Bereś i Skoczylas: Wiekopomne przemówienie

Piłkarze, czterdzieści wieków historii patrzy na was. Dziś stoczycie bój, o którym wasze dzieci i wnuki będą się uczyć w podręcznikach. Bitwa pod piramidami Napoleona czy szturm Berlina w 1945 to kaszka z mleczkiem w porównaniu z zadaniem, jakie stoi przed wami.
Musicie oto pokonać ekipę San Marino. To nie byle kto: staniemy twarzą w twarz z doskonale wyszkoloną ekipą przedszkolaków. Owszem, są tacy, którzy śmieją się nam w oczy i oskarżają, że z góry prosimy o wyrozumiałość, choć - zdaniem pismaków - walczymy ze miernotami. Nic dziwnego, że sam Jurek Dudek musiał apelować do kibiców przed meczem, aby nas nie stresowali, bo to może nam przeszkadzać w meczu z San Marino. Wiele mądrego powiedział również prezes Listkiewicz, zauważając, że wszak dziś w Europie nie ma już słabeuszy.

Racja. Na pewno słabeuszami nie jest San Marino. To oni chcą nam zabrać wszystkie resoraki, match-boksy i komiksy z Kaczorem Donaldem. Chcą naszych tornistrów i worków z kapciami. Nie dopuścimy do tego! Damy im odpór, na jaki zasłużyli. Od pierwszych minut zaatakiujemy ich z furią. Zaskoczymy ich pchaniem się środkiem boiska. Zarzucimy podaniami w poprzek boiska, do tyłu, na aut, a zwłaszcza do naszego bramkarza. Pozbawimy ich woli walki błyskotliwymi strzałami nad poprzeczkę i podaniami z trzech metrów tym razem do - żeby było sprawiedliwie - ich bramkarza.

Jeśli wygramy - to po dramatycznej, wyrównanej walce, a nasze szanse w eliminacjach do Mistrzostw Europy wcale nie będą przekreślone. Ale wiemy, że piłka jest okrągła, a bramki są dwie. Możemy więc przegrać. Ale i wtedy ulegniemy z honorem, gryząc trawę i przepijając isostarem.

Tak, ten mecz może zmienić bieg ziemskich dziejów. (A przynajmniej kolejność przesłuchań przed "Komisją Rywina").

Świat już nigdy nie będzie taki, jak przed meczem z San Marino.

Ja, Janas, wam to mówię.