Rozmowa z Andrzejem Kucharem, członkiem rady nadzorczej Idei Śląska Wrocław

KOSZYKÓWKA. Teraz drużynie Śląska potrzebny jest spokój i jeszcze raz spokój. Trzeba koniecznie odbudować zespół fizycznie, to warunek konieczny, by myśleć o obronie tytułu - twierdzi Andrzej Kuchar, członek rady nadzorczej Idei Śląska Wrocław
Andrzej Kuchar w latach 80. był trenerem reprezentacji Polski, wcześniej m.in. Górnika Wałbrzych. Pomagał też Mieczysławowi Łopatce w Śląsku Wrocław, teraz jest członkiem rady nadzorczej SSA Idea Śląska Wrocław. Prezes Grzegorz Schetyna określił go kiedyś mianem "swojego koszykarskiego mentora".

Mirosław Maciorowski: Aż osiem porażek ponieśli w tym sezonie koszykarze Idei Śląska w Polskiej Lidze Koszykówki, to dużo jak na tak renomowaną drużynę, ale czy po tym, co działo się w zespole w ostatnich miesiącach, te przegrane są dla Pana zaskoczeniem?

Andrzej Kuchar: Trzeba zauważyć, że ten zespół nigdy nie był tak długo budowany jak w tym roku. Nie ulega też wątpliwości, że transfery nie były najszczęśliwsze. To może być jakimś usprawiedliwieniem słabszej gry, ale na pewno nie można tym usprawiedliwiać porażek z takimi zespołami, jak Legia Warszawa, Unia Tarnów czy nawet Stal Ostrów. Śląsk nie miał prawa przegrać tych spotkań. Niestety, nie widziałem większości przegranych meczów wyjazdowych, nie potrafię więc wiele powiedzieć o przyczynach tych porażek. Kilka spotkań obejrzałam z kaset wideo, ale na tym zapisie nie wszystko widać, co działo się na parkiecie i poza nim. Widziałem jednak telewizyjną relację z ostatniego przegranego meczu z Polonią Warszawa, niestety, nie można wiele dobrego powiedzieć o rozegraniu ostatniej akcji w tym spotkaniu. Klasowa drużyna, a do miana takiej aspiruje Śląsk, przy wyniku 80:81 musi ostatnią akcję zakończyć rzutem. Po tym właśnie poznać renomowany zespół, że w tak trudnej sytuacji ma przygotowany wariant rozegrania akcji, która zakończy się oddaniem rzutu do kosza. Oczywiście rzut może być celny lub niecelny, ale oddany być musi. Niestety, nie widziałem takiej akcji w wykonaniu Śląska.

Czy miał Pan wpływ na nominacje trenerów, które następowały od początku tego sezonu?

- Na odwoływanie czy powoływanie trenerów?

Na jedno i drugie.

- Wpływ miałem znikomy, choć oczywiście wyrażałem swój pogląd na temat trenerów. Na przykład moja opinia o trenerze Zvi Sherfie była neutralna, powiedziałbym średnia. Natomiast po tym, co widziałem w czasie meczów, byłem zwolennikiem jak najszybszego zwolnienia go. Jeśli zaś chodzi o powołanie Jacka Winnickiego, to moje zdanie na ten temat było takie, że w momencie zwolnienia trenera Sherfa kandydatura Jacka była najlepsza.

Wątpiono jednak, czy nie zbyt wcześnie spotyka go taka szansa, czy nie powinien najpierw zebrać doświadczenia w innym, niemającym tak wysokich aspiracji klubie?

- Cóż, ja w wieku 33 lat zostałem trenerem reprezentacji Polski. To zawsze jest ryzyko, ale to jest też zawsze moment, by odpowiedzieć sobie na pytanie: "Albo ktoś się nadaje, albo nie". Oczywiście Jacek Winnicki nigdy samodzielnie nie prowadził żadnej drużyny, ale jakby miał sobie poradzić, to i bez prowadzenia innych drużyn po prostu by sobie poradził. Pomysłem, by pomóc trenerowi Winnickiemu, było zatrudnienie jako drugiego trenera Jarka Zyskowskiego. Później jednak okazało się, że o wiele bardziej może mu pomóc Jurek Chudeusz i nastąpiła zmiana.

