Felieton Rafała Steca. Wspaniałe grzechy Wengera

Czy futbolowego handlu żywym towarem również nie powinno się uprawiać humanitarnie? Czy nie zbliżamy się do momentu, w którym fanów Arsenalu specjalną ochroną powinny objąć organizacje broniące praw człowieka? Dlaczego futbolowi krezusi znęcają się akurat nad londyńczykami? Ze skóry obdzierają ich każdego lata - a to skubną Henry'ego lub Cole'a, a to podbiorą Adebayora lub Vieirę, a to wydrapią Nasriego, Touré, Fabregasa, van Persiego. Zaciągają do siebie gwiazdy w pełnym blasku, w kwiecie wieku, w szczycie przydatności dla drużyny. Często kapitanów.


Szatnie klubów mniej zamożnych wszędzie rozkupują kluby bardziej zamożne, a jednak odnosimy wrażenie, że wśród drużyn chcących wskoczyć na sam szczyt Arsenal jest wyjątkowo pokrzywdzony, że to Arsenal rywale demontują z wyjątkową regularnością i bezprzykładnym, odmierzanym sezon w sezon okrucieństwem.

Winny jest oczywiście trener. Ale nie tylko dlatego, że nie umie - o czym już wspominałem - przekonać piłkarzy, że pod jego przywództwem osiągną sukces. Przypisałbym mu jeszcze inne trzy grzechy główne, które świadczą zarazem o jego trenerskiej wielkości.

Po pierwsze, Arsene Wenger perfekcyjnie realizuje strategię masowego rekrutowania gwiazd jutra. Nie stać go na finansowe zapasy z Manchesterami, lecz ma wystarczająco ciężki budżet, by importować nie tyle "obiecujących", co niemal "gwarantujących", że zostaną gwiazdami - w przyszłości skazanych na oferty największych firm. Znów - nie wielkich firm, ale największych. Jak Barcelona uchodzi za najwydajniejszą fabrykę talentów na miarę najpotężniejszych klubów, tak Arsenal stał się najwydajniejszym dystrybutorem talentów na miarę najpotężniejszych klubów.

Po drugie, Wenger z wyczuciem nie tylko wyławia, ale i fantastycznie edukuje. Znów - nie świetnie, lecz fantastycznie. Pod jego okiem rosną giganci najlepsi lub prawie najlepsi na swoich pozycjach na świecie, więc ciągną ich do siebie nie Liverpoole lub Tottenhamy, z którymi da się finansowo konkurować, lecz Barcelona, Chelsea, Manchester City, Manchester United. Trzy ostatnie firmy tworzące finansową elitę Premier League wyrwały w ostatnich latach z Arsenalu sześciu ludzi. Nie znajdziecie na świecie klubu, w którym zostawili więcej pieniędzy. Popatrzcie też, jak maniacko absolwentom uniwersytetu Wengera ufa korporacja katalońska - wzięła już Henry'ego, Hleba, Fabregasa (jego odzyskała, ale chłop doroślał jednak w Londynie), zaraz weźmie jeszcze Songa. Muszę dać tę frazę jeszcze raz - nie znajdziecie niehiszpańskiego klubu, w którym Barcelona kupuje chętniej.

Po trzecie wreszcie, Arsenal wciąż stosunkowo często zwycięża. Rozbiórka trwa permanentnie, walą się fundamenty, Wenger po erze "Niezwyciężonych" już nigdy nie zbudował drużyny, ale prowizorka i ciągłe drżenie o jutro nie przeszkadza w utrzymywaniu się na pułapie Ligi Mistrzów. Albo wręcz na pułapie podium. Komentatorzy co sezon wieszczą londyńczykom zjazd w stany średnie, a ci ani myślą komentatorów słuchać. Zagłusza ich profesor Wenger, futbolowych wyczynowców wychowawca genialny.