Górik Polkowice - Górnik Łęczna 2:0 (1:0)

II LIGA PIŁI NOŻNEJ. Wychodzimy na ostatnią prostą, ale żadnych bankietów z okazji awansu do ekstraklasy jeszcze nie będzie - mówił po meczu trener Górnika Polkowice Mirosław Dragan. Fakty są jednak takie, że klub z Polkowic jest już o krok od historycznego awansu do I ligi
W meczu na szczycie II ligi Polkowice zaprezentowały się jak wytrawny strateg. Miejscowi wypracowali sobie trzy sytuacje strzeleckie, zdobyli dwie bramki i to wystarczyło do ogrania jednego z najgroźniejszych rywali. Wielkim paradoksem jest fakt, że gospodarze przeważali tylko przez pierwsze minuty spotkania. Później inicjatywa i optyczna przewaga należała do gości, którzy starali się atakować, ale efekty tej ofensywy były niewielkie.

Piłkarze z Łęcznej rozpoczęli pojedynek wyjątkowo defensywnie ustawieni. Z tylko jednym wysuniętym napastnikiem goście całym zespołem stanęli na swojej połowie i czekali na ataki miejscowych. A gdy przejmowali piłkę, z trudem organizowali akcje ofensywne i szybko tracili piłkę.

- To, że wyszliśmy w ustawieniu 4-5-1, wcale nie oznacza, że mieliśmy grać defensywnie - tłumaczył się później szkoleniowiec gości Jacek Zieliński. - We wcześniejszych spotkaniach graliśmy podobnie i zdobywaliśmy wiele punktów. Nasza siła ofensywna nie jest zbyt wielka, gdyż tacy zawodnicy jak Bugała, Griszczenko i Skwara wiosną razem strzelili tylko jedną bramkę. Mamy zespół stworzony do kontry i tak próbowaliśmy tu grać - mówił Zieliński.

Z kolei Polkowice przez pierwszych 20 minut przeważały. Już pierwsza akcja meczu powinna przynieść miejscowym prowadzenie, gdy po świetnym prostopadłym zagraniu Salamońskiego w sytuacji sam na sam znalazł się Kacparzak, ale po jego strzale Mielcarz złapał piłkę. Prowadzenie dla Polkowic padło po zagraniu Sobonia, który wrzucił piłkę za plecy grających w strefie obrońców rywali. Moskal z Jasińskim znaleźli się sami przed bramkarzem - ten drugi spokojnie przyjął piłkę i pewnie przymierzył do siatki.

- Radek Jasiński miał w tym meczu nie zagrać, gdyż ostatnio był bez formy. Ale po ostatnim treningu coś mnie tknęło i zdecydowałem się go wystawić. Zadecydowała intuicja - cieszył się po meczu Mirosław Dragan.

Od tego momentu gospodarze cofnęli się na własną połowę, a Łęczna próbowała atakować. Jednak mecz był słaby, statyczny i nerwowy w wykonaniu obydwu zespołów. Przewaga gości uwidaczniała się głównie w tym, że piłkarze z Łęcznej wykonywali wiele rzutów rożnych i wolnych, ale świetnych sytuacji bramkowych nie mieli. Tylko w 31. min po dośrodkowaniu Kościelniaka groźnie główkował Soczewka, jednak Banaszyński wybił piłkę nad poprzeczką.

Losy spotkania rozstrzygnęły się na początku II połowy. Soczewka przegrał pojedynek na środku boiska z Jasińskim, który rozpoczął popisową kontrę - napastnik Polkowic zagrał do Malawskiego, który w polu karnym wyłożył piłkę Sebastianowi Gorządowi. Ten z kilku metrów spokojnie trafił do bramki. Było po meczu.

Łęczna próbowała odwrócić losy pojedynku i atakowała. Dwukrotnie groźnie główkował Griszczenko, ale za pierwszym razem tuż obok słupka, a przy drugiej sytuacji świetnie obronił Banaszyński. Natomiast z dystansu uderzali Smolak oraz Bugała, ale też bez efektów.

- Wiązaliśmy z tym meczem wielkie nadzieje - analizował po spotkaniu trener gości Jacek Zieliński. - No cóż, ta porażka definitywnie kończy nasz sen o bezpośrednim awansie do ekstraklasy. Teraz możemy już tylko skupić się na walce o baraże. Jestem rozczarowany tą porażką. Dla nas to był mecz o życie i dlatego chciałem tu widzieć palącą się trawę, lejącą się krew. A niczego takiego u swoich zawodników nie zauważyłem - narzekał Zieliński.

