Rozmowa z Krystyną Oliwą, mamą Krzysztofa, hokeisty NHL

- Mam dobrą pamięć, ale Krzysiek jeszcze lepszą. Poluje na zawodników, którzy zaleźli mu za skórę, gdy grał jeszcze w juniorach. Czasami to go nawet dopinguję, żeby komuś przyrąbał - mówi Krystyna Oliwa


Po pięciu miesiącach przerwy rozgrywki wznowiła NHL, najlepsza hokejowa liga świata. O 4.30 nad ranem rozpoczął się mecz pomiędzy Vancouver Canucks i Calgary Flames. W zespole Płomieni z Calgary zadebiutował tyszanin Krzysztof Oliwa. Życie w domu jego rodziców znowu stanie na głowie.

- Ile ja już dekoderów telewizyjnych miałam. Zaczęło się od Film Netu, potem była Wizja, Canal+. Teraz Polsat Sport. Już nie mogę się doczekać pierwszej transmisji - mówi Krystyna Oliwa, mama hokeisty.

Wojciech Todur: W poprzednim sezonie rozgrywek NHL nie transmitowała żadna polska stacja. Jak sobie Pani wtedy radziła?

Krystyna Oliwa: Zostały internet i relacje radiowe. Nie wszystko człowiek rozumie, ale jak się słyszy: Oliwa!, to już wiadomo, że coś tam się dzieje. Kiedyś mówię Krzyśkowi: "Mamy bilety na dzisiejszy mecz". "Na jaki mecz, mamo, o czym ty mówisz?". "Mamy ciastka, kawę. Jesteśmy przygotowani!". Dopiero wtedy załapał, że czeka nas noc przed komputerem.

Podobno ma Pani nagrane wszystkie mecze syna?

- Do pewnego momentu tak. Potem jednak skończyły się relacje... Mamy dużo kaset, ale straszny w nich bałagan.

Do Pani syna przylgnęła łatka pierwszego zabijaki w drużynie. To ochroniarz największych gwiazd, ceniony głównie za bójki na lodzie. To Pani nie martwi?

- Na początku byłam cała w strachu. Nie wyobrażałam go sobie w tej roli. Wychowywałam go na grzecznego chłopca. Krzysiu każdemu miał się kłaniać z daleka i do tego jeszcze ładnie nóżką dygnąć. A tu proszę... Powiem szczerze, teraz się przyzwyczaiłam i nawet to lubię. Tak świetnie daje sobie radę. Czasami to nawet go dopinguję, żeby komuś przyrąbał. Mam dobrą pamięć, ale on jeszcze lepszą. Poluje na zawodników, którzy zaleźli mu za skórę, gdy grał jeszcze w juniorach.

Krzysztof często powtarza, że każdy mecz może być ostatnim. Hokej to niezwykle brutalna gra.

- Oby Bóg nad nim czuwał. Wydaje mi się, że przeszedł już wszystko. Miał problemy z każdym kawałkiem nogi i ręki. Gdy po operacji kolana o własnych siłach wyszedł na lód, to było dla mnie ważniejsze niż wszystkie trofea, które zdobył. Rozmawiałam z nim zaraz po operacji. Mówił takim grobowym głosem. Myślałam, że to już koniec. Potem z dnia na dzień było lepiej. Hokeiści to nadludzie, szybko stają na nogi.

Hokej - czyj to był pomysł?

- Krzysiek od dziecka chciał być piłkarzem. Pomyślałam jednak, co to, to nie. Nie będzie mi nikt kopał synka po nogach. Chciałam, żeby był łyżwiarzem figurowym. Oglądaliśmy razem jakieś zawody. Pytam go: "Podobają ci się te skoki, piruety?". "Eee tam... Daj spokój mamo!". I dalej ta piłka. "Jesteś jeszcze za mały" - powtarzałam. Ale kiedy Jarek Cichoń, kolega z podwórka, zaczął grać w hokeja, to Krzysiek poszedł za nim. Na początku uczył się jeździć na łyżwach na osiedlowym lodowisku. Babcia przepikowała mu spodnie, żeby sobie nie potłukł pupci. Hokej szybko go zafascynował. A już najbardziej wyjazdy za granicę. Niemcy, Holandia - to imponowało rówieśnikom.

W 1992 roku wyjechał w nieznane. Nie znał języka, ludzi, do których jechał. Nie bała się Pani?

- Mamy nagrane pożegnanie na Okęciu. Przychodzi taki moment, że Krzysiek wyciąga z kieszeni klucze od domu. Łzy stają mi w oczach. To już koniec, no to mamy go z głowy. Byłam przeciwna temu wyjazdowi. To zasługa jego ojca, że jest tam, gdzie jest. Jeżeli mu nie pozwolisz, całe życie będzie nam to wypominał - mówił.

Pierwszą Wigilię w Stanach spędził jednak na ulicy.

