Srebro Anity Włodarczyk w zwariowanym konkursie

Anita Włodarczyk zdobyła medal w najdziwniejszych okolicznościach jakie widział świat. Jaki medal zdobyła Polka, Tatiana Łysenko, Betty Heidler i Wenxiu Zhang rozstrzygnęło się pół godziny po zakończeniu konkursu.
- Weszłam na stadion i spojrzałam w górę. Prosiłam Kamę, aby rzucała ze mną. Była tu ze mną. Daję jej ten medal i dziękuję za pomoc - powiedziała wzruszona Włodarczyk, gdy wreszcie była pewna, że zdobyła srebrny medal.

Polka rzucała w Londynie w rękawicach Kamili Skolimowskiej, mistrzyni olimpijskiej z Sydney w 2000 roku, i zarazem jej przyjaciółki, zmarłej na obozie sportowym w 2009 roku. Była też w jej butach, wyciągniętych z szafy po trzech latach i podarowanych przez ojca Kamili, Roberta Skolimowskiego.

Za każdym razem, gdy wchodziła do koła, patrzyła w niebo.

Był to najlepszy konkurs w krótkiej, co prawda, olimpijskiej historii rzutu młotem kobiet. Rekordzistka świata Rosjanka Łysenko w piątej próbie po raz drugi pobiła rekord olimpijski (78,18 m). Młociarki aż osiem razy rzucały tyle samo, lub więcej niż w poprzednim olimpijskim finale.

Polka zapewniła sobie medal dopiero w piątym rzucie na 77.10 m, najlepszym w tym sezonie. Ale srebro dał jej ostatni rzut w konkursie na 77,60 m. - Walczyłam do końca - mówiła.

Jak się później okazało, był to bardzo ważny rzut.

- Straszne emocje, jak dobiegłam do trenera to się bardzo spłakałam. W piątej i szóstej kolejce rzucałam ze skurczami w ręku. Ale warto było z bólem rzucać - mówiła Polka.

Włodarczyk była jedną z najmocniejszych kandydatek do medalu. To, że jej forma rozwija się błyskawicznie, widać było już na memoriale Kusocińskiego w czerwcu, gdzie rzuciła 76,81 m, i w Londynie, w eliminacjach, gdzie z łatwością wbiła się do finału już pierwszym rzutem - 75,68 m.

Ale był to zarazem jeden z najbardziej kuriozalnych konkursów świata. Był to konkurs, który nie powinien się zdarzyć nawet na stadionie szkolnym, a cóż mówić o finale olimpijskim.

W czwartym rzucie Heidler machnęła w okolice rekordu olimpijskiego, na pewno na medal, być może złoty, ale jej próba nie została zmierzona przez sędziów! Jakim cudem zdarzyło się to na igrzyskach olimpijskich? Do piątkowego wieczoru nie było pewności, bo nie było oficjalnego wyjaśnienia. Mówiono o awarii aparatury.

Heidler, która od lat toczy boje z Włodarczyk, na początku nawet nie zorientowała się, że dzieje się coś złego, ale gdy zaliczono jej słaby wynik Mołdawianki Zaliny Marghiewej, podeszła do sędziów i zaczęła dowiadywać się, o co chodzi. W końcu Niemce podobno powiedziano, że urządzenie do liczenia odległości się zepsuło, ale położono w miejscu lądowania młota znacznik i po zakończeniu konkursu sędziowie jeszcze raz policzą, jaka odległość wtedy osiągnęła.

- Podczas moich eliminacji też wystąpił jakiś problem z aparaturą. Coś takiego nie powinno się zdarzyć na igrzyskach olimpijskich, ale ja starałam nie zwracać uwagi na to, co się dzieje - powiedziała polska młociarka.

Faktycznie. Kiedy Heidler męczyła się w dyskusji z sędziami, Włodarczyk podeszła do swojej czwartej próby i machnęła tak, że wszyscyśmy się poderwali na proste nogi, bo był to rzut na rekord świata. Tylko, że pół metra poza sektor rzutów. Włodarczyk złapała się za głowę, trener Krzysztof Kaliszewski się złapał za głowę. - Myślę, że było to około 78 metrów, ale nie wiem, czy aż na rekord świata. Młot wylądował za promień, bo zbyt szeroko się zakręciłam. Młot uciekł - powiedziała młociarka.

Pół godziny po zakończeniu konkursu sędziowie wreszcie ogłosili wynik Niemki. 77,13 m dał jej brązowy medal, z podium wypadła Chinka. Gdyby Polka nie walczyła do końca, do ostatniej kolejki, srebra by nie było. Do wtorkowego wieczoru nie wiadomo było, czy ekipa Chin złoży protest, oraz jaki będzie jego wynik.

- Cieszę się, że Niemka ma medal - powiedziała Polka. Wcześniej obie z Heidler były zażartymi rywalkami, a przynajmniej było tak od czasu, gdy w MŚ w 2009 roku w Berlinie Włodarczyk zdobyła tytuł, bijąc rekord świata.

Jej medal jest dziesiątym krążkiem dla Polski, Włodarczyk pomogła wyrównać w ten sposób osiągnięcie polskiej reprezentacji z Pekinu i Aten.

W skoku o tyczce było znacznie gorzej. Łukasz Michalski, czwarty zawodnik mistrzostw świata zaczął niepewnie, od strącenia w pierwszej próbie 5,50 m. Drugi skok też nie był wyjątkowej jakości, poprzeczka zadrżała. Mistrz świata Paweł Wojciechowski po kłopotach z kontuzjami nie uzyskał minimum olimpijskiego i przyjechał do Londynu jako gość PKOl na wniosek PZLA, nie zaliczył pierwszej wysokości w kwalifikacjach, którą było 5.35 m. - Gdybym nie spróbował i nie przyjechał do Londynu, nie mógłbym sobie spojrzeć w lustro - powiedział Wojciechowski.

Mistrz olimpijski Steve Hooker wyciął podobny numer jak rok temu w Daegu, kiedy nie wszedł do finału. Tym razem przeszedł eliminacje, ominął 5,50 m i zaciął się na następnej wysokości 5,65. Odpadł razem z Michalskim. Okazuje się, że jak na razie płomień polskiej tyczki zgasł.

Joanna Fiodorow » zajęła dziesiąte miejsce