Andrzej Grajewski: Zostałem sam jak palec

Rozmowa z udziałowcem Widzewa
Czy wierzy Pan w to, że Widzew utrzyma się w ekstraklasie?

Andrzej Grajewski: Gdybym w to wątpił, nie planowalibyśmy transferów. A poza tym nie byłoby tych sumiennych i uczciwych przygotowań do nowego sezonu.

Na razie jednak transfery są, ale w drugą stronę. Z drużyny odeszło aż dziewięciu piłkarzy...

- Transfery na pewno będą, ale życie mnie nauczyło, żebym nie mówił o nich przed podpisaniem przez nowych graczy kontraktów z Widzewem. Później każdy transfer, który nie wyjdzie, jest wykorzystywany przeciwko nam, a właściwie mnie. Nie ma powrotu do czasów, kiedy zawodników kupowano na kredyt, a później oszukiwano. Pewnie, że przychodzili najlepsi, ale nic za nich nie płacono. Teraz bierzemy takich piłkarzy, którzy po pierwsze odpowiadają nam pod względem sportowym, a po drugie, potrafią się wpasować w nasz ciasny gorset finansowy.

Mówi Pan o transferach, tymczasem w PZPN twierdzą, że Widzew jest w gronie klubów, które nie będą mogły potwierdzić nowych piłkarzy.

- Na pewno będę o tym rozmawiał w związku. Uważam, że PZPN zależy, by polskie kluby były jak najsilniejsze. A poza tym Widzew nie kupuje zawodników, bo go na to nie stać. My bierzemy ich za darmo, albo wypożyczamy. A to nie powoduje zwiększenia kosztów. Wręcz przeciwnie, przeprowadziliśmy selekcję, pozbywając się zawodników drogich oraz takich, którzy rozgrywali dziwne mecze, jak ten z GKS Katowice (przegrany 1:2 - przyp. jar). Widzewskie sito cały czas przesiewa piłkarzy i jeszcze nie wszyscy mogą być pewni, że zostaną.

Ostatni na treningach było dziewięciu zawodników...

- Nie ma powodów do niepokoju, bo w styczniu wróci trzech Brazylijczyków, a czwarty, nie gorszy od tych, którzy u nas już się sprawdzili, jest już w drodze. Wrócił z Grecji Damian Seweryn, a dojdzie jeszcze czterech piłkarzy. Uważam, że wiosną będziemy mieć lepszy skład niż w rundzie jesiennej.

Ostatnio niemal codziennie słychać o kolejnych aferach w Widzewie. Teraz kibiców bulwersuje sprawa Michała Stasiaka, którego chce Pan wyrzucić.

- Gdyby Stasiak trochę pomyślał, to zadzwoniłby do mnie i umówił się na rozmowę. Wyjaśnilibyśmy sobie wszystkie nieporozumienia. Jeśli on nie mógł tego zrobić, to mógł poprosić swoich menedżerów, którzy na prawo i na lewo usiłują go sprzedać niczym zgniłe ulęgałki. Tymczasem jesienne występy Michała Stasiaka pozostawiają wiele do życzenia, a wymagania ma bardzo duże.

Stasiak zostanie w Widzewie?

- Nie i dla mnie ta sprawa jest zamknięta. Stasiak musi pamiętać, ile ma lat, co osiągnął w piłce nożnej i w jakim kraju żyje. Powinien sobie przypomnieć, ile już zarobił w Widzewie, ile pieniędzy dostał, kiedy przez rok był kontuzjowany i leczył się na koszt klubu. Jeśli dla niego to są frytki (Stasiak stwierdził, że w Widzewie tylko zarabia na frytki - przyp. red.), to niech przeniesie się na kartoflisko.

Chciałby Pan zrezygnować z Piotra Włodarczyka. Tymczasem on nie chce odchodzić z Widzewa do Wisły Płock. Zadeklarował nawet, że do końca sezonu gotów jest grać za samą pensję.

- Jeśli nie Wisła Płock, to są inne drużyny, które go chcą. Musi jednak pamiętać, że ma rodzinę, którą trzeba utrzymać. A w Widzewie nie zarobi na bezpieczną przyszłość. A jeśli chodzi o grę za darmo, to nie bardzo chce mi się w to wierzyć. Tym bardziej, że ostatnio zapałał miłością do Legii.

