Sport.pl

Rozmowa z Waldemarem Tęsiorowskim, piłkarzem Śląska Wrocław

PIŁKA NOŻNA. - Piłkę kochałem i kocham do tej pory. Był taki moment w moim życiu, że futbol stawiałem wyżej niż rodzinę. Fenomen ten, jeżeli aż tak to można nazwać, polega chyba na tym, że mogłem robić to, co uwielbiałem - opowiada Waldemar Tęsiorowski, piłkarz Śląska Wrocław.
Mariusz Wiśniewski: Przypuszczał Pan, że przyjdzie jeszcze grać Panu w trzecioligowym Śląsku?

Waldemar Tęsiorowski: Powiem szczerze, że nigdy. Grając wcześniej w juniorach Śląska, w Metalu Kluczbork czy w Moto-Jelczu Oława, z którym wywalczyłem awans do drugiej ligi, myślałem, że będę się piął w górę i przyjdę do klubu, w którym się wychowałem, i będę występował w pierwszej lidze. W najgorszych myślach nie sądziłem, że kiedykolwiek przyjdzie mi grać w Śląsku trzecioligowym. To niewyobrażalne.

Gdzie, Pana zdaniem, popełniono błąd, który spowodował, że Śląsk znalazł się tam, gdzie się znalazł?

- Błędy popełniono dwa. Pierwszy wtedy, gdy Śląsk grał w drugiej lidze, i wówczas sprowadzono wielu piłkarzy z zewnątrz. To było za trenera Łazarka. Przyszło chyba z ośmiu piłkarzy, a aż tylu nie potrzebowaliśmy. Wystarczyłoby dwóch, maksymalnie trzech graczy na konkretne pozycje i zespół walczyłby o awans do pierwszej ligi. Zrobiono jednak inaczej i to był poważny błąd. Ściągnięcie tylu zawodników wiąże się z kosztami. To są kontrakty, mieszkania i wiele innych spraw, które biją po kieszeni klub. A Śląsk nigdy nie był potentatem finansowym i nie mógł się równać na przykład z Legią. Nawet kiedy graliśmy jeszcze w pierwszej lidze. To pierwszy błąd. Drugi popełniono już w pierwszej lidze. Był moment, że wydano bardzo dużo pieniędzy. Uważano, że ekstraklasa przyciągnie sponsorów, zawodników nie wiadomo jakiej klasy, że klub będzie się rozwijał w szybkim tempie. Okazało się, że ściągnięcie piłkarzy spoza regionu, ściągnięcie trenera Wójcika było niewypałem. Po pierwsze, klub wpadł w taki dołek, że do dzisiaj się to odbija. Po drugie, wielu zawodników, którzy powinni do dzisiaj grać w Śląsku, pobyło tutaj rok, góra półtora i odchodzili, aby gdzie indziej móc zarobić. A klub cały czas szedł w dół. I znalazł się w końcu w trzeciej lidze.

Czy po powrocie latem do Śląska sądził Pan, że odegra aż tak istotną rolę w zespole jako zawodnik?

- Powiem szczerze, że nie. Przychodziłem tutaj jako drugi trener i myślałem o pracy szkoleniowej. Przy fuzji z Polarem, która miała nastąpić w lipcu i doprowadzić do stworzenia klubu drugoligowego, nawet nie myślałem o grze. Przed przyjściem do Śląska grałem w czwartoligowym zespole i grało mi się bardzo dobrze. Teraz chciałem jednak skupić się tylko na trenerce. Kiedy nie doszło do fuzji, rozmawialiśmy z trenerem Grzegorzem Kowalskim i powiedziałem, że chyba będę musiał jeszcze pograć, bo w trzeciej lidze powinienem dać sobie radę. Po porażce z Promieniem w pucharze jechaliśmy na pierwszy ligowy mecz do Kietrza z bardzo dużymi obawami. Wiadomo było, że Włókniarz to zespół piłkarsko dobrze ułożony i baliśmy się o skompletowanie własnego składu. Baliśmy się tylko postawić na zawodników, którzy spadli z klubem z drugiej ligi. W meczu z Promieniem okazało się, że zespół nie potrafi się dźwignąć i podjąć walki. Doszliśmy do wniosku, że dobrze by było, gdybym zagrał w środku pomocy. Powiedziałem, że wyjdę, mimo że nie przygotowywałem się specjalnie i nie trenowałem normalnie z innymi zawodnikami. Był bardzo duży upał. Pograłem 45 minut i poprosiłem Grześka, aby mnie zmienił, niech wejdzie ktoś nowy, świeży. Tak się zaczęło i później już się ciągnęło przez całą rundę.

Jak trener Waldemar Tęsiorowski oceni rundę jesienną w wykonaniu piłkarza Waldemara Tęsiorowskiego?

