Czy trener Piotr Mandrysz utrzyma Prokom Arka Gdynia w II lidze?

Piotr Mandrysz z Prokomu Arka Gdynia przeszedł już do historii polskiego futbolu jako trener, który dwa lata z rzędu spadał z prowadzonymi przez siebie zespołami z ekstraklasy. Wiosną będzie robił wszystko, aby nie poprawić własnego rekordu i nie spaść również z Arką. Tym razem aż do III ligi
Mandrysz pojawił się w Gdyni we wrześniu 2003 roku. Zastąpił Marka Kustę. Nie był faworytem na liście życzeń prezesa Arki Jacka Milewskiego, który chciał m.in. Bogusława Kaczmarka, Marka Kostrzewę czy Piotra Wojdygę. Z różnych powodów żaden z nich nie mógł jednak pomóc Arce.

Wybór Mandrysza był pewnym ryzykiem. Jest to trener, który w dwóch poprzednich sezonach spadał z prowadzonymi przez siebie drużynami z ekstraklasy. A w tym roku spadek do III ligi grozi Arce... Czy paradoksalnie Mandrysz wykorzysta ten fakt i przełamie opinię trenera-spadkowicza?

Dużo zarabiali, ale mało grali

Wiosną 2002 roku prowadzony przez Mandrysza RKS Radomsko grał w barażach o utrzymanie w ekstraklasie. Rywalem była Garbarnia Szczakowianka Jaworzno. Już sam fakt, że Radomsko grało w barażach było sporym zaskoczeniem, bo drużyna była naszpikowana gwiazdami, choć już nieco przygasłymi (m.in. Olgierd Moskalewicz, Dawid Banaczek, Sławomir Wojciechowski, Adam Matysek czy Marcin Bojarski). Na tym się jednak nie skończyło. Radomsko przegrało w Jaworznie 0:2, u siebie wygrało tylko 1:0 i spadło do II ligi. A to był już szok.

- Owszem, ale tylko dla mniej wtajemniczonych. Bo dla ludzi, którzy zjedli zęby na piłce, to nie było zaskoczenie - mówi "Gazecie" Mandrysz. - To nie był bowiem zespół gwiazd, a jedynie zbiór piłkarzy o znanych nazwiskach, którzy mieli wysokie zarobki, nieadekwatne do swojej gry. Przez pewien czas nie było to przeszkodą, ale w pewnym momencie coś pękło i skończyło się spadkiem. Ale kibice z Radomska nie mają do mnie pretensji, pamiętają głównie dobre rzeczy, jakie zrobiłem dla klubu.

Co ciekawe, w barażowej rywalizacji Szczakowianki z Radomskiem oba zespoły prowadzili grający trenerzy. W Jaworznie Andrzej Sermak był nie tylko szkoleniowcem, ale jednocześnie najlepszym strzelcem zespołu. Z kolei Mandrysz nie występował już w tym sezonie na murawie, ale był tak zdesperowany sytuacją, że postanowił wspomóc swój zespół w spotkaniu ostatniej szansy. Widząc nieporadność swoich podopiecznych w rewanżowym meczu barażowym, postanowił wejść po przerwie na boisko. Szkoleniowiec Radomska został zgłoszony do rozgrywek, ale wcześniej zagrał tylko raz, w Pucharze Ligi. Po wejściu Mandrysz był jednak najlepszy na boisku. 39-letni szkoleniowiec kilka razy dobrze podał, ale ani Radosław Kowalczyk, ani Marcin Folc nie potrafili tego wykorzystać.

- Nie spodziewałem się, że będę musiał wejść. Nie planowałem tego. Kontuzji doznał jednak Wojciechowski i chciałem pomóc drużynie - mówi Mandrysz. - Co z tego, że grałem dobrze czy nawet byłem najlepszy? Zespół i tak spadł z ligi i to było najważniejsze.

