Sport.pl

Ekstraklasa. Najlepszy strzelec ligi zmieni klub. Czy Wilczka weźmie Legia albo Lech?

- Skoro w ataku Legii regularnie gra Marek Saganowski, to dlaczego Kamil Wilczek miałby być gorszy? - retorycznie pyta jeden ze skautów zagranicznego klubu. Dla grającego w Piaście Gliwice najlepszego strzelca Ekstraklasy może być to bardzo gorące lato transferowe.
Z GKS-em Bełchatów Kamil Wilczek strzelił cztery gole w trzydzieści minut, a ostatnie trafienie było ukoronowaniem jego fantastycznego spotkania. Na trzydziestym metrze, pomimo asysty rywala, przyjął dalekie zagranie od obrońców, próbował piętą zagrać do kolegi, ale piłka odbiła się do góry. Wtedy 28-letni napastnik bez namysłu uderzył półwolejem, lobując bramkarza i prawdopodobnie przywłaszczając sobie koronę króla strzelców Ekstraklasy. W ostatnich pięciu kolejkach strzelił aż osiem goli i ma już pięć trafień przewagi nad drugim w klasyfikacji Pawłem Brożkiem.

By przedstawić odpowiedni kontekst osiągnięcia Wilczka, wystarczy porównanie z jego poprzednimi sezonami. Dość powiedzieć, że w ciągu prawie 3000 minut obecnych rozgrywek strzelił więcej (20) goli niż w poprzednich ponad stu meczach na najwyższym poziomie rozgrywkowym. Czujnych obserwatorów Ekstraklasy nie powinno to dziwić, bo Wilczek stosunkowo od niedawna jest napastnikiem pełną gębą. Wcześniej częściej grał jako środkowy lub ofensywny pomocnik, który we wcześniejszym epizodzie w Gliwicach czy później w Zagłębiu Lubin miał kolegom asystować, a nie wykańczać ich akcje.

Dla Wilczka-napastnika kluczowe okazało się przyjście do Gliwic trenera Angela Pereza Garcii. Nikomu nieznany Hiszpan przeanalizował dokładnie cały sezon Piasta i uznał, że wcześniej często wystawiany w drugiej linii zawodnik musi mieć stałe miejsce w ataku. - Od pierwszego meczu z Cracovią (wygrana 5-1 - przyp. red.) Kamil grał u mnie jako napastnik. Zaczął inaczej pracować na boisku, tam gdzie trzeba. Można było dostrzec też zmianę w mentalności, bo zaczął wierzyć w swoje umiejętności - mówi Sport.pl Garcia, który w marcu został zwolniony z klubu. We wspomnianym przez trenera spotkaniu Wilczek strzelił dwa gole.

W tym przeklętym Lubinie

Wilczek nie był kiepskim ofensywnym pomocnikiem. Wręcz przeciwnie, w bardzo przeciętnej drużynie Piasta Gliwice udało mu się wypromować w sezonie, w którym zespół spadł z Ekstraklasy. Jednak trafił do Zagłębia Lubin, klubu przekleństwa, w którym, jak sam podkreślał w późniejszych wywiadach, przewinęło się pewnie czterdziestu innych piłkarzy, którym też nie wyszło. On sam próbował odejść w każdym kolejnym okienku transferowym. Trenerzy rzadko na niego stawiali, stracił wiarę w swoje umiejętności i dopiero latem 2013 roku z ulgą opuścił Lubin.

Wrócił do Gliwic i szybko dostał szansę rewanżu. Trzy miesiące po ostatnim występie w barwach Zagłębia strzelił temu klubowi gola decydującego o zwycięstwie Piasta. U Marcina Brosza do września 2013 roku grał jako napastnik, ale spisywał się przeciętnie, dlatego szkoleniowiec często zmieniał mu ustawienie. Tak było do momentu przyjścia Garcii.

Jak rozbił Legię

- Dużo trenowaliśmy strzały z obu nóg, zachowanie w ofensywie, jak ćwiczenia z odegraniem, wyjściem na pozycje i uderzeniem na bramkę - Hiszpan tłumaczy przemianę napastnika. Początek obecnego sezonu był dla niego przeciętny, w dziesięciu meczach strzelił ledwie dwa gole. Aż do spotkania z Legią, przełomowego dla Wilczka i historycznego dla Piasta. Do siatki mistrzów Polski trafił trzy razy i od tego momentu nie miał dłuższej serii bez gola niż trzy spotkania. - Po meczu wyściskał mnie i powiedział po hiszpańsku "Siempre juntos entrenador" (zawsze razem, trenerze - tłum. red.) - przypomina sobie Garcia. Był niezwykle wdzięczny za szansę oraz utrzymanie miejsca.