Trener Winnicki zbiera jednak cięgi po przegranych meczach. Zdaniem Pana są zasłużone?

- Myślę, że jest za ostro atakowany. Trzeba pamiętać, że Jacek nie miał możliwości ani samodzielnie budować tej drużyny, ani jej przygotowywać. Przejął zespół w trudnym momencie, w którym być może i bardziej doświadczony trener miałby kłopoty. Przede wszystkim jednak przejął zespół, który chyba nie został dobrze przygotowany do sezonu pod względem fizycznym. Tego w środku sezonu nie da się tak łatwo nadrobić. Myślę więc, że cięgi, jakie zbiera Jacek, nie są do końca zasłużone. Powinniśmy dać mu jeszcze czas i szansę. Nie ulega jednak też wątpliwości, że popełnia błędy. Ale nie ma takiego trenera, co ich nie popełnia, problem w tym, żeby nie popełniać wciąż tych samych. A ja w pracy Jacka widzę, że udaje mu się unikać pewnych wcześniejszych pomyłek. To jeśli chodzi o sprawy sportowe, natomiast niewiele wiem na temat kwestii pozasportowych, to znaczy relacji na linii trener - zawodnicy.

No właśnie, głośno o konflikcie trenera Winnickiego z Seanem Colsonem. Czy po zaledwie kilkunastotygodniowym prowadzeniu zespołu trener w stosunkach z zawodnikami powinien być tak bezkompromisowy? Bożidar Maljković, trener Unicaja Malaga, znany jest z mocnej ręki, bezkompromisowości i dyktatorskiego wręcz prowadzenia treningów. Poza kontaktami służbowymi właściwie nie rozmawia z zawodnikami. Coś z Maljkovicia miał Andrej Urlep, czy jednak na taki styl prowadzenia drużyny może już pozwolić sobie trener Winnicki?

- Myślę, że nie może jeszcze sobie pozwolić na to, na co mógł sobie pozwolić Urlep. Z wieloma koszykarzami jest na ty, przyjaźnią się. Musi wybrać inną drogę, by budować sobie autorytet. Jacek powinien zadbać o dobrą atmosferę w drużynie. To w sytuacji, w jakiej znalazł się zespół Śląska, bardzo ważne i jest moim zdaniem jednym z niezbędnych warunków, by zakończyć sezon sukcesem. Poza tym musi mieć bezwarunkowe wsparcie ze strony klubu. Jeśli ktoś z działaczy widzi jego błędy, to powinien mu to mówić w oczy. Rozmawiać z nim o tym, by więcej tych błędów nie popełniał. A nie mówić o tym za jego plecami. Niestety, niektóre publikacje, które ostatnio czytam, świadczą o tym, że tak nie jest.

Prezes Grzegorz Schetyna twierdzi, że w tej chwili potrzebny jest drużynie Śląska, jakiś wstrząs.

- A ja twierdzę coś przeciwnego: teraz drużynie Idei Śląska potrzebny jest spokój i jeszcze raz spokój. Trzeba koniecznie odbudować zespół fizycznie, to warunek konieczny, by myśleć o obronie tytułu. Przed Śląskiem druga faza rozgrywek oraz mniej więcej 60 dni treningowych. To trzeba wykorzystać, by przygotować dobrze drużynę do pierwszej rundy play off. Trzeba też walczyć o trzecie miejsce w rozgrywkach przed fazą play off. Uważam, że to znacznie zwiększy szanse Śląska na złoty medal mistrzostw Polski. Zakładając, że wrocławski zespół ma porównywalny skład z Prokomem Treflem Sopot, trzeba za wszelką cenę doprowadzić do sytuacji, żeby z tą drużyną spotkać się dopiero w finale. Zagrać z nią w jak najdłuższym cyklu meczów. Finał rozgrywany jest, jak wiadomo, według zasady best off seven. Znając kłopoty z kontuzjami wysokich graczy Prokomu, rywalizacja z tą drużyną w jak najdłuższym cyklu spotkań zwiększa szanse na ostateczne zwycięstwo. Jeśli natomiast wrocławianie trafiliby na Sopot wcześniej, już w półfinale, graliby maksymalnie pięć spotkań, i to na wcześniejszym etapie rozgrywek, a to radykalnie zmniejsza szanse wrocławskiej drużyny.