- Ogólnie jestem z siebie zadowolony. Na 15 meczów nie zagrałem tylko w jednym. Miałem wtedy kontuzję. Mogę się więc ocenić pozytywnie. Może ktoś powie, że się chwalę, ale mając 41 lat, na poziomie trzeciej ligi też trzeba prezentować porządny futbol. I w moim wieku trzeba mieć charyzmę. Mogłem przecież pomyśleć: "Po co mam się męczyć? Są młodsi i niech oni grają". Ale z drugiej strony, mam takie osobiste odczucie, że ci chłopcy, z którymi pracuję jako drugi trener, potrzebują i chcą, abym im pomógł nie tylko jako szkoleniowiec, ale także jako piłkarz na boisku.

Na czym polega fenomen, że mimo 41 lat prezentuje się Pan na boisku tak dobrze?

- Na pewno charyzma. No i ja naprawdę piłkę nożną uwielbiam. Ja piłkę kochałem i kocham do tej pory. Był taki moment w moim życiu, że piłkę stawiałem wyżej niż rodzinę. Teraz już się to zmieniło. Fenomen ten, jeżeli aż tak to można nazwać, polega chyba na tym, że mogłem robić to, co uwielbiałem.

W rundzie wiosennej też Pan zamierza odgrywać tak istotną rolę w zespole?

- Myślę, że jeszcze za wcześnie o tym mówić. Będę się musiał nad tym zastanowić. Zobaczymy, jak się wszystko potoczy. Czy dokonamy jakichś transferów, czy dojdą nowi zawodnicy? Są jeszcze trzy miesiące, mam więc czas na przemyślenie tego.

A jak Pan podsumuje rundę jesienną w wykonaniu całego zespołu?

- Byłoby błędem, gdybyśmy powiedzieli, że nie jesteśmy zadowoleni. Bo zrobienie 33 punktów nie jest takie łatwe. Patrząc na sytuację kadrową w zespole, bez dokonania jakichś konkretnych wielkich transferów, ta runda była dobra w naszym wykonaniu. Chociaż oczywiście mogła być lepsza. Nie mówię tutaj o meczach przegranych na wyjeździe. Chodzi mi o spotkania zremisowane na własnym boisku. Gdybyśmy te dwa pojerdynki wygrali, to mielibyśmy cztery oczka więcej, czyli tyle co Sosnowiec, który u siebie właśnie wygrał wszystkie spotkania. Przynajmniej gdybyśmy jeden z tych meczów wygrali, to wówczas byłbym w 100 procentach zadowolony.

Czy cztery punkty straty do lidera Zagłębie Sosnowiec to dużo czy mało?

- Nie jest to dużo. To jeden mecz i się łapie kontakt. Kiedy zostaliśmy liderem, liczyliśmy, że utrzymamy tę pozycję lub ewentualnie spadniemy na drugie miejsce, ale ta różnica punktowa będzie mniejsza. Punkt, może dwa. Okazało się, że cztery, ale to nie jest ogromna przewaga. Zwłaszcza że gramy pierwszy bardzo ważny mecz u siebie z Włókniarzem. Jeżeli wygramy, to chyba już do końca o awans będziemy się liczyć tylko my z Sosnowcem. Kiedy zaczynaliśmy ligę w Kietrzu, wiedzieliśmy, że chcemy awansować, ale z drugiej strony nie byliśmy i nadal nie jesteśmy faworytem, numerem jeden. Wszyscy stawiali na Sosnowiec i to jest faworyt numer jeden.

Czym Śląsk chce zdetronizować Zagłębie? Co ma Śląsk, czego nie ma Zagłębie?

- Piłkarsko zespół mamy lepszy. Jeżeli chodzi o umiejętności poszczególnych zawodników i jeżeli chodzi o całość. Ale jeżeli chodzi o grę, to większą charyzmę, taką grę od pierwszej do 90. minuty, ma Sosnowiec. Im się może gra nie kleić, może nie iść, ale oni do 90. minuty będą walczyć, kopać, robić wszystko, aby mecz wygrać. My gramy bardziej techniczną piłkę i są takie momenty, że jak coś nam nie wyjdzie, to trzeba trochę czasu, abyśmy ponownie zaskoczyli. Nam brakuje tej zadziorności, agresywności i dążenia do zwycięstwa, które ma Zagłębie.

Czy bez wzmocnień Śląsk jest w stanie wyprzedzić Zagłębie?

- Będzie ciężko. Na dzisiaj, jeżeli chodzi o siłę napadu, to poza Tomkiem Kosztowniakiem nie mamy żadnego innego napastnika. Chodzi o umiejętności techniczne, wzrost, grę jeden na jednego. Jeżeli on wypadnie z gry, to będziemy mieli problem. Bo w obronie czy pomocy są zawodnicy, których można poprzestawiać i jakoś to uzupełnić. Natomiast atak to duży problem. Nie ukrywam, że najbardziej chcielibyśmy wzmocnić siłę ofensywną, czyli sprowadzić bocznego pomocnika i napastnika.

