Kilkuletnie dzieci z Dąbrowy Górniczej trenują karate kyokushin

Gdy ponad pół wieku temu japoński karateka Masutatsu Oyama dla popularyzacji kyokushin toczył pojedynki z bykiem, pewnie nawet nie wiedział, że kiedyś będzie idolem kilkuletnich dzieci w Polsce.
Majowe popołudnie. W małej salce gimnastycznej Pałacu Kultury w Dąbrowie Górniczej grupa kilkunastu dzieci z zaciekawieniem wpatruje się w sempaia Radka.

Z ust mistrza płyną melodyjne japońskie komendy. Malcy nie mają żadnego problemu z rozszyfrowaniem, o co mu chodzi.

W skupieniu wykonują kolejne ćwiczenia. Sześcioletni Oskar wygląda jak dziewczynka - długie spięte w kucyk włosy, dziewczęce rysy twarzy. - Dzięki niemu wygrałem niejeden zakład. Dopóki nie pokażę dowodu, ludzie nie wierzą, że to chłopak - śmieje się Zbigniew Drzewiecki, tata Oskara.

Pozory jednak mylą. Oskar swoją sprawnością fizyczną zawstydziłby dorosłego. Bez trudu robi pełny szpagat, wymachuje nogą wysoko nad głową.

Obok niego ćwiczy o rok młodszy Oktawian. Na trening przyprowadził go dziadek.

- Na początku bardzo mu się tutaj nie podobało. Płakał, chciał uciekać. Teraz zaraz po wyjściu z przedszkola pyta, kiedy pojedziemy na trening. Dzięki karate stał się pewniejszy siebie, mniej choruje, jest bardzo sprawny - mówi Zdzisław Burzuński, dziadek chłopca.

Gdy rodzice kupili Oktawianowi pierwsze kimono, nie chciał go ściągnąć nawet na noc.

Szybko nauczył się liczyć po japońsku do dziesięciu. - Gdy zdobył swoje pierwsze trofeum, był bardzo dumny. "Babcia, szykuj ściany. To pierwszy medal, ale nie ostatni" - wspomina pan Zdzisław.

Sukcesami może się też pochwalić Oskar, który był dwa razy wicemistrzem Dąbrowy Górniczej. Chłopiec trafił na pierwszy trening za namową starszego brata Damiana, miał wtedy zaledwie trzy i pół roku. - Tłuką się na treningu, tłuką się w domu. Kiedyś chorowali non stop, teraz to okazy zdrowia. Oskar dobrze wie, że karate to nie tylko sprawność fizyczna. Razem z bratem poznają dojo, czyli kodeks postępowania karateki - mówi ojciec chłopca.

- Dzieci tak naprawdę nie uczą się karate, raczej odpowiedzialności, dyscypliny, sprawności, gibkości. Pokazujemy im, jak wygląda normalny świat. Wychowane na kreskówkach i grach komputerowych myślą, że "życie się odnawia", a kopniak zabija - podkreśla Artur Sroka, główny trener w dąbrowskiej szkole karate.

W czasie zajęć mistrz zawsze przypomina, żeby tego, czego się uczą na treningu, nigdy nie wykorzystywać na ulicy. 12-letni Igor Nowak, gdy pięć lat temu zaczynał swoją przygodę z karate, myślał trochę inaczej. - Był taki szóstoklasista, który strasznie zalazł mi za skórę. Chciałem nauczyć się karate i dać mu kiedyś kopniaka. No, wie pan, tak w samoobronie - wyjaśnia.

Igor namówił do treningów mamę. Pani Barbara ćwiczy już trzy lata. - Ci ludzie mnie urzekli. Są tacy grzeczni, szanują starszych, bezinteresownie służą pomocą - mówi.

Rzeczywiście, gdy kończą się zajęcia, sempai Radek po raz kolejny przypomina: - Przestrzegajcie zasad grzeczności, szanujcie starszych.

27-letni Radek jest studentem IV roku pedagogiki na Uniwersytecie Śląskim. - W czasie treningu z najmłodszymi tak naprawdę nie jesteś trenerem, tylko pedagogiem. Uczysz się patrzeć. Dzieci szybko się nudzą, ciągle trzeba podsuwać im coś nowego. To wymaga większej koncentracji, ale i satysfakcja jest większa - tłumaczy.