Włodarczyk temu jednak zaprzecza.

- Do mnie dzwonił Jerzy Engel i pytał o warunki transferu. Dowiedział się, że Włodarczyk kosztuje 400 tys. zł.

Gdy w Polsce mówi się o źle działającym klubie, za przykład podaje się Widzew.

- To dla mnie bardzo przykre. Prawdopodobnie ludzie, którzy nas wytykają palcami, nie znają sytuacji panującej w innych drużynach. Zawodnicy, którzy ostatnio u nas grali, nie mają powodów do narzekań. Za Widzewem ciągnie się jednak przeszłość. Od trzech lat wydajemy bardzo mało pieniędzy na drużynę, a mimo to utrzymujemy się w lidze. Naprawdę dużo przeznaczamy za to na spłatę długów wobec piłkarzy i innych klubów. W ostatnich latach wydałem na ten cel ponad 4 mln zł. Mimo to udawało nam się utrzymać, choć mieliśmy drużynę z przypadku. Jestem już jednak tym zmęczony. Chciałbym przyjechać do Łodzi w garniturze i białej koszuli, usiąść na trybunie i spokojnie oglądać mecz. To jednak niemożliwe, bo wszyscy czekają na moją torbę z pieniędzmi, która ugasi pożar. Ci, którzy mnie wyzywają, zapominają, że utrzymanie w lidze zawdzięczamy też profesjonalnym przygotowaniom, co kosztuje naprawdę bardzo dużo. Zimowy wyjazd drużyny do Turcji to nie są wczasy all inclusive za 800 euro od osoby. Piłkarze są zawodowcami, którzy tam ciężko pracują, więc warunki muszą mieć inne niż normalny turysta. To więc normalne, że trzeba za to zapłacić znacznie więcej.

Mówi Pan o drużynie z przypadku. Czyja to wina, że piłkarze w Widzewie zmieniają się co pół roku...

- Prawa Bosmana. Takich klubów jak Widzew, nie stać teraz na podpisywanie kontraktów dwu, trzy letnich. Dzięki temu zawodnicy co rok kasują pieniądze z innych drużyn. W Polsce są tuzy, jak Wisła Kraków czy Groclin, które mogą pozwolić sobie na zatrzymanie zawodników na dłużej. Ale jestem pewien, że i w tych klubach trzeba będzie nacisnąć na hamulec, żeby nie doprowadzić do tragedii.

Dlaczego tego hamulca nie naciśnięto w odpowiednim czasie w Widzewie?

- Między innymi dlatego, że nie słuchano Grajewskiego. Władze Łodzi obiecywały pomoc, a Andrzej Pawelec (drugi z dużych udziałowców Widzewa - przyp. jar.) był człowiekiem rozrzutnym. Chciał pokazać wyższość poprzez zbudowanie dobrej drużyny. Cieszyłem się, gdy wygrywaliśmy, ale nie od dwóch, ale od dziesięciu lat mówiłem, że to nie jest nasza droga. Wtedy się ze mnie naśmiewano, a teraz gdy zaczynam ten temat, ci ludzie spuszczają głowy. Wszystko spadło teraz na mnie, i dlatego jestem jedną z najmniej popularnych ludzi w Łodzi, choć robię wszystko, żeby ten Widzew uratować. A proszę sobie wyobrazić, co będzie, jeśli któregoś dnia powiem, że bardzo dziękuję i bawcie się teraz sami. Wracając do Widzewa w lipcu zastałem długi, oszukanych zawodników. Teraz nikt nie pamięta, że do tego doprowadził pan Czesny (prezes zarządu SPN Widzew SSA), ITI, trenerzy Wdowczyk i Woźniak. To oni przywieźli ten złom z Ameryki Południowej. Każdy czeka, że to Grajewski kolejny raz za to zapłaci. A ja odpowiadam, że to nie jest mój obowiązek.

Ale w lipcu zgodził Pan się wziąć odpowiedzialność za losy klubu.

- 13 osób z zarządu Robotniczego Towarzystwa Sportowego poprosiło mnie, żebym jeszcze raz pomógł. Odpowiedziałem, że jeśli oni mi nie pomogą, to sam nie dam sobie rady. Proszę zobaczyć, co zostało dzisiaj: znów zostałem sam jak palec.