Radomsko spadło do II ligi, bo najwyraźniej rzucało się w oczy, że armia zaciężna nie ma zamiaru dawać głowy za drużynę. Poirytowany całą sytuacją szef klubu Tadeusz Dąbrowski już chwilę po meczu zapowiedział, że wyrzuci wszystkich piłkarzy wraz z trenerem.

- Ja wcale nie zostałem zwolniony. Miałem odpowiedni zapis w kontrakcie, że kiedy spadniemy z ligi, to wygasa ważność mojej umowy. Rozstaliśmy się w cywilizowany sposób - wspomina Mandrysz.

Remis w Jaworznie i pozamiatane

Dokładnie rok później Mandrysz znowu przeżywał gorące chwile, tym razem w Ruchu Chorzów. Już kilka kolejek przed końcem rozgrywek "Niebiescy" byli jedną nogą w II lidze i nie tylko sami musieli wygrywać, ale liczyć także na korzystne wyniki innych spotkań. Co gorsza, w zespole panowała fatalna atmosfera, piłkarze szukali winnych wokół siebie. Choćby po meczu w Lubinie, kiedy mieli olbrzymie pretensje do sędziego Tomasza Mikulskiego z Lublina.

- Nie będę, k... z nikim rozmawiał - krzyczał piłkarz Mariusz Śrutwa. - Niech pan pisze, co chce. To jest, k... skandal, co robił sędzia! W tej pier... lidze nigdy nie będzie dobrze, jak będzie takie sędziowanie. Widział pan, co on, k... robił? Dlaczego przerwał mecz w 92. minucie, skoro doliczył trzy? - spytał i uciekł do szatni, w której później chorzowianie zniszczyli tablicę do rysowania taktyki.

Gdy do Mandrysza podeszli przedstawiciele telewizji, ten odmówił komentarza, argumentując, że nie chce zapłacić kary. Podczas konferencji prasowej nie chciał się wypowiedzieć, dopóki nie pozna oceny sędziego. Na sugestię, że ocena zostanie podana później, stwierdził: "Później to będzie pozamiatane".

- Dokładnie pamiętam to spotkanie, ja mam w pamięci każdy mecz - opowiada Mandrysz. - Sędzia pokazał nam trzy czerwone kartki i był to ten sam arbiter, który rok wcześniej prowadził pierwszy mecz barażowy mojego Radomska z Jaworznem, który przegraliśmy 0:2. Niczego nie sugeruję, stwierdzam tylko fakty.

Mandrysz był coraz bliżej kolejnego spadku z ekstraklasy, ale walczył do końca. - Zagłębia nie przeskoczymy, ale zrobimy wszystko, aby zagrać w barażach kosztem Szczakowianki - powtarzał.

W końcu stało się. Ruch spadł do II ligi, choć Mandrysz miał w składzie Śrutwę, Damiana Gorawskiego czy Krzysztofa Bizackiego. O spadku chorzowian przesądził remis Szczakowianki z Górnikiem Zabrze. - Nie oglądałem tego meczu. Siedziałem sobie w ogródku, a mój syn Robert biegał w tę i z powrotem i relacjonował, co zobaczył w telewizorze. Nie zdążył powiedzieć, że bramkę strzelił Górnik, a już był remis. Jeszcze raz się sprawdziło, że trzeba liczyć tylko na siebie - mówił wtedy Mandrysz, który przeszedł do historii polskiego futbolu jako trener, który dwa lata z rzędu spadał z prowadzonymi przez siebie zespołami do II ligi.

Jakie to uczucie? - Trudno powiedzieć, ale nie było to poczucie winy. Bardziej żalu, bo zrobiłem wszystko, aby zespół grał najlepiej - uważa Mandrysz. - Utrzymanie Ruchu było jednak niewykonalne, bo klub był totalnie rozbity organizacyjnie. Piłkarze nie dostawali pieniędzy, w całym sezonie straciłem przez to siedmiu pomocników. Żaden trener by tego nie uratował.

