Aaran Lines dla "Gazety": To, co się dzieje w Ruchu, to komedia

To, co się dzieje w Ruchu, to jakaś komedia. Ktoś musi o tym głośno powiedzieć, bo zbyt wiele spraw w tym klubie jest zamiatanych pod dywan. Na pewno nie zostanę w Chorzowie - mówi Aaran Lines.

27-letni reprezentant Nowej Zelandii od kilku miesięcy gra na boiskach naszej ekstraklasy. Pomocnik Ruchu Chorzów był jednym z najlepszych piłkarzy "niebieskich" w końcówce sezonu.

Michał Zichlarz: Wciąż wierzycie, że uda się Wam utrzymać w pierwszej lidze?

Aaran Lines: Niestety, to już nie zależy tylko od nas. Walczyć trzeba do końca. Koncentruję się na meczu z Pogonią, tym bardziej że będzie to mój ostatni występ w tym klubie [kiedy rozmawialiśmy Lines nie wiedział jeszcze, że Pogoń nie przyjedzie do Chorzowa - przyp. red.].

Kiedy pod koniec roku podpisywał Pan kontrakt z Ruchem nie spodziewał się Pan, że klub będzie wiosną grać aż tak kiepsko?

- Kiedy przychodziłem do Ruchu, wiele spraw wyobrażałem sobie zupełnie inaczej. Także jeżeli chodzi o mój kontrakt. Zdaję sobie sprawę, że zanim przyszedłem do klubu, to przez ostatnie dwa, trzy lata Ruch cały czas miał problemy finansowe. Niektórzy z piłkarzy przez trzy miesiące czekają na pieniądze, innym klub jest winien ponad 100 tys. zł. Dla mnie jest to kompletnie nie do pojęcia! Zawodowy piłkarz musi mieć głowę wolną od takich kłopotów i koncentrować się wyłącznie na grze. Przez wiele lat występowałem w Niemczech. Tam w żadnym z klubów nie spotkałem się z taką sytuacją jak w Chorzowie. W klubie jest tylko jedna osoba, która za to wszystko odpowiada. Wszyscy wiemy, o kogo chodzi. To jakiś kompletny żart, to komedia, co dzieje się w Ruchu. Ktoś musi o tym głośno powiedzieć, bo zbyt wiele spraw w tym klubie zamiatanych jest pod dywan.

Macie pretensje do działaczy o sytuację w klubie?

- Nie o to mi chodzi. Jako piłkarze mamy swoje obowiązki. Ale jak tu grać, kiedy głowę masz zaprzątniętą problemami finansowymi. Zawodowy piłkarz nie powinien myśleć o tym, za co kupić buty swoim dzieciom. Zaległości klubu wobec mnie sięgają dwóch miesięcy. Wchodzę do szatni, a tu wszyscy siedzą z opuszczonymi głowami i martwią się, co dalej. Czy to jest w porządku? Trener Piotr Mandrysz jest w takiej samej sytuacji jak my, stara się jak może, ale co może zrobić... Kiedy podpisuje się kontrakt, to trzeba go respektować. Pochodzę z kraju, gdzie wszyscy tak uważają.

Prezes Krystian Rogala cały czas twierdzi, że robi wszystko, żebyście mieli jak najlepsze warunki do gry i treningów...

- Pan prezes w szatni mówi, że są pieniądze, a na górze w swoim sekretariacie twierdzi, że ich nie ma. Coś tu jest więc nie tak. Kilka tygodni temu byłem kontuzjowany. Miałem problemy z lewą stopą. Nie mogłem biegać, kopać piłki. W dwóch meczach z Odrą i Katowicami grałem na zastrzykach znieczulających. W kolejnym z Polonią już nie byłem w stanie zagrać. Zdenerwowany prezes przyszedł do szatni, pod prysznic i powiedział mi: "Co się z tobą dzieje?! Jeśli nie zagrasz z Płockiem, to zrywamy z tobą kontrakt". Zagrałem i był to mój najgorszy mecz w lidze. Tak nie można traktować żadnego piłkarza, a w szczególności reprezentanta.

Na początku rundy wiosennej nie prezentował się Pan najlepiej, dopiero ostatnio się to zmieniło. Dlaczego kibice Ruchu tak długo musieli czekać na Pana dobrą grę?

- Do sezonu przygotowywaliśmy się w fatalnych warunkach, na boiskach pełnych śniegu. Ruchu nie było stać na zorganizowanie obozu za granicą. Nie jesteśmy takim klubem jak Wisła Kraków, która przez cały okres przygotowawczy trenowała na obozie w Holandii. Nigdy nie miałem tak kiepskich przygotowań do sezonu, jak w tym roku. Gra na śniegu z drugo- czy trzecioligowymi zespołami czy treningi w hali to nie to samo, co mecze na dobrych boiskach. Jestem reprezentantem. Potrzebuję dobrego przygotowania do sezonu, meczów i treningów w dobrych warunkach, z dobrymi rywalami. Wtedy jestem w formie i mogę dać z siebie sto procent. Robiłem wszystko, żeby pomóc drużynie, ale w pierwszych meczach nie wychodziło. Dopiero pięć, sześć ostatnich spotkań to jest to, co zwykle prezentuję.

Ma Pan za sobą występy w lidze australijskiej i w klubach niemieckich. Jak ocenia Pan ligę polską?

- Z drużyn, z którymi graliśmy, na pewno Wisła była poza naszym zasięgiem. Grając w sobotę z Legią, spodziewałem się, że będą mocniejsi. Tym bardziej szkoda, że nie udało się wygrać. Podobnie było też niestety i w innych naszych meczach. Dziesięć stuprocentowych sytuacji ze Szczakowianką czy Groclinem, a żadnego z tych meczów nie udało się wygrać. Podobnie w spotkaniu z Widzewem. Ruch ma potencjał na siódmą, ósmą pozycję w tabeli. Fakt, że tak nie jest, to wina tego, co dzieje się w klubie.

Z Ruchem ma Pan podpisany kontrakt do grudnia tego roku. Co dalej?

- W Ruchu na pewno nie zostanę. Po zakończeniu Pucharu Konfederacji pod koniec czerwca wrócę do Polski i zobaczę, co się wydarzy. Wiem, że kilka klubów pierwszoligowych interesuje się mną. Suma odstępnego za mój ewentualny transfer jest bardzo mała, więc z przejściem do innego zespołu nie powinno być problemu. Zresztą Ruch jest mi winien pieniądze, więc może będę mógł przejść do innej drużyny za darmo? Niewykluczone, że będę grał w jednym z klubów zachodniej Europy. Nasz mecz w Edynburgu przeciwko Szkocji oglądali przedstawiciele Dunfermline [Lines w ub. roku był tam na 10-dniowych testach - przyp. red.], a także menedżer Celticu Martin O'Neill.