Sport.pl

Londyn 2012. Małachowski: Celem medal i mercedes

- W końcu te igrzyska nam się ułożą. 3 sierpnia zacznie się lekkoatletyka, wierzę, że Tomek Majewski pociągnie ekipę. Już czuję ten olimpijski dreszczyk - mówi Piotr Małachowski. Wicemistrz olimpijski z Pekinu skomentuje występ Majewskiego dla widzów Eurosportu, a później spróbuje obalić Fidela Castro dysku. - Robert Harting rządzi od trzech lat. Ale Niemca można pokonać - przekonuje Małachowski
Łukasz Jachimiak: Co z pańskim bicepsem? Pozwala rzucać dalej niż 64 metry, na których skończył pan niedawno swój występ w Memoriale Kusocińskiego?

Piotr Małachowski: Treningi wyglądają lepiej, biceps nie boli. Ale dwa tygodnie bez ćwiczeń sprawiły, że nie jestem w takiej dyspozycji, w jakiej powinienem być.

To znaczy, że cel złamania granicy 70 metrów jest nieaktualny? Na jaki wynik pana stać?

- Stać mnie na przyzwoite rzuty w granicach 67-68 metrów. Przed kontuzją byłem przygotowany na kilka metrów więcej.

Co może dać rzut na 68 metrów w Londynie?

- Może dać medal, bo taki wynik dawał go praktycznie na każdych igrzyskach. Ale jest jeden problem - trzeba to rzucić (śmiech).

No i najpierw trzeba przejść przez eliminacje, co nie udało się panu przed rokiem, na mistrzostwach świata w Daegu.

- Wszyscy zawodnicy mówią, że eliminacje są bardzo nerwowe. Nikt ich nie lubi. One są rozgrywane rano, każdy ma tylko trzy rzuty, jest określony wynik, który trzeba osiągnąć, jest stres. Ale nie ma co się bać. Wszyscy mają tak samo trudne warunki. Presję trzeba wytrzymać i pokazać to, co się wytrenowało.

We wspomnianym Daegu zawiodła cała nasza lekkoatletyczna reprezentacja, bo z mistrzostw przywieźliście tylko jeden medal Pawła Wojciechowskiego. W Londynie będzie lepiej?

- W sporcie piękne jest to, że nie zawsze najlepszy wygrywa. Przykro tylko, kiedy przegrywają Polacy, a jeszcze bardziej, kiedy ja też się do tego przyczyniam. Wtedy wszyscy zostajemy źle zapamiętani przez media, przez kibiców. Tak było po Daegu. Ale to jest za nami i nie ma sensu do tego wracać. Są igrzyska, jest nowa szansa. Nie rozdrapujmy ran.

Tych ran niestety przybywa, bo w Londynie niektóre z naszych medalowych nadziei już zawiodły. Śledzi pan to, co się tam dzieje?

- Oglądałem choćby Radosława Zawrotniaka, widziałem porażki judoków. Szkoda, że nie idzie, ale trzeba powiedzieć, że szczęście też nam nie sprzyja. Weźmy Janusza Wojnarowicza, który w judo wylosował niepokonanego od lat Teddy'ego Rinnera albo Ulę Sadkowską, która na początek musi walczyć z sześciokrotną mistrzynią świata i mistrzynią olimpijską Chinką Tong Wen. Można tak wyliczać dalej, bo choćby Karolina Michalczuk w boksie trafiła na jakąś supermocną Hinduskę [chodzi o pięciokrotną mistrzynię świata Mary Kom]. Jak się trafia na "jedynki", to ciężko dojść do walk medalowych. Ale w końcu te igrzyska nam się ułożą. 3 sierpnia zacznie się lekkoatletyka, wierzę, że Tomek Majewski dobrze rozpocznie, że pociągnie ekipę. Już czuję ten olimpijski dreszczyk.

Majewski startuje 3 sierpnia, a pan do Londynu wybiera się dopiero dzień później. To znaczy, że tym razem będzie pan dopingował przyjaciela przed telewizorem?

- Finałowy konkurs będę komentował w Eurosporcie.

Jest stres?