Pieniądze to... wszystko

Po spadku z Ruchem Mandrysz powiedział: - Z ligi nie spadają kluby mocne organizacyjnie, a ja pracuję tam, gdzie mnie chcą.

Dlaczego więc podjął się zadania, które teraz sam nazywa niewykonalnym?

- Bo początkowo nie wyglądało to tak tragicznie - tłumaczy. - Sygnałem ostrzegawczym, na który jednak nie zareagowałem, było odejście Jana Wosia tuż przed Wigilią. To był znak, że jest źle. Z jakiegoś powodu traciliśmy dobrego piłkarza, a ja nie zareagowałem. I właśnie o to mam do siebie największe pretensje. Ruch przestał funkcjonować jako klub piłkarski i tak jest do dzisiaj.

Po sezonie 2002/2003 Mandrysz domagał się od śląskiego klubu wypłaty zaległych pensji. Wydział dyscypliny PZPN odrzucił jego wniosek, motywując to faktem, że Ruch był już karany za podobne przewinienia. Mandrysz wygrał jednak sprawę sądową. - Pracowałem w Chorzowie dziewięć miesięcy i właściwie cały czas żyłem z oszczędności. Dostałem pensję tylko za trzy miesiące. Nie powiem, o jaką kwotę chodzi, bo to tajemnica - mówił Mandrysz. Nieoficjalnie mówi się, że to ok. 40 tys. zł.

Zachowaniem Mandrysza był oburzony prezes Ruchu Krystian Rogala. - To przykre, że trener, który nic z tym klubem nie osiągnął, nie poczuwa się do żadnej odpowiedzialności za spadek i jeszcze straszy nas komornikiem. Więcej, chce nam zabrać piłkarza, który ma z Ruchem ważny kontrakt [w przerwie zimowej Arka była zainteresowana Marcinem Malinowskim - red.].

- Dobrze, że trafiłem do Arki. To przeciwieństwo Ruchu - mówi Mandrysz. - Jestem tu od pięciu miesięcy i jeszcze nie było kłopotów z płatnościami. Piłkarze dostają pieniądze na czas, a to jest najważniejsze. Nie tylko dla piłkarza, ale dla każdego człowieka, który w pracy daje z siebie wszystko.

Stres i emocje, czyli moja praca

Teraz Mandrysza czeka w Gdyni kolejna ciężka wiosna. Pełna stresu. Już trzecia z rzędu.

- Dopóki będę zdrowy, nie mam zamiaru narzekać - mówi trener Arki. - Każdy trener przeżywa stres, bez względu na to, o co walczy. Jeden się stresuje, bo musi być mistrzem, drugiemu jako cel wyznaczono środek tabeli, a jeszcze inny będzie się martwił o utrzymanie. Stres jest tam, gdzie są emocje. A ja podchodzę do swojej pracy emocjonalnie.

Paradoksalnie, trudna wiosna może być Mandryszowi na rękę. Trener Arki ma bowiem doskonałą okazję, aby obalić mit szkoleniowca-spadkowicza. Ma szansę pokazać, że pracując w dobrych warunkach potrafi sobie poradzić nawet w tak trudnej sytuacji, w jakiej znalazła się drużyna z Gdyni.

- Podejmując pracę w nowym klubie trzeba się liczyć z tym, że kiedyś może on spaść z ligi. Niewielu trenerów nie wie, co to spadek lub chociaż widmo spadku - tłumaczy szkoleniowiec Arki.

- Ale nie sztuką jest uciec z tonącego okrętu. Podać się do dymisji cztery kolejki przed końcem rozgrywek, kiedy drużyny nie da się już uratować. Wielu trenerów tak robi i mówi potem, że to nie oni spadli z ligi. Ja Arki nie zostawię do końca! - obiecuje Mandrysz.