to musi zapłacić duży podatek.

Arab buduje więc parter, a piętro zostawia niedokończone. Na dachu sterczą wtedy szalunkowe druty. Wygląda to brzydko, ale grunt, że kasa się zgadza.

Ruch ma gorzej, bo nie dość, że druty sterczą, to kasy też brakuje. Może strach przed dokończeniem domu wynika na Cichej ze smutnych doświadczeń 2012/13. Po zdobyciu wicemistrzostwa Polski Ruch postanowił, że nie wyjmie ze swojego muru nawet jednej ważnej cegły. Nie do końca się to udało, bo odszedł chociażby Rafał Grodzicki. Największą stratą było jednak wtedy odejście architekta sukcesu, czyli Fornalika, który zamienił klub na kadrę. Efekt był taki, że dom się rozsypał, a długi jakich wtedy narobiono trzeba spłacać do dziś.

Waldemar Fornalik i Ruch to zawsze wydawał nam się duet idealny. Wychowanek, mistrz Polski, a z czasem trener, który prze do sukcesów wbrew zdrowemu rozsądkowi. Obawiamy się jednak, że Fornalik też w końcu powie dość. Ile razy można bowiem budować fundament. On też w końcu chciałby zamieszkać.