W ewentualnych barażach zespół z trzeciej ligi ma szanse z drugoligowcem?

- Oczywiście. Dopóki piłka w grze... Ma bardzo duże szanse. Te zespoły w drugiej lidze, które są teraz na końcu tabeli, powiedzmy w tej czwórce spadkowej, niczym specjalnym się nie wyróżniają. Ich miejsce już teraz bardziej jest w trzeciej lidze.

W połowie lat 80. Śląsk miał chyba najlepszą pomoc w kraju. Silna była obrona. W ataku Dariusz Marciniak. A mimo wszystko poza Pucharem Polski nie udało się nic więcej osiągnąć.

- Nie zdobyliśmy ani jednego mistrzostwa, a była taka szansa. Trafiliśmy jednak na wielką konkurencję, jaką był wówczas Górnik Zabrze, który cztery razy z rzędu zdobywał mistrzostwo. Może potencjału piłkarskiego nie mieli większego, ale lepsi byli organizacyjnie. I zawsze byliśmy za nimi. Na pewno żal tej szansy. Przynajmniej raz w życiu chciałbym zdobyć mistrzostwo. Zdobyliśmy mistrzostwo Polski jako juniorzy w 1979 roku z Waldkiem Prusikiem, ale mistrzostwa seniorów się nie udało zdobyć. Byliśmy nawet raz mistrzem jesieni, ale nie udało nam się tego dowieźć do końca.

A co się stało w roku 1993? Ten zespół Śląska nie powinien spaść z I ligi.

- Personalnie zespół na pewno nie zasługiwał na spadek. Przyszło wówczas wielu młodych graczy. Jednak był taki moment w naszej grze na wiosnę, że odmłodzony zespół nie udźwignął ciężaru odpowiedzialności. Pamiętam, że graliśmy z ŁKS-em i prowadziliśmy 2:1, a przegraliśmy 3:2. Potem się okazało, że gdybyśmy wygrali, to najprawdopodobniej zdołalibyśmy się utrzymać. Młodzi gracze mieli chęć, wolę walki, ale nie mieli cwaniactwa boiskowego. Było kilku doświadczonych graczy, ale to trochę za mało. Odeszli Tarasiewicz, Prusik, Król i jeszcze kilku innych zawodników, a nikt nie przyszedł. Doświadczonych piłkarzy miała zastąpić młodzież, która jednak potrzebowała dwóch, trzech lat, aby nabrali ligowej pewności.

Pamięta Pan, na którym ostatnio meczu Śląska było około 40 tysięcy kibiców?

- To było w 1987 roku, kiedy graliśmy mecz pucharowy z Realem Sociedad San Sebastian i przegraliśmy 2:0. Mecz na Stadionie Olimpijskim oglądało ze 40 tysięcy kibiców. To sama przyjemność grać przy takiej widowni. Ale my byliśmy przyzwyczajeni występować przy dużej liczbie kibiców, bo Oporowska była na każdym meczu pełna. Nie wiem, ile tam widzów wtedy mogło się zmieścić: 12, może 15 tysięcy.

Czy mecz z Realem jest tym, do którego Pan najczęściej wraca myślami?

- Jest kilka takich spotkań. Miałem ciekawy mecz, jak grałem jeszcze w Oławie. Na Puchar Polski przyjechało Zagłębie Sosnowiec, między innymi z Jasiem Urbanem. Przegrywaliśmy 1:0 i na dwie minuty przed końcem wyrównałem na 1:1. Część kibiców już wychodziła ze stadionu i jak padła bramka, to wrócili. Dogrywka niczego nie zmieniła i w końcu strzelaliśmy karne. I wygraliśmy. A dzień wcześniej urodziła mi się córka. Ta bramka była z dedykacją dla córy, a karny dla żony. Śląsk grał wtedy chyba z Pogonią w Szczecinie i część kibiców nie pojechała tam, tylko przyjechała do Oławy i nas dopingowała. To była duża sprawa.

Jak długo przyjdzie czekać kibicom na wielki Śląsk?

- Uważam, że potrzeba minimum pięciu lat. Tak aby w piątym roku awansować do pierwszej ligi albo może już być w ekstraklasie. Nic nie należy robić na siłę. Śląsk powinien grać w pierwszej lidze, bo tam jest jego miejsce. Chłopcy z Dolnego Śląska powinni marzyć o grze w Śląsku. To powinien być klub numer jeden dla młodych piłkarzy z regionu. Chciałbym doczekać czasów, kiedy Śląsk będzie grał w ekstraklasie i cały stadion będzie zapełniony kibicami.