Piotr Mandrysz dla "Gazety": Przyznaję się do błędów

Trener Piotr Mandrysz nie ma powodów do radości. Rok temu spadł do drugiej ligi z RKS Radomsko, teraz z Ruchem. - Z ligi nie spadają kluby mocne organizacyjnie, a ja pracuję tam, gdzie mnie chcą - broni się szkoleniowiec.


Wojciech Todur: Deklarując chęć odejścia z Ruchu, ułatwia Pan decyzję działaczom.

Piotr Mandrysz: Moja deklaracja była odpowiedzią na to, co się dzieje w klubie. Kontrakt mam do 20 czerwca. Co się wydarzy potem - nie wiem. Trudno jednak, żebym zmienił swoją decyzję.

Co zadecydowało o spadku?

- Słaba skuteczność w prawie wygranych meczach. Kilka punktów uciekło nam też przez kontrowersyjne decyzje sędziów. Na pewno nie zgodzę się z twierdzeniem, że Ruch nie był zespołem. Robiliśmy wszystko, co w naszej mocy, żeby utrzymać ligę. Graliśmy na tyle, na ile starczyło umiejętności.

Naszym problemem był fakt, że zespół od dawna nie grał pod presją. Właściwie od jesieni 2001 roku, gdy Ruch zapewnił sobie awans do grupy mistrzowskiej.

Przeżywa Pan drugi spadek pod rząd. Rok temu Radomsko, teraz Ruch.

- Powiem tak: z ligi nie spadają kluby mocne organizacyjnie, a ja pracuję tam, gdzie mnie chcą.

W Ruchu brakowało rozgrywającego. Nie naciskał Pan prezesa, żeby kupił zawodnika na tę pozycję?

- Bardzo chciałem, żeby został Janek Woś. Dowiedziałem się jednak, że "musi" odejść. Na dzień przed zamknięciem okresu transferowego wydawało się, że wzmocni nas Dariusz Jackiewicz z Groclinu. Był tylko jeden problem: Jackiewicz chciał podpisać kontrakt do czerwca, a klub do końca roku, "bo nie będziemy robić za przechowalnię". Efekt był taki, że bramki strzelali tylko napastnicy, a taka taktyka jest łatwa do rozszyfrowania.

A Tomasz Kulawik? Podobno przestał pojawiać się na treningach, bo był z Panem skonfliktowany?

- To nieprawda. Jaka była przyczyna, trzeba zapytać już jego. Faktem jest, że przedstawił zaświadczenie o niezdolności o pracy i tyleśmy go widzieli.

A nieoczekiwane powroty Mariusza Śrutwy i Macieja Mizi. Przyłożył Pan do nich rękę?

- Nie. Gdy przychodziłem do klubu, decyzją zarządu Mariusz nie był już piłkarzem Ruchu. Nie ja też prosiłem o jego powrót. Podobnie było z Mizią.

Pod którymi transferami się Pan podpisuje?

- Sebastiana Nowaka i Aarana Linesa.

A Sergiusza Wiechowskiego?

- Nie. Gdy wracałem z Austrii, zadzwonił do mnie prezes i powiedział, że mam nowego zawodnika. Co nie oznacza, że mam coś przeciwko "Serkowi". Trzeba pamiętać, że wrócił na boisko po ciężkiej kontuzji.

Pana największe błędy?

- Mam do siebie pretensje, że w meczu ze Szczakowianką pozwoliłem zejść z boiska Tomkowi Fornalikowi. Co prawda prosił o zmianę, ale myślę, że dograłby do końca. A tak zrobił się chaos, straciliśmy bardzo ważnego gola.

Błędem było też wystawienie gorączkującego Rechwiaszwilego w meczu z Polonią. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko powiedzieć, że Łasza ukrył chorobę.