Wrócę jeszcze do czasów sprzed sześciu lat. Co się stało z pieniędzmi, które klub zarobił za start w Lidze Mistrzów?

- Trafiły do zawodników, takich jak Łapiński, Michalski, Szymkowiak, Citko, Szczęsny. Drugą połowę (2 mln zł) trzeba było zapłacić za transfer Michalskiego z Legii. Poza tym proszę sobie przypomnieć, że zawsze na mecz Widzewa leciały dwa samoloty, jeden z drużyną, a drugi z politykami i przyjaciółmi klubu. A to kosztowało, i to wiele. Nie było mnie przy ustalaniu premii, bo w życiu bym się nie zgodził, żeby zawodnicy dostali 50 proc. dochodów z Ligi Mistrzów. I to netto. A podatki i składkę ZUS nie zapłaciliśmy do dzisiaj. Później przyszła do drużyny następna generacja Kaczmarczyków, Stolarczyków. Olszewskich i innych. Oni mieli kontrakty rzędu 400 do 600 tys. zł na rok. Przy podpisywaniu umów wiedzieli, że nigdy tych pieniędzy nie zobaczą. Ale godzili się na to. Teraz ich adwokaci płaczą w PZPN, że ich klienci nie mają co jeść. Przypomnę teraz coś, co powiedziałem chyba dwa dni przed meczem z Borussią w Dortmundzie (debiut Widzewa z Lidze Mistrzów - przyp. jar), mam na to świadków: Liga Mistrzów to jest koniec Widzewa.

Dlaczego?

- Bo widziałem tę głupotę, która się wokół nas działa. Te wielkie wyprawy na mecze, wynajmowanie samolotów, luksusowe hotele dla VIP-ów. Za wiele z tych rzeczy nie zapłaciliśmy do dziś. Pieniądze z UEFA rozpływały się niczym woda. Zamiast zarobić, w klubie rozpoczęła się agonia. Później chciano powtórzyć sukces nie licząc się z kosztami. Tymczasem po decyzji UEFA o rozszerzeniu rozgrywek o wicemistrzów najsilniejszych krajów, szanse Polski zmniejszyły się do zera. Wtedy to usłyszałem, że na niczym się nie znam. Po czterech latach Widzewowi zostały długi, a mnie wątpliwa satysfakcja, że miałem rację. Nasz klub jest więc przykładem niegospodarności i głupoty. Dobre jest w tym wszystkim to, że został w tym klubie taki debil jak Grajewski, który chodzi z sierpem i młotem waląc we wszystko, co jest roztrwaniane i dewastowane. Jeśli dalej będziemy w ten sposób postępować, to być może uda się wyprowadzić Widzew na prostą. A wszystkie kolejne próby mówienia o mistrzostwie czy europejskich pucharach doprowadzą to następnych długów. Tyle że Grajewski za to już nie zapłaci.

Ile Pan zarobił na działalności w Widzewie? Kibice twierdzą, że to właśnie przez udziałowców klub ma długi.

- Niedawno ujawniłem, ile co roku nam brakuje, od kiedy ja kieruję Widzewem. To ok. miliona złotych rocznie. Dlatego pytanie, ile zarobiłem na Widzewie jest nie na miejscu. Ktoś, kto je zadaje, albo się nie zna, albo chce mi ubliżyć. Pieniądze w Lidze Mistrzów wzięli ci panowie, o których mówiłem wcześniej. Niektórzy w sezonie 1996/97 zarobili ponad milion złotych. Na to są dokumenty. Niewiele osób wie, że po ostatnim spotkaniu w Lidze Mistrzów, z Atletico w Madrycie, musiałem zapłacić za hotel, w którym mieszkała drużyna i łódzkie VIP-y. Zostałem wręcz ściągnięty z lotniska, gdy szykowałem się do odlotu do Stanów Zjednoczonych. Żaden z naszych wielkich sponsorów nie miał 10 tys. dolarów. I jak miałem zarobić na Widzewie, gdy podobne sytuacje zdarzały się ciągle.

Ile Pan włożył w klub?

- Nie mogę tego powiedzieć, bo miałbym na karku urząd finansowy. Powiem tylko, że były to ogromne pieniądze. Widzew mógłby żyć za nie przez kilka lat.

Skoro traci Pan na klub tyle pieniędzy, to nie rozumiem, dlaczego ciągle wraca Pan do Widzewa?