Takie mecze, jak niedawny wygrany pojedynek z Anwilem Włocławek czy kilka ostatnich zwycięskich spotkań w Eurolidze, pokazały, że Śląsk mimo przeżywanego kryzysu może wygrać z naprawdę bardzo silnym rywalem. Oczywiście jeszcze raz powtórzę, że pierwszym warunkiem, by wróciły zwycięstwa, jest odbudowanie fizycznej dyspozycji zespołu. Następnie poprawa gry w obronie. Wrocławianie muszą grać agresywniej. 80 procent skutecznej defensywy to przygotowanie kondycyjne, a tylko 20 procent to umiejętności. Nie będzie więc Śląsk grać lepiej w obronie bez dobrego przygotowania fizycznego. Musi być też ustabilizowana gra w ataku. Jeśli w meczu z Polonią Warszawa zespół przeprowadza pięć czy sześć skutecznych akcji z rzędu, "odjeżdża" na duży dystans punktowy, a potem wszystko traci, to jest coś nie tak z atakiem.

Podobny problem obserwowaliśmy jednak także w sezonach, gdy trenerem był Andrej Urlep, może to dziedziczne?

- To prawda, ale u Urlepa to zjawisko spowodowane było sposobem prowadzenia meczów. Stosował hokejowe zmiany, taki ma po prostu styl. Ma zakodowane, że w szóstej, siódmej czy ósmej minucie jeden zawodnik schodzi, a inny wchodzi, i tak robi bez względu na to, jak przebiega mecz. I choć dzięki temu w zespole nikt się za bardzo nie zmęczy, to efektem są problemy ze stabilizacją gry w ataku. Jacek Winnicki nie powiela sposobu prowadzenia meczów po Andreju Urlepie, dlatego problem ustabilizowanej gry w ataku w jego wypadku bierze się chyba z czegoś innego i nad tym zespół musi popracować.

Po wielu zmianach kadrowych, do jakich doszło w Śląsku, ostatecznie w zespole została dwójka Amerykanów: rozgrywający Sean Colson i środowy Acie Earl. Czy - porównując z graczami, którzy przewinęli się przez drużynę w ciągu ostatnich czterech miesięcy - pozostawienie właśnie tych dwóch zawodników było najlepszym wyborem?

