Damian Gorawski: Nie chcę być Kalu Uche

- Nigdy nie będę Kalu Uche. Nie chcę mu dorównywać. Prezentuję zupełnie inny futbol niż Nigeryjczyk - powiedział nam prawoskrzydłowy Wisły Damian Gorawski.
Gdy przychodził do Wisły, w środowisku śląskich dziennikarzy zbieraliśmy opinie na jego temat. - To dobry piłkarz, ale się nie rozwinie, bo brakuje mu twardości. Wystarczy, żeby nadepnął na stokrotkę i już się przewraca - mówił jeden z żurnalistów z Katowic. Okazało się, że to nie musi być prawda

Michał Białoński: Powoli mija pięć miesięcy pańskiego pobytu w Krakowie. To pasmo klęsk czy sukcesów? Czy adaptacja przebiega zgodnie z planem?

Damian Gorawski: Coraz lepiej czuję się w nowym otoczeniu, ale nie gram jeszcze tego, o co chodzi. Jestem zresztą takim zawodnikiem, który rzadko jest z siebie zadowolony, nie osiadam na laurach. Zawsze przecież można osiągnąć coś więcej, prezentować się lepiej. Jedno jest pewne: w takim otoczeniu i w takich warunkach, jakie mam w Wiśle, mogę się dużo nauczyć, właściwie rozwinąć. Mamy w drużynie wielu klasowych zawodników, jest na kogo patrzeć.

Co Pan czuł, gdy Wisła się o Pana upomniała? Odebrał to Pan jako wyróżnienie?

- Pierwszy kontakt nastąpił jeszcze w zeszłym sezonie, gdy nic nie wskazywało na to, że odejdę z Ruchu. Wtem wzywa mnie prezes Krystian Rogala i mówi, że jest bliski porozumienia z Wisłą w sprawie mojego transferu. Z tego, co wiem, to Ruch chciał spłacić moim transferem długi wobec krakowskiego klubu. Co poczułem? Cieszyłem się, że mogę się wydostać z tonącego w długach i chylącemu się ku drugiej lidze Ruchu. I trafić nie byle gdzie, tylko do Wisły, gdzie łatwo się wybić. Wiedziałem, że to może być przełom w mojej karierze.

Jednak działacze z Krakowa długo nie mogli Pana namówić na pięcioletni kontrakt.

- Myślałem o karierze zagranicznej, dlatego bardziej odpowiadał mi w Wiśle dwu-, trzyletni kontrakt. Później jednak przystałem na dłuższą umowę. Przekonał mnie mój menedżer Jarosław Kołakowski. Mówił, że jestem jeszcze młodym zawodnikiem, a w Wiśle są bardzo dobre perspektywy i będę mógł podnosić swoje umiejętności.

Na początku wszyscy byli rozczarowani pańską postawą i bez przerwy próbowali porównać Pana do Kalu Uche? Poprzeczka wisiała wysoko.

- Pierwsze moje mecze w Wiśle nie były najlepsze. W tym zawodzie olbrzymią rolę odgrywa psychika, a ja nie czułem się najlepiej w nowym środowisku. Na szczęście, w miarę szybko odblokowałem się i z meczu na mecz radziłem sobie coraz lepiej na boisku. Po jednym udanym meczu piłkarz wrzuca na luz, a to jest najważniejsze, żeby podczas meczów nie być spiętym. Wracając do Kalu Uche, zawsze uważałem, że porównywanie zawodników do niczego nie prowadzi. Przecież każdy piłkarz jest inny, prezentuje własny styl, swój poziom. Nigdy nie będę Kalu, nie chcę mu dorównywać. Prezentuję zupełnie inny futbol niż Nigeryjczyk.

Na początku buntował się Pan przeciwko ustawianiu go na prawej pomocy. Wolał Pan być napastnikiem. Teraz pogodził się Pan już z nową rolą?

- Odpowiada mi ona. Nie jestem taki jak Maciek Żurawski czy Tomek Frankowski. Oni potrafią zachować zimną krew pod bramką, a ja jestem bardziej żywiołowy. Dlatego zdecydowanie lepiej mogę się przydać na prawej pomocy. Szarpnąć prawym skrzydłem, rzucić piłkę na pole karne, a czasem - jak się nadarzy okazja - strzelić na bramkę. Moją specjalnością mają być asysty, jednak nie zamierzam rezygnować ze strzelania goli.

