Kredyt się skończył - Rok piłkarskich bankrutów

Po latach gigantomanii, w których ceny i gaże piłkarzy rosły w postępie geometrycznym, nastał czas totalnego krachu. A cudownej recepty na podniesienie europejskiego futbolu z finansowego dna nie ma.


Rok temu wielki futbol wydawał się krainą mlekiem i miodem płynącą, dla której słowo "kryzys" na zawsze pozostanie pojęciem abstrakcyjnym. Włosi wydawali miliardy lirów za byle ligowca, zyski najbogatszej w Europie Premier League przekroczyły miliard funtów, Real Madryt planował co roku bicie transferowego rekordu.

W tym roku niewyczerpane - jak się wydawało - źródło dochodów, czyli rynek telewizyjny, popadł w kryzys. Zbankrutowała brytyjska ITV Digital i niemieckie KirchMedia, start Serie A opóźnił się o dwa tygodnie, bo słabsze kluby nie wynegocjowały kontraktów na transmisje. Premier League otrzymała za nie kilkadziesiąt mln funtów mniej, niż gwarantowała jej to długoterminowa umowa. Co biedniejsze zespoły musiały renegocjować kontrakty z piłkarzami, podobnie jak włoska Roma i Parma. Lazio nie wypłaca pensji od czerwca, Fiorentina, która jeszcze trzy lata temu grała w Lidze Mistrzów, przestała istnieć.

Nie ma jednak co zwalać winy na telewizje, bowiem polityka upadłych (lub podupadłych) potęg od dawna urągała elementarnej ekonomii. Lazio zaczęło mieć kłopoty, gdy weszło na giełdę, co zmusiło je do księgowej przejrzystości. Inter w pierwszym półroczu zanotował 184 mln euro strat, a mimo to latem lekką ręką wydał fortunę na Hernana Crespo i Fabio Cannavaro. I wydaje na płace 118 mln euro rocznie, 20 razy więcej niż najbiedniejsi w Serie A. A Roma rezerwowemu Batistucie płaci ponad dwa razy więcej niż Empoli podstawowej jedenastce...

Futbol w Ameryce Płd. nie był uzależniony od telewizji, ale w równie głęboki kryzys wpędziła go recesja. Płace w lidze argentyńskiej z powodu dewaluacji peso spadły o ponad 300 procent, piłkarze z Urugwaju, Boliwii i Chile strajkowali, bo miesiącami nie widzieli ani grosza.

Jak temu zaradzić? Wystarczy nie żyć na kredyt. Zrozumiała to skupiająca najbogatsze kluby grupa G-14, która zaproponowała ustalenie tzw. salary cup, czyli górnego pułapu płac dla całej drużyny, do 70 procent przychodów (do 2005 roku). Problem w tym, że taki projekt może pozostać tylko dżentelmeńską umową, bo według prawników jego formalne wprowadzenie byłoby nielegalne. A działacze sami przyznają, że raczej by sobie nie ufali. Kto potraktowałby poważnie audyt przeprowadzony przez... klubowych kontrolerów, jak wymyślili sobie pomysłodawcy? Inna sprawa, że pozakontraktowych sposobów wynagradzania piłkarzy jest mnóstwo (procenty od sprzedaży pamiątek, prawa do wizerunku) i po pewnym czasie wrócilibyśmy do punktu wyjścia, czyli kompletnej nieprzejrzystości klubowych finansów.

Tak czy inaczej zawodnicy nie chcą wierzyć, że to oni są powodem kryzysu. - Piłka wciąż przyciąga ogromne pieniądze. Gdzie znikają? - pyta Rui Costa. - Kiedy się tego dowiemy, możemy zacząć dyskusję o naszych pensjach - dodaje Portugalczyk, niedwuznacznie oskarżając pracodawców o nieuczciwość. Wtóruje mu wielu agentów i trenerów, którzy twierdzą, że piłkarze nie powinni cierpieć za przekręty działaczy.

Najmniej kontrowersji ewentualny limit zarobków wywołuje w Anglii. Ale tam wprowadzono go już w XIX wieku. W 1961 piłkarze zagrozili strajkiem i zażądali podwyżki. Dostali ją. Najlepsi mieli zarabiać 20 funtów tygodniowo...



Liczby

740 374 000

tyle euro zarabiają łącznie piłkarze ligi włoskiej

948 000 000

tyle euro straciły kluby Serie A w sezonie 2001/2002

2 500 000 000

na tyle euro ocenia się całkowite zadłużenie włoskiego futbolu