- Ja wiem? Już coś tam kiedyś komentowałem. Oczywiście to nie jest takie proste, jak się wydaje. Pchnięcie kulą, rzut dyskiem, młotem, oszczepem mogę komentować. Tym się interesuję, powiedzmy, że się znam, bo wiem, jaki wynik jest dobry, wiem coś o historii, o zawodnikach. Ale w biegach nie operuję już tak swobodnie nazwiskami i faktami. Jak słucham Janusza Rozuma i Marka Rudzińskiego, to aż im zazdroszczę, że tak dobrze znają się na lekkiej atletyce.

Wróćmy do Majewskiego - jest w stanie obronić złoto z Pekinu?

- Kibicuję Tomkowi od zawsze, znamy się od początku mojej kariery, a więc już z 15 lat. Całym sercem jestem za nim, wiem, jak ciężko pracuje, jak bardzo stara się wszystko robić na 110 proc. Konkurencję ma bardzo dużą. Reese Hoffa i Christian Cantwell pchają w tym sezonie dalej od niego, David Storl jest tylko bodajże 2 cm gorszy, a to młody, niesamowicie dynamiczny chłopak. Ale Tomek na treningach pchał pod 21 m, co znaczy, że w zawodach stać go nawet na 22 metry. W pierwszej próbie może pchnąć np. 21,80 m i wtedy panowie zaczną główkować, co się dzieje. Oby tak było, oby ustawił konkurs pod siebie jak w Pekinie.

Teraz spokojnie układa pan scenariusz idealny dla kolegi, ale ciekaw jestem czy spokój zachowa pan na antenie?

- Ogólnie jestem opanowany i spokojny, zawsze wszystko przeżywam w sobie. Ale jeżeli Tomek wygra, to dobre słowa ode mnie na pewno padną. Mam tylko nadzieję, że będzie można je puścić w telewizji (śmiech).

Szykuje pan jakiś prezent dla kolegi, by dzień po konkursie dołączyć go do osobiście złożonych gratulacji?

- Oczywiście, coś trzeba będzie za medal zawieźć. Tomek jest w dobrej sytuacji, bo to spełniony facet. Ma już olimpijskie złoto, ma żonę, dziecko. Dzięki temu ma wyluzowaną głowę, może walczyć o najwyższe cele.

Musi pan pójść w jego ślady. Majewski zaczął od złota.

- Mam nadzieję, że też mi się wszystko tak ułoży. Trzeba jeszcze znaleźć odpowiednią partnerkę, ale to temat na inną rozmowę.

Teraz pora na rozprawienie się z Fidelem Castro dysku, jak nazwał pan niedawno Niemca Roberta Hartinga?

- Robert nie przegrał żadnych zawodów od mistrzostw świata w Berlinie. Rządzi już trzy lata, osiąga świetne wyniki - rzuca po 68-69, a nawet 70 metrów. W Londynie też będzie faworytem. Ale różnie może być. W Daegu ja i Tomek na sto procent mieliśmy zdobyć medale, a obaj skończyliśmy poza finałami, zajmując dziewiąte miejsce. Sami przekonaliśmy się, że faworyci nie zawsze wygrywają.

Po swoich startach zostanie pan w Londynie, żeby kibicować kolegom z innych dyscyplin?

- 9 lipca rano wracam do Polski. Jeżeli będzie szansa, pójdę zobaczyć w akcji naszych siatkarzy, chętnie wybiorę się też na jakiś mecz piłki ręcznej, chociaż w turnieju brakuje naszej drużyny. Poza tym w Londynie będę chciał się spotkać z moimi przyjaciółmi, którzy od kilku lat tam mieszkają i pracują. Fajnie, że mam okazję ich odwiedzić, zwłaszcza, że jednemu z kolegów ostatnio urodził się syn.

W siatkarzy wierzy pan równie mocno jak w Majewskiego?

- W tym roku grają pięknie. Mecz z Bułgarią puśćmy w niepamięć, w kolejnych wrócą do wygrywania. Poza tym mocno kibicuję jeszcze zapaśnikom. Damian Janikowski był na podium ostatnich mistrzostw świata i Europy, dlatego wierzę, że medal zdobędzie również teraz.

Dwa lata temu, po złocie mistrzostw Europy, zdradził pan, że w zakładzie z jednym z dilerów samochodowych wygrał pan mercedesa klasy R. Przed Londynem znów zawarł pan jakiś zakład?

- Tak, z panem Tomaszem Gąsiorkiem umówiliśmy się, że jeśli zdobędę medal, on zaręczy się z pewną piękną panią, a ja dostanę kolejnego mercedesa.

Więcej o: