Pamiętne podróże obcokrajowców na mecze do Polski

ŻUŻEL. - Zawsze były z nimi problemy. Spóźniali się, przyjeżdżali bez sprzętu. Trzeba było załatwiać im na miejscu hotele. Jedli tylko fastfoody, bo innej kuchni przecież nie uznają - tak, z ironią w głosie, mówi o obcokrajowcach startujących w Polsce jeden z działaczy żużlowych.
Przypadek Leigh Adamsa, który do Wrocławia przyjedzie niemal na ostatnią chwilę, nie jest wcale odosobniony. W przeszłości wielokrotnie zagraniczne gwiazdy pokonywały kilkaset kilometrów, by tylko nie spóźnić się na mecz. Byli też tacy, którzy oszukiwali swoich pracodawców i nie mieli zamiaru stawić się o umówionej godzinie. Jeszcze inni mylili drogę albo przepłacali taksówkarza, byle tylko zdążyć na czas. - Albo było tak, jak z tą historią, gdy czekałem na Chrisa Louisa w Poznaniu - mówi prezes ZKŻ-u Robert Dowhan. - Na niego się doczekałem. Ale LOT zapomniał wypakować bagaże i silniki Louisa poleciały do Pragi.

Poniżej przedstawiamy te najbardziej pamiętne historie.

Historia pierwsza.

Sezon 1991. Duńczyk Brian Andersen, wówczas żużlowiec Poloneza Poznań, zamiast do Krosna na Podkarpaciu, gdzie swoje mecze rozgrywał tamtejszy KKŻ, pojechał do... Krosna Odrzańskiego. To co prawda pod Zieloną Górą, ale w samym Krośnie Odrzańskim nigdy żużla nie uprawiano.

Historia druga.

Sezon 1993. Prezes Stali Gorzów Jerzy Synowiec za wszelką cenę chciał, by Czech Bohumil Brhel zdążył na mecz do Bydgoszczy. Jednak jego samolot z Anglii lądował w Berlinie z trzygodzinnym opóźnieniem. W tej sytuacji Brhel wsiadł w Niemczech do... peugeota, którego wypożyczył mu prezes Stali. Czech pokonał odległość blisko 430 kilometrów z Berlina do Bydgoszczy w średnim tempie około 150 km/h. Na zawody dotarł spóźniony ponad godzinę. Zdążył jednak wystartować. Ale w pięciu biegach wywalczył tylko 8 punktów. Prezes nie był zadowolony.

Historia trzecia.

Sezon 1999. Szwed Niklas Klingberg przed jednym z meczów GKM-u Grudziądz powiadomił swoich polskich pracodawców, że na pokładzie rejsowego samolotu po prostu zabrakło miejsc, więc nie może przylecieć. Tymczasem takie miejsce znalazło się dla żużlowca Wybrzeża Gdańsk Tony'ego Rickardssona, też wybierającego się na spotkanie polskiej ligi. Idąc tym tropem, działacze GKM-u postanowili sprawdzić, czy miejsca były czy nie?! Bo skoro poleciał Rickardsson, to mógł też Klingberg. I okazało się, że były.

Historia czwarta.

Sezon 2001. Nicky Pedersen, Duńczyk w barwach Wybrzeża Gdańsk, nie zdążył na mecz z TŻ Opole. Do Gdańska jechał... taksówką. Jego samolot, zamiast lądować o godz. 12 na lotnisku w Rębiechowie, z powodu mgły został skierowany do Warszawy. Pedersen na Okęciu wsiadł do taksówki i wyruszył do Gdańska. Na mecz spóźnił się pół godziny, a za kurs zapłacił 750 złotych.

Historia piąta.

Sezon 2003. Amerykanin Billy Hamill bardzo chciał zdążyć na mecz swojego ZKŻ-u Zielona Góra w Bydgoszczy. - Wynajęliśmy nawet awionetkę, którą Billy przyleciał z Warszawy do Bydgoszczy - wspomina prezes ZKŻ-u Robert Dowhan. - Trzeba było widzieć nasze miny, gdy sędzia nie dopuścił Hamilla do startów w meczu. Po prostu uznał, że Hamill spóźnił się... dwie minuty. A wyglądało to tak, że Billy wybiegł na prezentację w cywilnym ubraniu, miał na sobie tylko plastron. Dla sędziego był to jednak wystarczający powód, by nie dopuścić go do meczu.