- O tej Wigilii dowiedziałam się dopiero w 1998 roku. Po sześciu latach. To było w czasie spotkania na tyskim lodowisku. Było głośno, szum. Na początku nawet nie rozumiałam, o czym on mówi. Ale na drugi dzień biorę gazetę do ręki, a tam coś o Wigilii. Przeczytałam i się rozpłakałam. "Synku, dlaczego nic nam nie powiedziałeś" - zapytałam. "A co miałem mówić? Żebyś się zdenerwowała". Cały on. Dzwonił wtedy do nas. Byliśmy wtedy u bratowej, bo u nas nie było telefonu. Zapytałam go, czy wszystko w porządku. Usłyszałam: "Tak. Wesołych Świąt!". I tyle. Do głowy by mi nie przyszło, że coś jest nie tak. On szwendał się po ulicy, a my śpiewaliśmy sobie kolędy.

Syn swoją przyszłość wiąże z Ameryką. Pogodziła się z tym Pani?

- Oczywiście. Tam ma żonę, dziecko. Rodzina męża mieszka w Polsce, w Lublinie, a i tak widzimy się najwyżej dwa razy w roku. Jeżeli w USA jesteśmy raz na rok, to uważam, że i tak jest dobrze.

Krzysztof często dzwoni do domu?

- Nie tak często jak kiedyś. Najczęściej wysyłamy do siebie maile. Ostatnio napisał list bardzo krótki: "Strzeliłem bramkę!". Mąż pyta: "A co dalej?". Nic! Mnie to wystarczy. Byłam taka szczęśliwa. To jedno zdanie dodało mi sił na cały dzień.

On nie lubi dużo mówić, pisać. Gdy wysyłam mu listy, też uważam, żeby nie były za długie.

W Państwa domu wszystko kręci się wokół hokeja. Znajomi podzielają tę pasję?

- Moje koleżanki często wiedzą więcej ode mnie! Jest taka Mariolka, wydawałoby się, że sport, a już szczególnie hokej, to ostatnia rzecz, która może ją zainteresować. Tymczasem jest na bieżąco. Mieszka w Chełmku, więc często przywozi mi gazety z Małopolski - jeżeli tylko pojawi się w nich wzmianka o Krzyśku.

Takie nocne transmisje to muszą chyba komplikować życie. Przypalone obiady, nieprzespane noce...

- Jakie obiady?! Gdy Krzysiek gra mecz, nie ma obiadu. Wystarczy zimna płyta.

Dla nas hokej to wszystko. Przy internecie mogę siedzieć i do czwartej rano, a o siódmej już wychodzę do pracy. Jeżeli pracuję na noc, dyżur ma mąż. Rano, jak wracam do domu, pierwsze co robi, to zdaje mi relację. Potem siadam sama przed komputerem. Przeglądam statystyki z meczu. Bo statystyki są bardzo ważne.

Jak często odwiedza Pani syna za Oceanem?

- Czasami raz w roku, czasami rzadziej. Najczęściej jedziemy na dwa, trzy tygodnie. W 2000 roku byłam świadkiem, jak strzelił pierwszą bramkę. Spłakałam się, gardło bolało mnie od krzyku. Jak na kobietę zachowywałam się wręcz skandalicznie. Mam to chyba we krwi. Gdy Krzysiek grał jeszcze w GKS Tychy, mecze oglądałam najczęściej w towarzystwie państwa Czerkawskich i Garboczów. Zachowywaliśmy się strasznie. Raz pan Krzysztof Zawadzki, sędzia meczu, powiedział, że jak się nie uciszymy, to nas wyrzuci z lodowiska.

Mnie się zawsze wydawało, że jestem taka spokojna, jednak gdy mowa o hokeju, zmieniam się nie do poznania!

Jakie wydarzenie z kariery syna pamięta Pani najlepiej?

- Zdobycie Pucharu Stanleya. Krzysiek też często wraca do tamtego dnia. Ma w domu miniaturkę pucharu. Może być tak, że już nigdy żaden Polak nie zdobędzie tego trofeum. Oby tak nie było. Niech się poszczęści Mariuszowi Czerkawskiemu, a już najlepiej jeszcze raz Krzyśkowi. Mamy nagrane wszystkie mecze finałowe. Krzysiek co prawda w nich nie grał z powodu kontuzji, ale wcześniej cały sezon był podstawowym zawodnikiem "Diabłów". To była niezapomniana noc. Siedzieliśmy przed telewizorem od drugiej do ósmej rano.

Gdzie tam siedzieliśmy! Leżeliśmy na dywanie, w kuchni piekły się kiełbaski.

Gdy Krzysiek wyszedł do dekoracji, byłam zachrypnięta, zapłakana. Nie zapomnę tych emocji do końca życia. Następnego dnia odbierałam tylko telefony z gratulacjami. Chciałabym to przeżyć jeszcze raz. Wzięłabym sobie L-4, żeby na następny dzień nie iść do pracy. Jak nigdy nie biorę, tak wtedy bym wzięła. A najbardziej to chciałabym być wtedy z nim, na lodowisku. Podświadomie czuję, że to się jeszcze powtórzy.