Nie załamywał się Pan, gdy Grzegorz Pater rozgrywał niezłe mecze? Groziło Panu "grzanie ławy".

- Nigdy nie myślałem w ten sposób. W drużynie musi być dwóch, trzech zawodników na jedną pozycję, żeby panowała ostra rywalizacja o miejsce w podstawowym składzie. Jeżeli Grzesiu Pater wchodzi w podstawowej jedenastce, to mogę mieć pretensje tylko do siebie, że mam słabszy moment, ale na pewno nie będę złościł się na Grześka. To normalna rywalizacja.

Od czasu do czasu ma Pan problemy zdrowotne...

- Wszystko przez to, że zacząłem sezon z nie do końca wyleczoną kontuzją. Ostatnio coraz częściej coś mi się przytrafia, lecz zawsze mam nadzieję, że to nic poważnego. Najważniejsze jest, żebym podczas gry nie myślał, że może mi się coś przytrafić. Przede wszystkim muszę przeć do przodu i grać coraz lepiej, a o kontuzjach trzeba zapomnieć. Czasem jest tak, że noga pobolewa, coś tam "ciągnie", ale z pierwszym gwizdkiem zapominam o tym i nie oszczędzam się na boisku.

Gdy przed sezonem zbieraliśmy opinie na pański temat, jeden ze śląskich dziennikarzy stwierdził, że łatwo łapie Pan kontuzje, "przewraca się po nadepnięciu na stokrotkę". Jakoś nie widać tego po pańskich występach w Krakowie.

- To musiała być złośliwość. Nigdy nie byłem mięczakiem. Zarówno w Ruchu, jak i w Wiśle wkładałem całe serce w to, co robię, nigdy nie odpuszczałem, nie cofałem nogi. Przede wszystkim walczyłem, jednak teraz staram się też grać w piłkę. To jest najważniejsze.

Czy jest różnica być piłkarzem Wisły a Ruchu?

- Oczywiście! W Krakowie wszystko się różni i wypada na korzyść w porównaniu do rzeczywistości piłkarzy z Chorzowa. Treningi są ciekawsze, większe wyzwania. Walczymy o najwyższe cele. Klub jest świetnie zorganizowany. Nie musisz się obawiać o sytuację finansową. To bardzo pomaga w uprawianiu piłki nożnej. Interesują cię tylko treningi i mecze. Możesz się skupić tylko na tym, żeby coraz lepiej grać, bo jesteś pewien, że dziesiątego każdego miesiąca dostaniesz wypłatę. W Chorzowie takiej pewności nie było i z tego wynikały problemy. Nieraz zdarzało się tak, że trzeba było pożyczać na podstawowe wydatki.

Jest tylko dwóch Ślązaków w podstawowej jedenastce Wisły: Pan i Marcin Baszczyński. Wcześniej nie udawało się zrobić tu kariery takim tuzom jak Marek Koniarek. Czy to przez to, że Ślązacy są nielubiani w Krakowie? Odczuł Pan coś takiego?

- Nie. Wisła jest moim pierwszym klubem poza Ruchem. Przychodząc tutaj, obawiałem się, że drużyna może mnie nie zaakceptować. Tymczasem zaraz po wejściu do szatni odczułem, że panuje tu wspaniała atmosfera i wszyscy są przyjaźnie nastawieni. Według mnie nie wywalczyłem sobie jeszcze stałego miejsca w podstawowym składzie. Walczę o to cały czas, a że trener na mnie stawia, to muszę to wykorzystać. Robię wszystko, na co mnie stać, próbuję grać coraz lepiej.

Jak się Panu podoba Kraków?

- Nie zdążyłem jeszcze zasmakować uroków śródmieścia, pozwiedzać. Mieszkam na Białym Prądniku i głównie oglądam nasze obiekty klubowe i moje osiedle. Ale już teraz mogę powiedzieć, że Kraków jest pięknym miastem i postanowiłem tu osiąść. Jeśli budżet pozwoli, to w przyszłym roku kupię sobie tu mieszkanie. Przecież jestem związany z Wisłą przez pięć lat.

Ale ciągnie Pana jeszcze do Chorzowa...

- Jasne, że pozostaje w sercu sentyment do Ruchu. Gdy mam tylko okazję, to wsiadam w samochód i jadę na mecz Ruchu, żeby zobaczyć kolegów w akcji. Drużyna bardzo się zmieniła, pieniędzy ciągle nie ma. Niestety, nie zanosi się na to, żeby Ruch wrócił do ekstraklasy.