Mirosław Dragan nie ukrywał radości, ale równocześnie przestrzegał przed bezkrytycznym samozadowoleniem. - Stawka meczu wyraźnie sparaliżowała zawodników, którzy popełniali proste błędy. To przecież niemożliwe, aby dokładnie nie podać piłki na pięć metrów. Jesteśmy blisko awansu, wychodzimy na ostatnią prostą, ale na razie żadnych bankietów nie będzie. Przestrzegam zawodników przed euforią. Jeszcze niedawno Świt miał nad nami wiele punktów przewagi i wszystko roztrwonił w ciągu pięciu kolejek. Dlatego będziemy grać do końca, aby nie popełnić błędów naszych rywali - tłumaczył Dragan.

Wymianę zdań szkoleniowców o szansach na awans zakończył Jacek Zieliński, który otwarcie stwierdził: - Górnik Polkowice już prawie na pewno awansował. Nic złego zdarzyć się już mu nie może.

GÓRNIK POLKOWICE - GÓRNIK ŁĘCZNA 2:0 (1:0)

STRZELCY BRAMEK: 1:0 - Jasiński (17), 2:0 - Seb. Gorząd (48)

SKLADY

Górnik P.: Banaszyński - Żyluk Ż, Słowakiewicz, Majewski Ż - Malawski, Salamoński Ż, Soboń, Kacprzak (36. Jeziorny), Seb. Gorząd (90. Szewczyk) - Jasiński (83. Szostak), Moskal.

Górnik Ł.: Mielcarz - Kościelniak Ż, Jarzynka (46. Skwara), Boguś, Bożyk - P. Bronowicki, Copik, Soczewka (73. Wilk), Bugała, G. Bronowicki (50. Smolak) - Griszczenko.

SĘDZIOWAŁ: Jarosław Żyro (Bydgoszcz)

Widzow: 2000.

Dla Gazety

Paweł Bugała

piłkarz Górnika Łęczna

Ten mecz źle zaczęliśmy. W defensywie byliśmy zbyt głęboko cofnięci i na linii własnego pola karnego czekaliśmy na rywali. To był nasz błąd. Powinniśmy zagrać wyżej i agresywniej atakować przeciwników już na ich połowie. Co z tego, że później mieliśmy przewagę? Poza paroma stałymi fragmentami gry nic z niej nie wynikało. Po przerwie mieliśmy dalej atakować i próbować odrobić stratę, ale po naszym prostym błędzie oni wyprowadzili kontrę i zdobyli kolejną bramkę.

Szans na pierwsze miejsce już nie mamy, ale na pewno powalczymy o grę w barażach.

MÓWI TOMASZ SALAMOŃSKI

Artur Brzozowski: W całym meczu stworzyliście trzy sytuacje i zdobyliście dwie bramki. To niewiarygodna skuteczność i efektywność w ofensywie.

Tomasz Salamoński: To wszystko charakterystyczne dla naszego polkowickiego stylu. Taka sobie gra, a bramki się sypią...

Mecz czołowych drużyn II ligi stał na słabym poziomie. Trener Mirosław Dragan wszystko tłumaczył presją, która sparaliżowała piłkarzy. Rzeczywiście wszystko to przez presję?

- Na pewno to nie była presja. My nie byliśmy specjalnie spięci ani zdenerwowani. Nie ma się co oszukiwać, ale my od trzech czy czterech spotkań gramy słabo. Najważniejsze jednak, że wygrywamy. Cel uświęca środki.

Z trójki środkowych pomocników jest Pan ustawiony najbardziej defensywnie, ale równocześnie ma Pan największe predyspozycje i umiejętności do gry kreatywnej. Nie przeszkadza to Panu, że gra tak defensywnie ustawiony?

- Przeszkadza tylko z jednego powodu, gdyż na tej pozycji musze się nieźle nabiegać. Ale lubię tak grać i myślę, że chyba robię to nieźle. A gdybym został przesunięty bardziej do przodu, to kto tak dobrze spełniałby zadania defensywne?

Czy zwycięstwo z Łęczną definitywnie przesądziło o waszym awansie?

- Jeszcze nie. Po meczu z Polarem powiedziałem, że musimy wygrać kolejnych pięć spotkań, aby być pewnymi awansu. Jak wygramy dwa najbliższe spotkania, to będę mógł powiedzieć, że wszystko jest już przesądzone.