Mówi trener Lecha Czesław Michniewicz

O zmianach w składzie

Dokonałem ich, bo w Zabrzu graliśmy w błocie, a boczni i środkowi pomocnicy zawsze najwięcej biegają na boisku. Przeciwko Górnikowi Łukasz Madej i Piotrek Świerczewski grali cały mecz. Dlatego teraz nie zagrali od początku. Innego powodu nie ma.

Ponadto musiałem wykorzystać to, że miałem do dyspozycji czterech świeżych zawodników: Michała Golińskiego, Pawła Kaczorowskiego, Maćka Scherfchena i Damiana Nawrocika, który w Zabrzu grał pół godziny. Nie mogłem wystawić tego samego składu, bo przewaga Wisły, która nie grała meczu w środę, z każdą minutą by się uwidaczniała. Kiedy przygotowuje się zespół do meczu w cyklu tygodniowym, to w środę się ciężko nie trenuje. My wtedy graliśmy ciężki mecz, do tego doszła podróż. Było widać, że ci, którzy odpoczywali w środę, wyróżniali się pod względem motorycznym.

Poza tym, w Płocku chcieliśmy wygrać, stąd ofensywne ustawienie z dwoma napastnikami i Golińskim w środku. W takim meczu jak dzisiaj nie mogliśmy grać dwójką defensywnych pomocników. Chcieliśmy tworzyć grę, a nie bronić się i grać na kontrę. Musieliśmy grać kreatywnie, a to Michał ciągnął całą naszą grę do przodu.



O Nawrociku

Nie ma go i długo nie będzie. To mnie najbardziej martwi. Grzesiek Mielcarski? Jeszcze nie jest przygotowany, ale trenuje, dzisiaj [w sobotę - przyp. red.] też trenował dwa razy z naszym fizjologiem. Umówiliśmy się, że póki nie będzie gotowy, to nie będzie się szarpał. Potrzebuje minimum trzech tygodni. Paweł Buzała nie poradzi sobie jeszcze w lidze. Zostaje mi dwójka Piotr Reiss - Zbigniew Zakrzewski i Goliński - trzeci. Jest jeszcze możliwość ustawienia w ataku Łukasza Madeja, który w reprezentacjach młodzieżowych u trenera Globisza strzelał dużo bramek.

Piotrkowi gra się źle, bo kryje go zazwyczaj dwóch obrońców, ale przez to, że jemu jest gorzej, lżej ma reszta drużyny. On biega i stwarza miejsce do gry dla innych.



O stałych fragmentach gry

Cały czas szukaliśmy stałych fragmentów gry. Zaryzykowaliśmy, bo nie było czego bronić. Czy cztery, czy pięć, to już nie miało znaczenia. I niewiele brakowało.

A stałe fragmenty trenujemy regularnie i widać efekty. To faktycznie nasza skuteczna broń.



O remisach

Kiedy było 0:0, to jedno zero cieszyło, a drugie nie. Teraz jest tak samo - cieszy mnie tylko jedna czwórka. Tym bardziej żal, bo mówi się, że jak drużyna strzeli na wyjeździe trzy gole, to powinna wygrać, a co dopiero cztery. Zbyt łatwo sprezentowaliśmy bramki rywalowi. Zagraliśmy trochę jak ułani i rzuciliśmy się na nich beztrosko, z szabelką.

W drugiej połowie rywale nam uciekali, ale Jeleń, Geworgian i Peszko, to są jedni z najszybszych graczy w lidze. Uważam, że żaden obrońca nie jest w stanie ich dogonić, jeśli dostaną dobre podanie. Taki gracz ma sporą przewagę, nawet jeśli źle przyjmie piłkę, to ma jeszcze czas, by to nadrobić. Dziś Geworian miał swój dzień, bo pamiętajmy, że jeszcze niedawno trafił z 5 m piłką w poprzeczkę. Spodziewałem się, że wejdą ci szybcy, stąd u nas wejście Madeja po godzinie gry.



O naszych błędach

Przy trzecim golu błąd popełnił Lasocki, który źle obliczył lot piłki. Gdyby się lepiej ustawił, pewnie wybiłby ją. A potem, przy strzale był jeszcze rykoszet - piłka odbiła się od Bartka Bosackiego, bo tak leciała prosto do rąk Piątka.

Inna sprawa, że Waldek na pewno nie zaliczy tego meczu do udanych. Miał swój udział przy dwóch pierwszych golach. Ale on już w 30. min krzyczał, że jest mu zimno i żeby przynieść mu dres. Miał gorączkę. W przerwie założył jeszcze jedną koszulkę. Gdy człowiek jest przeziębiony, to jest mniej sprawny. Normalnie, to Waldek złapałby piłkę po strzale Romuzgi w jedną rękę. Wiem, co mówię, bo sam byłem bramkarzem. Nie winię go.