Paweł Nastula - mistrz igrzysk, świata i Europy w dżudo: Nie zawsze można wygrywać

Miałem swoje cztery najlepsze lata, kiedy byłem niepokonany. Wszystko mi wychodziło na macie, choć czasami sprzyjało mi szczęście. Wiedziałem jednak, że kiedyś znajdzie się ktoś lepszy. Przyszedł czas, że zacząłem przegrywać: przyszedł ból, wkurzenie, smutek, że chciałoby się nadal wygrywać, a nie zawsze można - opowiada złoty medalista olimpijski z Atlanty'96 i mistrz świata z Makuhari'95 i Paryża'97.
Paweł Nastula: Właśnie wczoraj się nad tym zastanawiałem. Bodaj 14 czy 15 raz startuję w mistrzostwach. I jak na razie nigdy nie przegrałem finału. Jak wrócę do Warszawy, sprawdzę sobie i policzę.

Czy jak Pan przegra w mistrzostwach, to może zejdzie już na stałe z maty...

- Na pewno nie. Trenuję i walczę z wielką przyjemnością i z czystej sympatii dla tej dyscypliny. Nie jestem zmęczony dżudo, bo robię jeszcze kilka innych rzeczy, przede wszystkim prowadzę w stolicy klubu fitness - taki kompleks sportowy, w którym można m.in. trenować dżudo. Jak mam czas, schodzę więc na matę, ćwiczę i startuję. Bo ciągle mi się to podoba. Może gdybym się zajmował czym innym i nie miał kontaktu na co dzień z dżudo w swym klubie, nie ruszałbym się tyle i już nie startował?

W ostatnich kilku latach brakowało Panu sukcesów na arenie międzynarodowej. Na pewno zastanawiał się Pan nad tym, skąd biorą się te niepowodzenia: czy to dlatego, że Paweł Nastula się już starzeje (ma 33 lata - przyp. red.), czy rywale są coraz mocniejsi?

- Nie ma co ukrywać: mnie lata lecą, a ciągle rosną młodzi bardzo ambitni zawodnicy. To jest normalne. Ja już się pogodziłem z tym, nie będę ciągle wygrywać. Miałem swoje cztery najlepsze, kiedy byłem niepokonany. Wszystko mi wychodziło na macie, choć czasami sprzyjało mi szczęście. Wiedziałem jednak, że kiedyś znajdzie się ktoś lepszy. Przyszedł czas, że zacząłem przegrywać: przyszedł ból, wkurzenie, smutek, że chciałoby się nadal wygrywać, a nie zawsze można. Teraz trochę inaczej na to patrzę: dżudo sprawia mi radość i dlatego ciągle w nim siedzę. Do kiedy tak będzie? Nie wiem.

Był taki moment po porażce w igrzyskach w Sydney 2000, kiedy - ze łzami w oczach - chciał Pan rzucić ten sport...

- Dokładnie. Było mi bardzo ciężko. Wiadomo, że na igrzyskach każdy sportowiec chce jak najlepiej wypaść. Podporządkowałem się całkowicie przygotowaniom olimpijskim; cierpiała i traciła na tym rodzina. I nie wyszło mi w taki głupi sposób: przegrałem w pierwszej walce i mogłem się do domu. Byłem zniechęcony do dżudo.

I przełamał się Pan, by kontynuować karierę.

- Jak robi się coś 23 lata, ciężko odejść. Powtarzałem wiele razy, że jak ktoś - jak ja - kocha dżudo i trenuje z przyjemnością, to przy tym zostaje. A tacy, co z dnia na dzień rzucali matę, uważam, że chyba nigdy tak naprawdę nie lubili i nie poświęcali się dżudo. Dżudo ich nie fascynowało.

Stać Pana jeszcze na medale na wielkich imprezach? Za rok igrzyska w Atenach...

- Oczywiście, że bym chciał stawać na podium, ale wiadomo, jak to jest trudne. Na razie muszę się skupić, by wygrywać w kraju.