Czerkawski dla Gazety: Jestem wkurzony

- Jestem sfrustrowany i cholernie wkurzony. Ale na pewno nie jest to jeszcze koniec mojej kariery- mówi Gazecie Mariusz Czerkawski, najlepszy polski hokeista.
W miniony piątek Montreal Canadiens po raz drugi w tym sezonie odesłali Mariusza Czerkawskiego do filialnego klubu w niższej lidze AHL, Hamilton Bulldogs

Michał Białoński: Po raz drugi w przeciągu sześciu tygodni trafił Pan do Hamilton Bulldogs. Pewnie za oceanem zaczynają przebąkiwać o końcu kariery Czerkawskiego w NHL?

Mariusz Czerkawski: Jestem sfrustrowany i cholernie wkurzony. Ale na pewno nie jest to jeszcze koniec. Mam ważny kontrakt na cały przyszły sezon. Czekam na kolejną szansę, postaram się udowodnić co jestem wart. "Trading deadline" (koniec okresu transferowego - przyp. red) upływa 11 marca. Nie wykluczone, że do tego czasu zostanę skierowany do innego klubu.

Jak doszło do odsunięcia pana z Montrealu?

- Sytuacja jest niejasna. Nie usłyszałem żadnego wytłumaczenia. Podejrzewam, że o wszystkim postanowił generalny menedżer Andre Savard. Wydaje mi się nawet, że nie konsultował się z trenerem Claude Julienem. Najwyraźniej Savardowi ktoś taki jak ja nie pasuje, mówi że ma za dużo graczy w tym stylu. Może ciągle ma mi za złe, że kiedyś chciałem się wynieś z klubu.

Po objęciu stanowiska trenera Julien ściągnął pana do Hamilton, w krótkim czasie strzelił pan gola w meczu z Toronto, a później dwa w starciu z Bostonem. Wydawało się, że miejsce w Canadiens ma Pan pewne?

- W strzeleckich dokonaniach nie ustępuję liderom Montreal. W ostatnich dziesięciu meczach przed moim odejściem zdobyłem trzy gole. Wiem, że nie jest to imponujące osiągnięcie, ale jeszcze słabiej w tym okresie spisywali się Yanic Perreault, Richard Zednik, Doug Gilmour, a nawet Saku Koivu. Całej drużynie szło kiepsko. Przegrywaliśmy mecz za meczem, awans do play off oddala się. Ale dlaczego tylko ja zapłaciłem tak słono za pasmo porażek? To boli najbardziej, daje wiele do myślenia. W Canadiens jest silna rywalizacja o miejsce w składzie. To przynosi korzyści, ale jeśli rotacja jest zbyt duża, to trudno mówić o jakimś zrozumieniu na lodzie.

Co było powodem czarnej serii?

- Niesamowita presja. Żądza wygrania powodowała paraliż. Nie myślimy o tym jak grać, tylko wychodzimy na lód z trzęsącymi się rękoma, mocno ściskamy swoje kije zamiast normalnie grać. I to jest jedyna zaleta przenosin do Hamilton. Tu nie śledzi cię setka kamer, tłum dziennikarzy i 20 tysięcy widzów.

Przeprowadził się Pan na dobre do Hamilton?

- Ależ skąd. Wysłano mnie tu na krótki okres. Zabrałem tylko jedną walizkę i parę garniturów.

Czy życie hokeisty w klubie z ligi AHL różni się w porównaniu do tych z NHL?

- Jest bardziej uciążliwe. Hamilton to najlepsza drużyna w całej lidze AHL, ale nie może nawet marzyć o własnym samolocie do podróżowania na mecze. Dlatego zespół sporo czasu spędza w autobusach. Zdarzają się nawet czternastogodzinne wyprawy na mecz.

Jak pan sobie radzi w barwach Buldogów?

- Mam za sobą dwa mecze na własnym lodowisku. Wygraliśmy w piątek z Philadelphia Phantoms 4:2. Przy jednej z bramek asystowałem. W sobotę pokonaliśmy filialny klub Vancouver Canuks, Manitoba Moose 1:0. Dzięki temu zwycięstwu jako pierwszy klub osiągnęliśmy sto punktów. Jesteśmy bliscy wygrania Konferencji Wschodniej, co dawałoby nam automatyczny awans do II rundy play off. Nasze mecze obserwuje zazwyczaj siedem tysięcy widzów. Dopingują równie żywiołowo jak w NHL.

Myśli pan o zmianie barw klubowych?

- Dla mnie liczy się tylko szansa gry w NHL. Najlepiej w Montrealu, żeby pokazać, że nadaje się również do tego klubu. Ponowne zesłanie do Hamilton jest dla mnie policzkiem. Rozmawiałem z wieloma ludźmi w Montrealu. Są po mojej stronie. Wierzą w moje umiejętności. Jasne, że nie jestem zadowolony z tego sezonu, ale jeszcze nie wszystko stracone. Liczę na powrót do Montrealu.