Jabłoński Sailig Team po sezonie

Brązowy medal meczowych mistrzostw świata, zwycięstwo w regatach w Rimini czy drugie miejsce w prestiżowych Swedisch Match Cup to tylko niektóre tegoroczne sukcesy Karola Jabłońskiego, który od roku jest liderem światowego rankingu sterników ISAF. Jeszcze tylko start w meczowych regatach w Berlinie i Jabłoński Sailig Team idzie na urlop
Gdzie się tym razem się wybierasz? Może z rodziną do USA, jak w ubiegłym roku?

- Tym razem nie. Na dłuższy urlop z rodziną nie ma szans. Paola chodzi do szkoły, Kacper do zerówki, a żona Iza z kolei ma zajęcia ze studentami na uniwersytecie. Wyskoczymy więc tylko razem na kilka dni na narty... I tyle będzie tego wspólnego odpoczywania.

Wkrótce nastanie czas na bojery?

- Tym razem zaczniemy jeździć DN-ami bardzo wcześnie. Zbyt prędko, uważam, bo od razu mamy od mistrzostwa świata, które są zaplanowane już w połowie stycznia. Regaty te mają się odbyć po raz pierwszy na Węgrzech na Balatonie. Niewiele będzie więc czasu na przygotowania, zwłaszcza że na mistrzostwa dotrę tuż przed startem, bowiem zaraz na początku roku szykuje mi się udział w regatach w Miami.

Z wysokich temperatur wprost na mrozy... Jak to znosisz?

- I do tego jeszcze dodaj zmianę czasu... I tak jest przez lata. Więc zdążyłem chyba już się do takiej sytuacji przyzwyczaić. W szybkiej aklimatyzacji pomaga mi sprawność fizyczna, o którą muszę wciąż dbać.

Ale przecież do trzymania steru, nawet na dużym jachcie, nie trzeba wiele siły?

- I wiele osób myśli podobnie, kojarząc żeglowanie z pływaniem rekreacyjnym po mazurskich jeziorach. A tymczasem każdy żeglarz startujący w regatach musi być atletą, i to bez względu na to, czy pływa optymistką, kadetem czy dużym jachtem. A na tych ostatnich każdego członka załogi, w zależności od funkcji, dobiera się pod względem fizycznym. I stosuje się trzy rodzaje treningów. I tak ci, którzy kręcą młynkami, pracują nie tylko nad wytrzymałością ogólną i siłą, ale i nad szybkością. Podobnie jak druga grupa załogantów. Ci, co muszą szybko i sprawnie pokonywać kilka metrów od rufy do dziobu jachtu, ćwiczą szybkość. Ostatnia grupa to taktyk czy sternik. W tym przypadku sprawność fizyczna pozwala wytrzymać trudy wielogodzinnego żeglowania. Pomaga w utrzymaniu pełnej koncentracji, podejmowaniu odpowiednich decyzji.

Również na regatach match racingowych?

- Owszem, bo choć pojedynki meczowe trwają zaledwie kilkanaście minut, to jest ich bardzo wiele, a na wodzie jest się niemal przez cały dzień. Match racing to taki żeglarski sprint, wymagający niesamowitej sprawności fizycznej, bo odbywa się często i w ekstremalnych warunkach. Bywa, że ścigamy się przy dokuczliwym słońcu i temperaturach sięgających 50 stopni Celsjusza. Wypijamy wówczas po sześć, siedem litrów wody na głowę.

Jak oceniasz trzecią lokatę, którą z załogą wywalczyłeś w meczowych mistrzostwach świata?

- Zdobyliśmy medal i to ogromny sukces. Stając na podium potwierdziliśmy z załogą naszą przynależność do światowej czołówki, zwłaszcza że przyszło nam rywalizować z żeglarzami, którzy startowali w minionej edycji Pucharu Ameryki. Niewiele też brakowało, byśmy awansowali i do finału, bo pojedynek półfinałowy przegraliśmy 2:3, i to po bardzo wyrównanej walce.

Wciąż utrzymujesz pozycję lidera światowego rankingu sterników ISAF...

- Nie pamiętam, by któryś ze sterników tak długo utrzymywał się na czele tej klasyfikacji. Na pierwsze miejsce awansowałem przed rokiem i choć wielu kolegów żeglarzy mogło mnie wyprzedzić, nadal szczęśliwie lideruję. Mieliśmy bowiem udany sezon. Żeglowaliśmy bardzo równo, plasując się na czołowych miejscach w każdych regatach. Cenię sobie zwłaszcza zwycięstwo w Rimini Match Race regatach, które miały znakomitą oprawę w mediach. Poza tym ważne było też drugie miejsce w Swedisch Match Cup. Te fakty nie uszły uwadze moich kolegów ze światowej czołówki żeglarzy. Wielu zawodowców gratulowało mi poziomu, jaki utrzymuję przez cały sezon, bo oni, bywało, wygrywali regaty, ale w innych z kolei zajmowali odległe lokaty. I, dodajmy, mając wszystko, czego potrzeba, by startować i wygrywać. Ja z załogą na ich tle wyglądam nieco egzotycznie.

To znaczy?

- W Polsce nie ma tradycji żeglarstwa meczowego, sędziów, odpowiednich łódek czy warunków do żeglowania przez cały rok. Nie ma też i wsparcia z PZŻ na przykład. A mimo to, zdani wyłącznie na siebie, dowiedliśmy, że potrafimy być w światowej czołówce. Ale by iść do przodu, musimy mieć w kolejnym sezonie poważnego sponsora. Pieniądze są bowiem niezbędne, by się rozwijać. Nasz team trzeba powiększyć o kilka osób. Należy mieć na przykład trenera, lekarzy, fizjologów. Musimy być po prostu w pełni profesjonalni, bo o sukcesach w światowej elicie decydują niuanse. Wygrywa się lub przegrywa o milimetry. A ja, zamiast myśleć wyłącznie o startach i swojej formie jako sternika, jeżdżę na przeróżne spotkania i rozmowy, by zdobywać fundusze na starty. A to wybija z rytmu.