- Dzisiaj gdy patrzę na tę "pomoc", ze strony działaczy RTS, "wsparcie" ze strony niektórych dziennikarzy, to cały czas zadaję sobie to pytanie. Po drugie zastanawiam się, czy jest mi to potrzebne do szczęścia? Mam 52 lata i czuję się już zmęczony. Mam już dosyć epitetów ze strony kibiców. Dlatego proponowałem, żeby menedżerem sportowym został Mirek Stasiak (sponsor klubu z Opoczna - przyp. jar) i razem z nie najmłodszym przecież Tadeuszem Gapińskim prowadzili klub. Stasiak chce jednak zostać w swoim Opocznie, więc będzie inny kandydat, którego już sobie wypatrzyłem. Mam nadzieję, że w czerwcu coś się zmieni.

W kwietniu tego roku niespodziewanie zrezygnował Pan z kierowania klubem. Czy taka sytuacja może się powtórzyć?

- Wtedy złapałem działaczy na nieścisłościach finansowych. Jeśli ja przywożę pieniądze, a dochód z meczu jest rozdzielany za moimi plecami, to dla mnie nie było już miejsca w Widzewie.

Często zmienia Pan zdanie, bo odchodząc w kwietniu podkreślił Pan, że to decyzja nieodwołalna.

- Nawet przegrałem przez to zakład. Ale latem znów mnie poproszono, wręcz błagano na kolanach o pomoc. Zarząd RTS zobowiązał się, że weźmie na siebie pewne obowiązki. Okazało się, że znów nie przemyślałem swojej decyzji i kolejny raz jestem w Widzewie sam.

Za co miał odpowiadać RTS, a za co sportowa spółka akcyjna?

- RTS przyrzekł, że firma braci Gałkiewiczów (właściciele targowiska pod Łodzią - przyp. jar) będzie dawała pieniądze na pensje dla piłkarzy i na bieżące potrzeby klubu. Po trzeciej pensji wszystko się skończyło. Kiedy spotkałem się z Gałkiewiczami i upomniałem o pieniądze, to prawie mnie wyśmiali. Oświadczam jednak, że nie mam zamiaru wypłacać tych pensji.

Nie boi się Pan, że piłkarze mogą wystąpić do PZPN o rozwiązanie kontraktów.

- Zapewniam pana, że zawodnicy pojechali na święta z pieniędzmi. I to wszyscy, łącznie ze Stasiakiem, Włodarczykiem i tymi, z którymi się rozstaliśmy.

Czego potrzeba Widzewowi, żeby wyjść na finansową prostą? Czy to w ogóle możliwe?

- Możliwe. Potrzeba jednak konsekwencji w utrzymywaniu dyscypliny finansowej, rozwagi przy wydawaniu pieniędzy i przede wszystkim oszczędności.

Podobno zostanie Pan w Widzewie tylko do 2006 roku...

- Dlaczego akurat do tego roku?

Bo wtedy skończą się umowy, na mocy których przejmuje Pan pieniądze z Canal+.

- Cały czas słyszę wiele niepochlebnych opinii na mój temat. To dobrze, bo człowiek nie może mieć samych przyjaciół, ale także krytyków. Ale nie lubię chamstwa, polemiki i kłamstwa. Mówienie w tej chwili o 2006 roku jest głupotą. A wie pan dlaczego? Bo już w 2004 roku może nie być Widzewa. Co warte będą moje prawa do pieniędzy z Canal+ czy reklam, skoro za rok nie dostaniemy licencji? Ludzie, którzy kąsają mnie jak kundle, powinni wiedzieć, że my myślimy z meczu na mecz, z rundy na rundę i z roku na rok. W przeciwnym razie możemy zostać wymazani z polskiej piłki.

Podobno Widzewowi grozi odebranie licencji?

- My jesteśmy w tej dobrej sytuacji, że podobne kłopoty ma połowa klubów pierwszoligowych. Ja znam pięć, które stoją gorzej od Widzewa. Tyle, że my otwarcie mówimy o naszych długach czy codziennych problemach. Inni to ukrywają, a później bomba pęka i okazuje się, że Legia ma 25 mln zł długów, a Lech Poznań nie płaci piłkarzom od czterech miesięcy. Takie Polkowice też przyznały się, że mają duże kłopoty.