- Sean Colson niestety jeszcze nie "złapał" do końca, o co chodzi w grze Śląska, ale to jest bardzo dobry zawodnik. Czas będzie pracował na jego korzyść. Sam Colson to jednak zbyt mało na pozycję rozgrywającego. Oczywiście sprawę załatwiłby powrót Raimondsa Miglinieksa, ale na to trzeba poczekać. Niestety, zupełnie zagubił się Kestutis Marciulionis. Nie wiem, czy to problem fizyczny, czy psychiczny. Jest jednak cieniem zawodnika sprzed kilku tygodni, gdy był niezwykle waleczny i potrafił pociągnąć zespół w najtrudniejszym nawet momencie. Jest oczywiście jeszcze Robert Skibniewski, ale z całym szacunkiem dla tego koszykarza, nie nadszedł jeszcze czas, by on zapewnił Śląskowi mistrza Polski. Natomiast jeśli chodzi o Acie Earla, to jest to gracz średniej klasy. Niestety, jest jeszcze z nim inny problem. Jacek Winnicki mówił mi, że jest zupełnie nieprzygotowany do gry. Więc może czas wpłynie na niego pozytywnie i przed play off będzie w dużo lepszej kondycji fizycznej. Dla mnie najlepszym graczem wysokim Śląska był Richard Lugo. Trener Winnicki ma na ten temat oczywiście swoje zdanie. Mówił, że Lugo był słabszy w grze "jeden na jeden" i pewnie miał rację, ale ja na to patrzę trochę inaczej. Dla mnie istotnym problemem jest, że Śląsk zatracił to, co w poprzednich sezonach było jedną z jego najmocniejszych stron, czyli umiejętność gry szybkim atakiem. Wszyscy pamiętamy, że kiedyś to nawet "Józek" McNaull potrafił skończyć koszem kontrę Śląska. Teraz nie mamy wśród wysokich graczy takich, którzy potrafiliby tak szybko przemieszczać się po boisku. Jest Dominik Tomczyk, ale ja go traktuję bardziej jako gracza obwodowego. Z kolei Acie Earl to podobnego typu zawodnik co Aleksander Kul. Gdy w zespole był Lugo, to Śląsk miał dwóch wysokich zawodników stworzonych do zupełnie innych stylów gry. Kul nie nadawał się do kontry, ale Lugo był graczem mogącym dobrze grać w szybkim ataku. Myślę, że jego brak ograniczył możliwości Śląska.

Na koniec chciałbym się zapytać Pana o ocenę gry reprezentacji. Czy jej wynik w eliminacjach do mistrzostw Europy to kompromitacja, czy realne możliwości polskiej drużyny?

- Spokojnie na to popatrzmy. Mam dobre zdanie o Darku Szczubiale, ale wydaje mi się, że zabrakło mu doświadczenia międzynarodowego. Poza tym odpowiedzmy sobie na pytanie: Ilu tak naprawdę naszych zawodników gra w dobrych klubach?

Zdaniem wielu wynikami reprezentacji płacimy za chorą ligę, otwartą na obcokrajowców, nie nastawioną na polskich graczy?

- Być może, ale z drugiej strony, jeśli w tak zorganizowanej lidze przebije się kilku polskich graczy, to nie ma siły, będą to dobrzy zawodnicy. Jeśli doda się do tego kilku grających w ligach zagranicznych, to za kilka lat możemy mieć z kogo stworzyć reprezentację.

A kto powinien ją poprowadzić?

- No cóż, ja mam swoją teorię na temat wieku trenerów. Wbrew pozorom to jest ważne. Moim zdaniem kadrę powinien poprowadzić trener mający ponad 40 lat, ale przed pięćdziesiątką. Najlepszym kandydatem wydaje się Arkadiusz Koniecki, ale to jest moje zdanie subiektywne. Nie oznacza to, że kandydatury Andreja Urlepa i Tadeusza Aleksandrowicza są złe. To są - jak ja to na swój użytek określam - "trenerzy salowcy". Szkoleniowcy, którzy lubią dużo czasu poświęcać treningom, uwielbiają pracę w sali. Jeśli któryś z nich będzie w stanie wynegocjować na przykład 90 dni treningowych rocznie dla reprezentacji, to może to przynieść naprawdę dobre efekty. Natomiast jeśli postawimy na selekcjonera, czyli trenera, który ograniczy się do wyboru zawodników i będzie prowadził kadrę z marszu, to musi to być szkoleniowiec o wielkim autorytecie, z wielkimi wynikami i charyzmą. Może to być na przykład trener Barcelony Svetislav Pesić. Uważam, że zatrudnienie go jest możliwe i jest w finansowym zasięgu PZKosz, ale czy w ogóle taką ewentualność ktoś rozważa, nie wiem. Nikt chyba nie wpadłby na pomysł, by zapytać Svetislava Pesicia, czy poprowadziłby polski zespół, a to wcale nie jest niemożliwe.