Sport.pl

Prokom jedzie do Włocławka i już nie może przegrać

Koszykarze Prokomu Trefl Sopot już kilka razy w tym sezonie stali pod ścianą. W takich sytuacjach zawsze pokazywali klasę i uciekali spod topora. Czy tak będzie również w niedzielę we Włocławku?
Prokom już nieraz był w tym sezonie w dużych opałach. Jeszcze w rundzie zasadniczej mógł stracić pierwsze miejsce w tabeli, właśnie na rzecz Anwilu, ale w decydującym meczu wygrał we Włocławku. W półfinale mistrzostw Polski przegrał u siebie dwa pierwsze mecze z Polonią Warszawa i żeby awansować do finału musiał wygrać trzy kolejne spotkania, w tym dwa w Warszawie. Wygrał. W końcu w finale z Anwilem przegrywał mecze nr 1 i 3, ale zawsze potrafił doprowadzić do remisu. Dwa dni po wysokiej porażce we Włocławku potrafił zupełnie zmienić oblicze i pewnie zdobyć Halę Mistrzów. - Już nieraz w tym sezonie udowodniliśmy, że potrafimy grać stojąc pod ścianą. Mam nadzieję, że tak będzie również tym razem - mówi Darius Maskoliunas, obrońca Prokomu. I nawet można się z nim zgodzić, choć trzeba jednocześnie pamiętać, że w tak trudnej sytuacji zespół z Sopotu jeszcze nie był. Niedzielna porażka we Włocławku oznacza koniec sezonu i mistrzostwo dla Anwilu.

A Hala Mistrzów na pewno będzie wypełniona jutro w takim stopniu, jak jeszcze nigdy od czasu jej powstania. Czego potrzeba Anwilowi, aby w niedzielę świętować? Jedynie gry z taką konsekwencją, jak w piątym spotkaniu w Sopocie i przełamania tradycji tegorocznych finałów, w których zespoły wygrywają na przemian. A szansą dla Prokomu jest jego nieprzewidywalność.

Koszykarze z Sopotu zaledwie cztery dni po znakomitym występie w meczu nr 4 we Włocławku zupełnie zapomnieli o tym, jak gra się w koszykówkę. Zamiast mądrej i zespołowej gry w czwartek znowu były indywidualne popisy i zasłużona porażka. Teraz trzeba sobie zadać pytanie, czy w zaledwie dwa dni przypomną sobie jak się gra, że w koszykówkę wygrywa zespół, a nie pojedynczy gracze.

To pytanie do Gorana Jagodnika i Josipa Vrankovicia, którzy najbardziej przyczynili się do porażki w czwartkowym meczu. Obaj nie widzieli kolegów z zespołu i rzucali na kosz tak, jakby strzelali z karabinu maszynowego. Teraz muszą zagrać lepiej, bo inaczej Prokom znowu przegra. - Nie może być tak, że gramy dobrze, prowadzimy i w pewnym momencie każdy chce na siłę włożyć koszulkę lidera, każdy chce być ojcem zwycięstwa - mówi Maskoliunas.

Kluczem do wygranej może być dogrywanie piłek do zawodników wysokich, którzy w meczach finałowych prezentują się na razie zdecydowanie najlepiej. Joe McNaull, Jirzi Żidek czy Tomas Masiulis nie mają co prawda dużo miejsca pod koszem, muszą twardo walczyć o zajęcie każdej pozycji, ale kiedy już trafia do nich piłka, to akcja Prokomu kończy się najczęściej punktami lub faulem gracza Anwilu. - W czwartek zdecydowanie za dużo rzucaliśmy z dystansu, a w ogóle nie było zagrań pod kosz - żalił się po piątym meczu Żidek. - Musimy tam wygrać za wszelką cenę - dodał Czech.

We Włocławku panuje maksymalna mobilizacja, wszyscy zdają sobie sprawę, że szczęście jest już na wyciągnięcie ręki. - Teraz to my mamy znów przewagę własnej hali, znakomitych kibiców i będziemy chcieli to wykorzystać - podkreśla Damir Krupalija, skrzydłowy Anwilu. Większym realistą tradycyjnie pozostaje trener Andrej Urlep. - Walka, walka, walka. Nie będzie łatwo, ale jesteśmy bliżej tytułu. Jednak wiemy o tym, że złoty medal zdobędzie ten, kto wygra cztery razy - mówi Słoweniec.

Początek meczu w niedzielę o godz. 18.20. Bezpośrednią transmisję przeprowadzi Radio Gdańsk i program 3 TVP. Jeżeli wygra Prokom, to decydujący mecz odbędzie się w czwartek 19 czerwca w Sopocie