Rutkowski, Wujec: Nic się nie stało, Maćku, nic się nie stało

Od piątkowej nocy kibice koszykówki w Polsce przeżywają nieszczęsny "krach" Macieja Lampego podczas naboru młodych koszykarzy do NBA.
Polak miał przecież pójść w pierwszej dziesiątce, tymczasem wybrany został dopiero z numerem 30. Teraz wszyscy rozważają, jak do tego doszło, kto jest winien oraz jak wpłynie to na karierę Lampego. Dla wszystkich fanów Maćka mamy dobrą wiadomość - jeśli tylko Lampe potwierdzi swoje talenty na boisku, to, co się wydarzyło w Madison Square Garden, nie ma większego znaczenia.

Dziś draft jest wróżeniem z fusów - nie wybiera się zawodników, tylko to, co z nich może w przyszłości wyrosnąć. Kto jest zwycięzcą, a kto przegranym, okaże się więc dopiero za kilka lat. A my, ku pokrzepieniu serc, przypomnimy wybrane historie z ostatnich lat.

1996. Po co ryzykować wybór młokosa, kiedy dostępni są pewniacy - tak pewnie myśleli menedżerowie Clippers, Nets, Mavericks, Pacers, Warriors i Cavaliers, decydując się na wybór kolejno: Lorenzena Wrighta, Kerry Kittlesa, Samaki Walkera, Ericka Dampiera, Todda Fullera oraz Witalija Potapienki. Zaraz potem, z numerem 13., został wybrany nastolatek. Niejaki Kobe Bryant.

1997. Numer jeden był oczywisty: Tim Duncan. Numer 2 również: Keith Van Horn. Wydawało się, że dalej nie ma już nikogo godnego uwagi. Powtórzyła się historia z poprzedniego sezonu - lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu. Vancouver, Denver i Golden State wybrali więc Antonio Danielsa, Tony'ego Battie i Adonala Foyle'a. Gołąb poszedł z numerem 9. do Toronto. Nazywał się Tracy McGrady.

1998. Cóż za fenomenalny ruch! - gratulowali sobie Milwaukee Bucks, a wtórowali im wszyscy dziennikarze. Bucks wybierali z nr. 9. i potrzebowali silnego skrzydłowego. Problem w tym, że Robert "Tractor" Traylor, na którego mieli chrapkę, nie miał raczej szans ostać się tak długo. Ale wróbelki ćwierkały, że wybierający z numerem 6. Dallas Mavericks zachwycają się jakimś nikomu nieznanym młodzianem z Europy. Menedżerom Bucks udało się nakłonić Mavs do wymiany: "wybierzcie dla nas Tractora, my weźmiemy dla was tego waszego faworyta i jeszcze coś dorzucimy". CNN pisał: "Bucks zrobili świetny interes, podkradając Dallas pewnego, utalentowanego i medialnego Tractora, w zamian za przereklamowany, zagraniczny znak zapytania". Ów przereklamowany młodzian to Dirk Nowitzki, najlepszy zawodnik tamtego draftu. A "pewny i utalentowany" Traylor roztył się i nie gra niemal wcale.

Draft AD 1998 okazał się zresztą najciekawszym w minionej dekadzie. Nikt z pierwszej trójki: Michael Olowokandi (Clippers), Mike Bibby (Vancouver), Raef LaFrentz (Denver) nie wyrósł na supergwiazdę. Z numerem 5. poszedł Vince Carter - przez dwa lata największa nadzieja NBA, teraz znów (wskutek kontuzji i dyskusyjnego podejścia do zawodu) raczej znak zapytania. Dopiero z numerem 10. wybrano Paula Pierce'a, drugą obok Nowitzkiego największą gwiazdę tamtego draftu.

Również wtedy miał miejsce przypadek bardzo podobny do historii Lampego. Nastoletni Rashard Lewis miał ponoć przyobiecany wybór przez Houston Rockets. Komisarz ligi David Stern zaprosił go nawet do loży dla VIP-ów (podobnie jak teraz Lampego). Tymczasem Rockets woleli Michaela Dickersona, Bryce'a Drew i Mirsada Turkcana, a załamany Lewis rozpłakał się, bo kolejne drużyny, jedna po drugiej, wybierały kogo innego. Zlitowali się dopiero Seattle Supersonics - Rashard poszedł nawet później niż Lampe, bo z numerem 32. I wyrósł na nieporównywalnie lepszego gracza od każdego z trójki wybranej przez Rockets.

1999. New York Knicks wybierali z numerem 15. Wskazali na francuskiego centra Frederica Weisa. "Będzie uczył się od Patricka Ewinga - i bardzo dobrze, bo będzie mógł grać bez żadnych obciążeń. Ma 22 lata, jest doświadczony. I bardzo inteligentny" - zachwalali. Później przez rok próbowali go namówić, by raczył przybyć do Nowego Jorku. Ta przygoda zakończyła się na lotnisku Kennedy'ego, gdy delegacja powitalna odeszła z kwitkiem - okazało się, że Francuz w ostatniej chwili stchórzył i nie wsiadł do samolotu. Tymczasem, jeden numer po Weisie Chicago Bulls wybrali Rona Artesta, dziś jednego z najlepszych obrońców ligi. A z przedostatnim, 57. numerem San Antonio Spurs wzięli Argentyńczyka Manu Ginobiliego, dziś podstawowego gracza drużyny mistrzów NBA.

2000. Oceniając draft, ESPN przekonywał, jak wybornymi graczami staną się: Stromile Swift (nr 2), Chris Mihm (7) czy Joel Przybilla (9). Dziś wiemy, że Swift potrafi tylko dunkować, a Mihm i Przybilla to najbardziej drewniani centrzy, jacy pojawili się w NBA w ostatnich latach.

2001. Draft nastolatków. W pierwszej dziesiątce wybrano czterech (1. Kwame Brown, 2. Tyson Chandler, 4. Eddie Curry, 8. DeSagana Diop). Po dwóch latach jeszcze za wcześnie, żeby wyrokować, czy będą wielkimi gwiazdami. Chociaż nie - co do Diopa zaryzykujemy tezę, że nie będzie. A niektórzy eksperci twierdzili, że to właśnie on ma największy talent z wymienionej czwórki. Na razie ten talent pozwala mu zdobywać średnio tylko o 1,5 pkt. na mecz więcej niż autorom niniejszego felietonu. Dla porównania - Richard Jefferson i Tony Parker, obecnie gracze z pierwszych piątek drużyn występujących w finałach NBA, poszli odpowiednio z numerem 13 i 28. A dopiero z z numerem 31 - Gilbert Arenas, dziś gwiazda Golden State i jeden z najlepszych młodych rozgrywających ligi.

A zatem bądźmy dobrej myśli. Oby Maciej Lampe sprawił, że za kilka lat jego historię będzie się wspominać tak samo jak przygody Novitzkiego, Lewisa czy Arenasa.

Złota myśl

"Teraz już wiem, że powinienem był zrezygnować ze studiów po pierwszym roku, przeprowadzić się do Chorwacji, zapuścić brodę i zmienić imię i nazwisko na Vladimir Kaponovich" - Jason Capono z uczelni UCLA, wybrany z numerem 31 (niżej niż gdyby przerwał naukę i przystąpił do draftu rok lub dwa lata temu).