Grajewski i Nemec odchodzą z Widzewa

Najpierw do dymisji podał się Andrzej Grajewski: - To był dla mnie bardzo ważny mecz, można powiedzieć nawet, że mecz życia. Drużyna pokazała, że stać ją na walkę, a także to, że zakładając koszulkę Widzewa zapomnieli o wszystkich złych rzeczach jakie dzieją się w klubie. W czwartek podjąłem decyzję, że wycofuję się z działalności w Widzewie. Skłoniły mnie do tego zajścia jakie miały miejsce w ostatnim tygodniu. Byłem w klubie sam, moja radykalna polityka finansowa i dyscyplina jaką chciałem wprowadzić nie przyniosła skutku. Widzę, że to nie miejsce i czas na mnie. Dziękuję za wyrozumiałość prasy, mam nadzieję, ze jeszcze będziemy mieli okazję się spotkać. Wierzę, że Widzew utrzyma się w I lidze.

Kilka minut później z pracy w Widzewie zrezygnowali Petr Nemec i jego asystent Jarosław Kotas. - Doszliśmy do wniosku, że zakończymy pracę w Widzewie. Rezygnujemy z pracy. Od pierwszego dnia w pracy tutaj odczuwałem ogromną presję na moją osobę. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że pracowałem jak najlepiej umiałem. Inni trenerzy cały czas czekali na moje potknięcie. Nie wytrzymałem tego. O rezygnacji myślałem już po pierwszym meczu z GKS Katowice. Później chciałem pomóc, ale dwa kolejne mecze nam nie wyszły. Cieszę się, że dzisiaj wygraliśmy i mogę odejść z czystym sumieniem i podniesioną głową. Dziękuje wszystkim za współpracę. Moja decyzja nie wiąże się z rezygnacją pana Grajewskiego. Sytuacja w Widzewie nie jest taka, jak powinna być w klubie I ligi. Przeżyłem już to w Śląsku Wrocław i nie chciałbym, by pisano o mnie, że spuściłem Widzew do II ligi. Już przed meczem oznajmiłem panu Grajewskiemu, że bez względu na wynik odchodzę. Wierzę, że Widzew się utrzyma - powiedział Nemec zaskoczonym dziennikarzom.

Oficjalnym powodem rezygnacji Grajewskiego są spory z pracownikami. - Grajewski miał do nas pretensje, że przed meczem z Wisłą przyspieszyliśmy sprzedaż biletów o kilka godzin - opowiadają ludzie zatrudnieni w klubie. Poza tym nikt nie chciał zgodzić się na wyrzucenie z drużyny Węgrzyna, Robakiewicza i Macieja Terleckiego, czego żądał Grajewski. Wszyscy upomnieli się o pieniądze z kontraktów. - Poza tym Grajewski wszedł do szatni i powiedział, że będzie płacił tylko tym zawodnikom, których sam sprowadził do Widzewa - opowiada jeden z zawodników.

Grajewski oficjalnie nie sprawował żadnej funkcji w klubie, lecz o wszystkim decydował. Tytułował się generalnym menedżerem. Po spotkaniu z GKS Katowice wyrzucił prezesa spółki Jacka Dzieniakowskiego, który nie chciał oddać mu wszystkich pieniędzy ze sprzedaży biletów. Grajewski nie chciał też dawać pieniędzy na utrzymanie drużyny. - Bo ich nie ma, przynajmniej na razie - dodają pracownicy. - Dlatego za wszelką cenę szukał pretekstu, żeby się wycofać.

Nieoficjalnie mówi się, że Grajewski zainwestował 3 mln euro w zakup praw transmisji telewizyjnych trzech walk o mistrzostwo świata ukraińskiego boksera Władimira Kliczki. Tymczasem Kliczko przegrał już pierwszy pojedynek z mało znanym bokserem RPA, biznesmen z Hanoweru ma pieniądze stracone, albo przynajmniej zamrożone.

Kolejnym powodem dymisji były nieporozumienia z drugim udziałowcem widzewskiej spółki Andrzejem Pawelcem. Grajewski miał mu za złe, że nie chciał zgodzić się na wyrzucenie Terleckiego oraz, że obiecał drużynie specjalną premię za zwycięstwo nad Wisłą Płock.