Londyn 2012. Lekkoatletyka. Złoto Majewskiego jak igła w stogu siana

Niech nie zmyli nas złoto Tomasza Majewskiego w pchnięciu kulą. Polscy lekkoatleci w Londynie prezentują się fatalnie. Nie ustanawiają swoich najlepszych wyników w sezonie nie mówiąc o rekordach życiowych. Poza Majewskim, Ziółkowskim i Rogowską odpadli w pierwszych startach.
Tomasz Majewski w pierwszym rzucie kwalifikacji zapewnił sobie awans do finału. Tam w sobotni wieczór dwukrotnie poprawiał swój najlepszy wynik w sezonie i z rezultatem 21,89 sięgnął po złoto. Wśród polskich reprezentantów jest chlubnym wyjątkiem.

Paweł Fajdek w tym roku miał trzeci wynik na świecie w rzucie młotem z nowym rekordem życiowym (81,39 m). Poza tym w sezonie jeszcze dwukrotnie rzucał ponad 80 metrów i był kandydatem do walki o medal. Cóż z tego, skoro w kwalifikacjach spalił wszystkie trzy rzuty i nie awansował do finału. Sztuka ta udała się za to Szymonowi Ziółkowskiemu któremu wystarczył wynik 76,22.

Walkę o medal zapowiadała także Żaneta Glanc, czwarta zawodniczka ubiegłorocznych MŚ w Daegu w rzucie dyskiem. W tym roku ustanowiła nowy rekord życiowy wynikiem 65,34. Start w kwalifikacjach w Londynie okazał się jej najsłabszym rezultatem w sezonie. 59,88 metra wystarczyło do zajęcia 24. miejsca w kwalifikacjach. Do awansu do finału zabrakło glanc ponad 2,5 metra.

Na bieżni porażka za porażką

W biegach Polacy startują równie źle. Zaczął Łukasz Parszczyński na 3000 m z przeszkodami. Nie zbliżył się do rekordu życiowego (8:15,47). W Londynie z czasem 8:30,08 był dziewiąty w swoim biegu eliminacyjnym. Już wyrównanie najlepszego czasu sezonu (8:21,80) dałoby mu awans do półfinału.

Równie słabo wypadły na tym samym dystansie dwie Polki. Katarzyna Kowalska pobiegła 9:48.60 - 14 sekund wolniej niż biegała już w tym sezonie i 22 sekundy słabiej od rekordu życiowego. Gdyby się do niego zbliżyła, pobiegłaby w półfinale. Druga z Polek, Matylda Ślęzak (życiówka z tego roku: 9:39.87) szans na awans nie miała, ale z czasem 10:08.84 była ostatnia w swoim biegu i 41. w gronie 44 zawodniczek.

Awansować do półfinału nie udało się także żadnemu ze sprinterów. Najbliżej był Dariusz Kuć, który przegrał z Rondelem Sorrillo z Trynidadu i Tobago o jedną setną a z Derrickiem Atkinsem z Wysp Bahama o dwie setne sekundy. Wynik Polaka (10,24 s) był o cztery setne słabszy od najlepszego wyniku w sezonie i o 9 setnych od rekordu życiowego. Na tym samym dystansie najlepszy czas w sezonie (11,42) wyrównałą Marta Jeschke. Na awans nie miała szans, ale dla nie bieg indywidualny był tylko przetarciem przed sztafetą. Nie miała nawet wywalczonego minimum.

Na eliminacjach start na 400 metrów zakończył także Marcin Marciniszym. Polak był ostatni w swoim biegu w czasie 46,35 s. Gdyby z najlepszego czasu sezonu (45,63) urwał trzy setne sekundy, awansowałby do półfinału.

Pyrek i Tymińska za burtą

W eliminacjach skoku o tyczce startowały Monika Pyrek i Anna Rogowska. Awansowała tylko ta druga, pokonując w pierwszej próbie wysokość 4,55 m. Pyrek trzykrotnie strąciła poprzeczkę na 4,50, którą pokonała w tym sezonie.

Rywalizacji w siedmioboju nie ukończyła Karolina Tymińska. Po dobrym biegu na 100 m przez płotki Polka był szósta. Słabiej zaprezentowała się w skoku wzwyż, pchnięciu kulą i na 200 metrów. W żadnym z tych startów nie zbliżyła się do życiówki. Wreszcie w skoku w dal spaliła wszystkie trzy podejścia i wycofała się z dalszej rywalizacji.

Jak się tłumaczą Polacy?

Równie rozczarowujące jak starty Polaków są ich tłumaczenia.

- Rywalizowałyśmy w bardzo trudnych warunkach, wiało, padało. Do tego panował galimatias organizacyjny. Wczoraj o godz. 23.00, kiedy już spałam, dzwonił do mnie trener z informacją, że ze względu na dużą liczbę zawodniczek wydłużona zostanie rozgrzewka. Dla mnie to bardzo ważne, bo trzeba wstać o innej porze, inaczej zjeść - tłumaczyła Monika Pyrek.

- Zdecydowanie bardziej wolałbym wystąpić we wcześniejszym, szóstym biegu, w którym miałbym większą szansę powalczyć. Mógłbym utrzymać się w czołówce, a tak rywale za bardzo mi odskoczyli i generalnie spóźniłem się z zabraniem z nimi - wyjaśniał przyczynę porażki Marcin Marciniszyn.

Są jednak i tacy, którzy potrafią uderzyć się w piersi po rozczarowującym występie.

- Pozostaje mi przeprosić trenera, kibiców, bo wszystkich zawiodłem. Trzeba mnie ukarać za to co zrobiłem. To moja największa życiowa porażka - stwierdził Paweł Fajdek. - Zawiodłam kibiców i samą siebie - wtórowała mu Żaneta Glanc.