Wtedy też pokazał pełnię swoich umiejętności - Wilczek jest całkiem szybki, w trakcie meczu pozostaje czujny, co pozwoliło mu wykorzystać fatalne błędy rywali. - Od razu dostrzegłem, że Kamil ma idealne warunki, by być świetnym napastnikiem. Jest lewonożny, ma mocne uderzenie, bardzo ciężko pracuje na boisku, a także ma dobry wyskok i strzał z główki - opisuje go Garcia. Faktycznie, z dwudziestu jego goli aż siedem jest efektem strzałów głową, dziesięć razy trafiał do siatki lewą nogą, tylko raz prawą i raz... brzuchem.

Podniebny Wilczek

Statystyki InStat jeszcze lepiej opisują Wilczka jako napastnika. Ma w całej Ekstraklasie zdecydowanie najwięcej strzałów (112), ale też pojedynków główkowych, choć z 486 wygrał 42 proc. - w kontynuowaniu walki w powietrzu nie przeszkodził mu nawet złamany niedawno nos. Spośród napastników tylko Deniss Rakels z Cracovii jest częściej faulowany, zalicza aż 31 bezpośrednich starć z rywalami na mecz. Ma wiele strat (20 na mecz), ale najciężej z czołówki napastników pracuje w defensywie (średnio 4 próby przejęcia piłki na mecz). Krótko mówiąc - Piast niemal wszystkie akcje gra na niego, ale Wilczek nie ma problemów z przyjmowaniem tej odpowiedzialności.

- Łatwiej nam powiedzieć coś dobrego o np. Marco Paixao, jego grze i mu zaufać niż napastnikowi grającemu bardziej fizycznie, mniej spektakularnie - mówi Remigiusz Jezierski, obecnie ekspert stacji nc+, a w przeszłości napastnik Śląska Wrocław i Jagiellonii Białystok. - Oglądamy w tym sezonie istny wysyp napastników niespodziewanych - Kuświka, Piątkowskiego i Wilczka - ale z tego należy się cieszyć, bo przecież jeszcze niedawno narzekaliśmy na brak snajperów - dodaje i chwali zawodnika Piasta za skuteczność, siłę oraz nieustępliwość na boisku.

Anglia, Legia czy kadra?

Każdy z wymienionej przez Jezierskiego trójki napastników latem zmieni klub. Piątkowski jest już na wylocie z Jagielloni, Kuświka chce kilka klubów, a Wilczkowi kończy się kontrakt z Piastem. Z Gliwic mógł odejść już zimą, i to do grającego na zapleczu Premier League Boltonu, ale angielski klub nie był w stanie zapłacić nawet niskiej kwoty odstępnego. Zupełnie inaczej może być latem, zwłaszcza że Wilczek nie przestał strzelać.

Czy jednak sensacyjny lider klasyfikacji strzelców Ekstraklasy poradziłby sobie w lepszym, większym klubie niż Piast Gliwice? - Musi pasować charakterologicznie, by taka zmiana klubu okazała się korzystna - zauważa Jezierski. - Gdyby poszedł do Lecha czy Legii, nie dostałby pewnego miejsca w składzie, byłby bez gwarancji gry. Czasem musiałby usiąść na ławce - dodaje.

Czyli Wilczka spotkałoby to, co w Lubinie. Nawet przychodząc z koroną króla strzelców, nie mógłby liczyć na pozycję, jaką ma w Piaście. W Gliwicach grał zawsze, miał swój udział w ponad połowie goli, czy to strzelając, czy asystując (4 razy). - Przed meczem mówiłem mu: jestem pewien, że dzisiaj strzelisz gola, bo widzę twoją pracę i podejście. Kamilowi to pomagało w walce o sytuacje, utrzymywaniu pewności siebie przez cały mecz, nawet jeśli brakowało mu szans w pierwszej połowie - zauważa Garcia.

Wobec wcześniejszych słów Hiszpana to może oznaczać, że forma Wilczka jest mocno uzależniona od zaufania jego trenera. - Tak naprawdę nie potrzebował osoby, która by nad nim czuwała, bo ma idealne warunki i mentalność, co widziałem w czasie swojej pracy - zaprzecza i tłumaczy Garcia. - Kamil nie ma ograniczeń, oczywiście może, a nawet zasługuje, by dostać szansę w reprezentacji kraju - dodaje. Po takim sezonie w przypadku Wilczka nie można wykluczyć żadnego scenariusza.









Więcej o: