Rozmowa z Grzegorzem Krzoskiem

Wszystkie tegoroczne treningi i starty podporządkowuję jednemu - kwalifikacji olimpijskiej - podkreśla mistrz Polski w biegu na 800 m Grzegorz Krzosek z ZTE Radom
Grzegorz Stępień: Przed dwoma dniami zdobył Pan już szósty w sumie, a trzeci w hali złoty medal mistrzostw Polski. Nie zaczynają Pana koledzy nazywać kolekcjonerem tytułów?

Grzegorz Krzosek: Tego nie wiem, ale mam ogromną satysfakcję z faktu, że ludzie się zmieniają, a Krzosek ciągle pierwszy mija linię mety. Ciągle mam z tego ogromną satysfakcję.

Ma Pan jakąś hierarchię swoich złotych medali?

- Na pewno największą radość sprawił mi pierwszy, zdobyty w 1997 r. Po pierwsze dał tytuł mistrza Polski, po drugie - przepustkę do reprezentacji Polski i krajowej czołówki, no i wreszcie dzięki niemu wystartowałem w mistrzostwach Europy. Stąd wielki sentyment właśnie do tamtego krążka. Ale generalnie cieszę się z każdego, niekoniecznie złotego medalu. Zawsze, kiedy stoję na pudle, myślę sobie, że to mój sukces. Że warto było ciężko pracować dla takiej chwili.

Który ze złotych medali było najtrudniej zdobyć?

- Żaden nie przyszedł mi ot, tak sobie. Ale najbardziej musiałem napracować się na mistrzostwach Polski w Krakowie w 2000 r. Razem z Pawłem Czapiewskim podyktowaliśmy wysokie tempo i jak na bieg "na miejsca" osiągnąłem wówczas świetny czas - 1.46,33 min. Jak widać, trzeba się było wtedy nieźle napracować, żeby wygrać.

W krajowych mistrzostwach wygrywał Pan tak często, że najgroźniejsi rywale chyba boją się bezpośredniej rywalizacji z Panem. Kiedyś 800 m na 1500 m zamienił Czapiewski, a teraz identycznie zrobił Mirosław Formela.

- Może coś w tym jest. Mirek Formela sam chyba nie bardzo wie, na jaki dystans się zdecydować. Raz biega 800 m, a za chwilę "półtoraka". Przed mistrzostwami Polski w Spale nieraz mówił, że wystartuje na 800 m. Tymczasem wybrał dłuższy dystans. Może wiedział, że nie będzie mu ze mną lekko. Tak się składa, że Mirek rzadko ogrywa mnie na finiszu. Pobiegł na 1500 m i obaj mogliśmy cieszyć się z tytułów mistrzowskich.

Nie udało się Panu w Spale osiągnąć minimum na halowe mistrzostwa świata, ale nie wyglądał Pan na specjalnie zmartwionego.

- Przede wszystkim nie było założenia, aby o takowe minimum walczyć. Do Spały jechałem niejako sprawdzić, czy mój cykl przygotowań do sezonu letniego przebiega prawidłowo. Jak widać, wszystko idzie w dobrym kierunku.

Rozumiem, że wszystko podporządkowuje Pan olimpiadzie w Atenach?

- Inaczej być nie może. To najważniejsza impreza dla każdego sportowca. Już sama obecność na igrzyskach jest ogromnym zaszczytem. A finał olimpijski to największe marzenie.

Najpierw trzeba jednak zdobyć minimum, uprawniające do udziału w olimpiadzie.

- I dlatego mam nieco inny kalendarz treningów i startów niż w poprzednich sezonach. Najbliższe trzy tygodnie spędzę w Radomiu. Potem wyjadę na obóz kadry do Międzyzdrojów lub Gdańska. W kwietniu czeka mnie kolejne zgrupowanie reprezentacji, ale nie wiadomo jeszcze gdzie. Starty rozpoczynam już na początku maja, aby pod koniec tego miesiąca spróbować sił na poważniejszych imprezach. Wtedy rozpocznę na całego walkę o minimum.