To był rok Jabłuszka

Na upartego można uznać, że futbolistów Wisły prowadziło w tym roku aż trzech trenerów. Pierwszym był Mieczysław Broniszewski, drugim Dariusz Janowski, a trzecim Mirosław Jabłoński. Który z nich wypadł najlepiej? Zdecydowanie ten ostatni.
Niewątpliwie był to jeden z najciekawszych okresów w dziejach nafciarzy. Pełen dramatycznych decyzji, mniej lub bardziej udanych ruchów personalnych, historycznego finału Pucharu Polski i występu w Pucharze UEFA. Oj, działo się, i to dużo. I choć początkowo przyszłość nafciarzy nie wyglądała zbyt różowo, później z miesiąca na miesiąc coś zaczęło się zmieniać. O dziwo, na lepsze.

Broniszewski musiał odejść

Właściwie odkąd tylko pojawił się w Płocku, miał swoich przeciwników i zwolenników. Pierwsi właściwie do końca pozostali mu wierni, nie dając się przekonać do stylu pracy, o osiąganych wynikach drużyny nie wspominając. Choć na plus na pewno trzeba mu zaliczyć awans do ekstraklasy z 2002 r (kontynuował pracę Andrzeja Wiśniewskiego i Wiesława Wojny). A później to on prowadził zespół, który pomimo nie najlepszych występów w lidze był skuteczny w Pucharze Polski. To z kolei na każdym kroku podkreślali zwolennicy, ale ich szeregi zaczęły szybko topnieć.

Jednak wiosna 2003 r. działała zdecydowanie na niekorzyść popularnego "Bronka". W sześciu meczach zdobyć ledwie jeden punkt? W przypadku drużyny, która miała walczyć o pierwszą ósemkę, to już był skandal. A mimo to prezes Krzysztof Dmoszyński zdawał się być nieugięty. Na wszelkie słowa krytyki reagował nerwowo i na każdym kroku podkreślał, że ma do trenera duże zaufanie. Z jednej strony dobrze to świadczy o nim jako o pracodawcy, który nie chce wykonywać pochopnych ruchów. Ale z drugiej nafciarzom zaczęło zaglądać w oczy widmo spadku z ekstraklasy. Tego w Płocku nikt by nie wytrzymał, o władzach Orlenu (jedynego właściciela Wisły Płock SSA) nie wspominając.

Porażka wyjazdowa ze Szczakowianką przepełniła czarę goryczy.

Zaczęła się era Jabłońskiego

Są trzy teorie. Jedna z nich mówi, że jak zespołowi nie idzie, to zmienia się trenera. Wtedy zawodnicy stają na głowie, by się pokazać nowemu szkoleniowcowi z jak najlepszej strony. I zespół zazwyczaj wygrywa. Druga, lansowana przez włodarzy PZPN i do tej pory władze choćby Wisły, silnie związane emocjonalnie z Broniszewskim, mówi, że zmiany nie dadzą nic. Co najwyżej psychicznie odblokują piłkarzy. Według trzeciej - trenerowi należy dać popracować dłużej nawet pomimo słabych wyników i wtedy dopiero można by go rozliczać za uzyskane efekty.

"Bronek" odszedł. Jego miejsce na stanowisku pierwszego trenera zajął oficjalnie Dariusz Janowski, choć tajemnicą poliszynela był fakt, że pierwszym po Bogu jest w Wiśle Mirosław Jabłoński, oficjalnie pełniący funkcję konsultanta. To dlatego że przepisy piłkarskiej centrali są, jakie są. Wielu trenerów i wiele klubów je łamie. "Jabłuszko" chciał do końca być fair wobec Amiki, poprzedniego pracodawcy, związku i nowego klubu.

A jak zaczął? W Radomsku nafciarze pokonali w pierwszym meczu półfinału PP RKS 1:0. A zaraz potem w lidze chorzowski Ruch 2:0, po bramkach Dariusza Rozmugi. Tak skuteczny w jednym meczu pomocnik Wisły był po raz pierwszy w życiu. Niestety płocczanie grali brzydko, a punkty niezbędne do utrzymanie zdobywali z trudem. Jabłońskiego czekało kilka miesięcy ciężkiej pracy.

Historyczny finał

Właściwie po wyeliminowaniu RKS-u Wisła już przeszła do historii. Choć do utrzymania w ekstraklasie była jeszcze daleka droga, to jednak nafciarze w połowie maja przeszli do historii. Wystąpili w finale PP. Pierwszy mecz w Krakowie zakończył się ich sensacyjnym zwycięstwem 1:0 po golu Ireneusza Jelenia. W rewanżu było już 0:3 dla krakowian i to oni sięgnęli po to trofeum. Niemniej jako przyszli mistrzowie Polski, którzy mieli grać o Ligę Mistrzów, ustąpili nafciarzom miejsca w Pucharze UEFA. Łezka do dziś się w oku kręci.

A potem jeszcze w przedostatnim ligowym meczu sezonu płocczanie pokonali na wyjeździe KSZO Ostrowiec i utrzymali się w ekstraklasie. Jabłoński już był wielki, choć jeszcze w lekkim cieniu "Bronka". Bo prawdziwie swoje i tylko swoje piętno na grę drużyny mógł wywrzeć dopiero latem i w następnym sezonie. Do rozgrywek miała przystąpić zupełnie inna Wisła, powiększona o Jakuba Wierzchowskiego, Maciej Terleckiego, Radosława Matusiaka, Dariusza Gęsiora i Andrzeja Kobylańskiego. I grająca w nowym, nowoczesnym i efektownym stylu.

Nowa jakość

Niemniej piłkarze długo się przestawiali na nową koncepcję. A Jabłoński cierpliwie czekał, bo wierzył, że w końcu zespół zaskoczy. Potrzebny był właśnie czas i spokój. I był spokojny. Porażka z Górnikiem w Łęcznej na inaugurację ligi i parę innych meczów, pożegnanie się z Pucharem Polski, łącznie z frajerskim odpadnięciem z europejskich pucharów po dwumeczu z łotewskim Ventspils, mogły każdego wyprowadzić z równowagi. "Jabłuszko" trwał. Dokonywał korekt w składzie i czekał. Zaczął wprowadzać do drużyny młodych zawodników ze Sławomirem Peszko na czele i czekał.

Opłaciło się. Nafciarze zaczęli grać chwilami ładnie dla oka, a co najważniejsze - skutecznie. A takie mecze jak z Amicą, Legią czy Groclinem można by oglądać na okrągło. A już na pewno należały one do jednych z najciekawszych w lidze. Nieważne było, czy bronił Wierzchowski, czy Paweł Kapsa. Nieważne było, czy w obronie grali tylko Marcin Wasilewski, Bartosz Jurkowski, Nikołaj Branfiłow i Marcin Janus. W pomocy szaleli Wahan Geworgian, Gęsior, Romuzga, Peszko, Kobylański, a w ataku Jeleń. Ci i zmiennicy, no może z wyjątkiem coraz słabszych Litwinów, potrafili spisywać się rewelacyjnie. Nie cały czas, bo to byłoby zbyt piękne, ale jednak wystarczająco długo, by Wisła rundę jesienną skończyła na szóstym miejscu w lidze. A to już nie jest przypadek. Jabłoński śmiało może chodzić po Płocku z podniesioną głową.

Teraz nie pozostaje już nic innego, jak tylko czekać na rundę rewanżową. Bo ciekawe, co teraz nam zmalują piłkarze ze swoim trenerem.