Londyn 2012. Sportu naszego powszechnego

Olimpijczycy przegrywali, bo nasz sport nie jest powszechny, bo nie mamy od dziesiątek lat na niego pomysłu, bo bezmyślnie kasujemy kolejne elementy układanki: sport w szkole, w wojsku, akademicki, w policji. Załatwiliśmy go na amen w wielkim mieście, czyli w Warszawie - pisze w felietonie dziennikarz Sport.pl Radosław Leniarski.
Uwaga! Zaczyna się! Teraz będą nam wmawiać, że jesteśmy narodem słabych głów. I nie chodzi o spożycie, to bym jakoś przełknął.

Nie mogę już słuchać kolejnych działaczy i trenerów tłumaczących porażki swych zuchów słabą głową, Powtarzają, że Polacy nie wytrzymali presji, są królami treningu, mistrzami wyścigów o czapkę gruszek, ale jak nadchodzą igrzyska, najważniejszy start w życiu, to pękają, dostają drgawek, trzęsą im się łydki, mają oczopląs i przedłużone napady paniki. Wczoraj próbował tę propagandę uprawiać nawet szef PKOl.

Dla mnie to rodzaj fetyszu. Teraz mamy się w niego wpatrywać, hołubić go, pieszcząc w nas przeświadczenie o słabej głowie, wyszukując u każdego sportowca oznak choroby. I dopytywać kolejnych wracających na tarczy: - Presja była za duża? Głowa nie wytrzymała? Bardziej się pani bała rywalek czy wygórowanych oczekiwań?

Uważam, że to bardzo naciągane alibi pudrujące rzeczywiste przyczyny niepowodzenia.

Gdyby było prawdziwe, towarzyszyłoby Polakom startującym w barwach innych krajów, tymczasem tak nie jest. Zatrzymam się tylko przy jednej dyscyplinie, kajakach, bo w nich spędziłem dziesięć lat sportowego życia.

Andrzej Jezierski, 32-letni kierowca z Irlandii, były reprezentant Polski, który wrócił do ścigania po pięcioletniej przerwie, wygrał dla swego nowego kraju finał B na 200 m. Danuta Kozak, rodzice Polacy, dobrze mówi po polsku, mieszka od urodzenia na Węgrzech i dla Węgier zdobyła w Londynie dwa złote medale: w czwórce i w jedynce.

Wcześniej Tomasz Wylenżek, czyli teraz Wylenzek, wywalczył trzy medale dla Niemiec w Atenach i Pekinie, a zaczynał z naszymi zuchami podczas zgrupowań kadry juniorów w Wałczu.

Jak na moją słabą głowę, to porażki naszych olimpijczyków związane są z ciałem, a nie z duchem.

Dlatego to alibi trzeba odrzucić. Rzeczywistą przyczyną niepowodzenia polskich olimpijczyków było to, że inne reprezentacje były lepiej przygotowane fizycznie, a nie, że Polacy mieli kłopoty z psychiką.

Presja to może być przypadek co najwyżej sztangisty Marcina Dołęgi, bodaj jedynego na 218 reprezentantów faworyta, który spalił się psychicznie.

Cała reszta - w tym siatkarze, kajakarz Piotr Siemionowski, jego koleżanka Marta Walczykiewicz, dyskobol Piotr Małachowski - przegrali z innych przyczyn, zwykle prostych. Siatkarze trafili na fantastycznych Rosjan, Siemionowskiego uśpiło łatwe zwycięstwo w eliminacjach i nie zmobilizował się w półfinale tak, by awansować. Wśród kajakarek po prostu inne były szybsze. Dyskobol nie był dobrze przygotowany, bo miał przerwę w treningach spowodowaną kontuzją.

Każdy taki przypadek można sprawdzić i opisać. Słaba głowa to alibi dla trenerów i działaczy, zbyt łatwe tłumaczenie, garda w obronie własnej pozycji.

Olimpijczycy przegrywali, bo nasz sport nie jest powszechny, bo nie mamy od dziesiątek lat na niego pomysłu, bo bezmyślnie kasujemy kolejne elementy układanki: sport w szkole, w wojsku, akademicki, w policji. Załatwiliśmy go na amen w wielkim mieście, czyli w Warszawie.

Dlatego trener kobiecej grupy kajakowej wybiera reprezentację nie z kilkudziesięciu zawodniczek, tylko z czterech, bo piąta jest zbyt słaba. Inna sprawa to czy te, które miał, przygotował wyjątkowo dobrze. Powiedzmy szczerze - nie sądzę, by w Nowej Zelandii było więcej kajakarek niż w Polsce, a jednak to Lisa Carrington wygrała sprint.

Dlatego w klubach, jeśli w ogóle ktoś do nich przyjdzie, młody człowiek jest rozrywany przez trenerów bez względu na to, czy nadaje się do sportu, czy nie.

Jeśli mówić o słabej głowie, to, owszem, sport ma słabą. W myśleniu o sobie.