Zapłacił Pan już pracownikom Widzewa? Podobno PZPN nakazał przekazanie na ten cel pieniędzy z Canal+.

- To mnie nie dotyczy nawet w jednym procencie. W klubie wszyscy czekają, że dobry wujek z Hanoweru przywiezie pieniądze i zapłaci za 2001 rok, kiedy przez trzy miesiące mnie nie było w Widzewie, czy za 2002 rok, kiedy było podobnie. A jeśli chodzi o pieniądze z Canal+, to nikt nie będzie decydował, na co mam je wydawać. To są moje pieniądze, które wcześniej pożyczyłem, a cesję rat z telewizji podpisali szefowie spółki i RTS.

Mieszka Pan w Niemczech, prowadzi Pan klub w Polsce. Z czego Pan żyje?

- Moja praca polega na promowaniu firm i ludzi. Jeżeli ktoś ogląda mecze Bundesligi, to widzi reklamę Hasseröder. Za tym właśnie ja stoję. Podobnie jest z walkami bokserskimi. Kiedyś w podobny sposób wypromowałem Müller Milch. Wyjazdy Widzewa na turnieje halowe do Niemiec też służą jego promocji. Obojętnie, czy on tam wygra, czy przegra, ale oglądają go całe Niemcy. Żadna z polskich drużyn nie ma szans na podobne zaproszenie. Ja organizuję imprezy, więc mam ten przywilej, żeby zaprosić sobie swój zespół.

Widać Pana na walkach o mistrzostwo świata w boksie.

- Ja nie jestem promotorem, bo na boksie znam się tak, jak na wyprawach w Himalaje. Robiłem prawie wszystkie walki Dariusza Michalczewskiego, zajmowałem się też braćmi Kliczko. Mógłbym dużo powiedzieć o zawodowym boksie, zwłaszcza o ciężkich wagach. Gdy widzę, jak to wszystko się odbywa, nieraz zamykam oczy, żeby niczego nie widzieć.

Słyszałem, że zainwestował Pan kilka milionów euro w braci Kliczko.

- To nie jest prawda. Cały czas słyszę, że Grajewski inwestuje w to czy w tamto. A ja nie biorę pieniędzy w banku, tylko najpierw muszę je zarobić. Mam rodzinę, która musi żyć na pewnym poziomie. Poza tym mam też dość kosztowne hobby, jakim są szybkie samochody. Jeśli po tym coś mi zostanie, to dopiero mogę zainwestować. A inwestuję, jeśli mogę zarobić. Na organizacji walk Kliczków zawsze nieźle wychodzę. Jestem dumny, że mam z nimi dobry kontakt. Oni są ostatnią nadzieją białych, dlatego Amerykanie za nimi szaleją. Witalij Kliczko jest teraz numerem jeden w wadze ciężkiej, tym bardziej że Lennox Lewis przeraził się i chyba odda mistrzowski pas.

Dlaczego nie organizuje Pan walk w Polsce?

- Organizowałem jedną i zrobiłem to pierwszy i ostatni raz. Straciłem przez tą walkę wiele pieniędzy. Polaków nie stać na to, żeby płacić za bilety tyle, ile na Zachodzie. Dlatego walki wielkich bokserów nie mogą odbywać się w naszym kraju.

Podkreśla Pan, że na wszystkim musi zarobić. To jak wytłumaczyć działalność w Widzewie, skoro podkreśla Pan, że stale na tym traci?

- Jest to najbardziej deficytowe przedsięwzięcie Andrzeja Grajewskiego. Nie mogę powiedzieć, że to hobby, bo to w Niemczech jest karalne. Nie więzieniem, ale bardzo wysokimi podatkami. Chciałem podkreślić, że do Widzewa wprowadzam oficjalne pieniądze. Ja muszę naprawdę się nagłówkować, żeby te 60 czy 80 tys. euro, a tyle na przykład kosztują nasze przygotowania do sezonu, odpowiednio rozliczyć.

Ale ciągle nie odpowiedział Pan na pytanie, dlaczego utrzymuje Pan Widzew.

- Teraz dlatego, że po raz wtóry dałem się nabrać ludziom, którzy w lipcu obiecali mi gwiazdkę z nieba. Uwierzyłem, że wreszcie możemy coś wspólnie zrobić. I znów skończyło się tym, że wszystko, co złe na Widzewie, to ja, Andrzej Grajewski.