Wisła po klęsce w Pucharze UEFA

Mistrzowie Polski potknęli się na przeciętnej Valerendze Oslo, w chwili gdy wydawało się, że grają już tak dobrze, a przebudowa zespołu jest skończona.
Zarobki w Norwegii są przeciętnie dziesięciokrotnie wyższe niż w Polsce. Jednak przy dochodach naszych piłkarzy ich norwescy koledzy wypadają jak ubodzy krewni. Mimo to w trzeciej rundzie Pucharu UEFA zagrają bardziej zdeterminowani Norwegowie. Gwoli sprawiedliwości trzeba przypomnieć, że przed rokiem to wiślacy odprawiali z kwitkiem lepiej opłacanych piłkarzy AC Parma i Schalke 04.

W czwartek przy Reymonta nie liczyły się dochody, ale waleczne serca. Te norweskie okazały się waleczniejsze. Zaangażowaniem, walką o przetrwanie zadłużonego klubu grający trener Kjetil Rekdal i jego piłkarze zasypali przepaść, jaka dzieli ich od "Białej Gwiazdy" w wyszkoleniu technicznym.

"Bohaterowie są zmęczeni" - można stwierdzić, obserwując poczynania Macieja Żurawskiego i Mirosława Szymkowiaka. "Szybciej gra, niż myśli" - to wnioski po grze Brasilii.

Na konferencji pomeczowej z ust Henryka Kasperczaka usłyszeliśmy, że część winy za porażkę ponoszą dziennikarze (bo zlekceważyli klasę rywala) i piłkarze (skrzydła nie istniały, a napastnicy mieli dużo strat). Bez odpowiedzi pozostają pytania: Czy musiał grać domagający się zmiany już od 60. minuty Szymkowiak? Czy oskrzydlający atak z wrzutkami na pole karne był najlepszą metodą na lepiej grającego w powietrzu rywala? Czy trener zrobił wszystko, żeby zawodnicy rzucili się agresywnie na rywala? Czy było konieczne, aby cała czwórka obronna plus dwójka środkowych pomocników zabezpieczała tyły, gdy marzący o bezbramkowym remisie rywal bronił się całą jedenastką na przedpolu własnej bramki?

- Wisła nie zrobiła żadnej rozsądnej i zdecydowanej próby odwrócenia losów meczu. Czułem się, jakbym oglądał jedną wielką powtórkę "gry na aferę": wrzutka w pole karne, wybicie Norwegów, trzy minuty i znowu - mówił mi kolega i trudno się z nim nie zgodzić. Przecież poza Argentyńczykiem Maurem Cantoro chyba żaden z wiślaków nie może z czystym sumieniem powiedzieć: "Zrobiłem wszystko, żebyśmy awansowali".

- Nie wiem, czemu nie strzelaliście z dystansu, przecież nasz bramkarz Bolthof jest najsłabszy w lidze w bronieniu takich uderzeń - mówiła mi dziennikarka z Oslo Birgit Kolboe.

- Nie ma się co załamywać, tylko trzeba popracować nad tym zespołem - w tym wypadku Henryk Kasperczak z pewnością ma rację.



dla "Gazety"

Maciej Stolarczyk

obrońca Wisły

Wydaje mi się, że mogliśmy włożyć trochę więcej determinacji, by osiągnąć sukces. Inaczej sobie wyobrażaliśmy zakończenie tej rundy. Jesteśmy mocno rozczarowani. W piłce nie liczą się sytuacje, ale to, co jest w siatce. To nie najlepiej dla futbolu, że awansowała drużyna z nastawieniem wybitnie defensywnym, choć ta taktyka okazała się korzystna. Czuję ogromny niedosyt, ale wina jest tylko po naszej stronie. Pretensje możemy mieć tylko do siebie, ale nie za to, że ktoś nie strzelił karnego. To loteria.



Lars Bohinen

strzelec decydującego karnego dla Valerengi

Awans to dla nas wielkie zaskoczenie. Graliśmy bardzo defensywnie, bo to był jedyny sposób na Wisłę. Mieliśmy pozwolić grać Wiśle na naszej połowie i czekać na kontry. Mimo przewagi (65 proc. posiadania piłki) Wisła grała nerwowo i niepewnie. Dzisiejszy mecz być może był dla mnie ostatnim - to najlepszy moment na zakończenie kariery.